![]() |

Ruch od zawsze był moim żywiołem. Jako dzieciak właziłem na drzewa i jeździłem z rodzicami w góry, gdzie wbrew zdrowemu rozsądkowi “wspinałem się” na przyszlakowe skałki, nieraz dość wysoko.
Potem
zacząłem jeździć z kumplami w
polskie góry.
Pierwsze
samotne wypady w Gorce i Beskid Żywiecki odbyłem w wieku 16 lat bez
wiedzy rodziców, którzy myśleli, że pojechałem z
przyjacielem i jego ojcem. Dowiedzieli się oczywiście i do teraz
wspominamy to wydarzenie jako nieledwie moją “uczieczkę z
domu”.
Ale też od tego czasu jeszcze lepiej rozumieli mój ciąg do
góry i ku nieznanemu, i przestali
stawiać mi w
rozwijaniu tej pasji jakiekolwiek bariery. Inna sprawa, że mniej
więcej wtedy odkryłem też, iż jestem stworzeniem zdecydowanie
towarzyskim i że samotne wyprawy, to nie jest to, co tygryski lubią
najbardziej.
Spróbowałem zatem kiedyś wyjazdu “zorganizowanego” i pojechałem na beskidzki rajd SKPB. Okazało się to kompletną porażką, widać jestem indywidualistą. Dlatego od tamtego czasu swoje wyprawy organizuję sam bądź we współpracy z kilkorgiem przyjaciół, a odbywam w gronie od dwóch do sześćiu osób. Oczywiście “6” nie jest jakąś magiczną liczbą. Tak się po prostu składało i było to dobre, bo jest to mniej więcej taka liczebność grupy, w której się jeszcze daje w miarę jednomyślnie dogadać i w miarę zgodnie działać (choć nie zawsze, ale o tym przeczytasz, drogi Czytelniku, gdzie indziej na tej stronce).
Rower
“odkryłem” stosunkowo późno, bo choć od
dziecka umiałem
na nim jeździć, to dopiero w połowie liceum stwierdziłem, że
nadaje się on do czegoś więcej niż wycieczki do pobliskiego
lasku. Najpierw zacząłem jeździć nim "po mieście",
unikając w ten sposób zupełnie (w sezonie) publicznych
środków komunikacji. Potem i poza miasto na coraz dalsze
–
choć
wciąż jednodniowe – wycieczki. Pierwszą wielodniową
wyprawę odbyłem dopiero w wieku lat 20. Pojechaliśmy z kuzynem na
środkową i zachodnią Słowację. To było to! Górzystość
kraju, dobre drogi, no i ta niesamowita wolność,
jaką daje
rower.
Wolność skręcania w boczne drogi, odkrywania odleglejszych
niż piechotą zakątków i ta cudowna niepewność jutra.
Myślałem, że odtąd co roku będę organizował coś takiego,
ale... pojawiła się wspinaczka.
Oczywiście marzyłem o niej od czasów "włażenia na drzewa", ale jakoś wcześniej nie przychodziło mi do głowy, że to marzenie tak łatwo zrealizować. A tymczasem zapisałem się na kurs i już można było zacząć odkrywać pionowy świat! To odkrywanie trwa oczywiście do dziś, ale faktem jest, że przez kilka lat przesłoniło mi inne rodzaje aktywności, stąd wyprawy rowerowe musiały dłuuugo czekać na swoją kolej. Doczekały się, ale i o tym przeczytasz gdzie indziej. Teraz, kiedy już mnie troszkę znasz, powiedz “przyjacielu” i wejdź w świat moich wypraw...
Strona głowna || Wyprawy rowerowe || Wyprawy górskie || Wyprawy wspinaczkowe