15.03.2007 Ranek
wstał jak zwykle, my też. Niespiesznie udaliśmy się na
śniadanie pod tramwajem, którego motorniczy zaproponował
nam, ze jeśli pomożemy
mu rozstawić leżaki, to dostaniemy po kawie czy innym napoju gratis. A
normalnie kosztowało z 5 EUR! W ogóle bardzo mili ci
Szwajcarzy. Więc
rozstawiliśmy i powiedzieliśmy, że bardzo dziękujemy, ale
napojów nie chcemy i
sobie idziemy. Po czym niespiesznie posiedzieliśmy na leżakach. Dalej
było tą samą drogą w dół, więc właściwie nie ma co
opisywać, przynajmniej aż do Riederfurki :p Bo tam trza było odzyskać
depozyt.
Więc odzyskaliśmy i poszliśmy dalej. A dalej znów było niżej
i tak samo jak
poprzednio, tylko odwrotnie, gdyż śnieg. Kopanie się w dół
było mimo wszystko
łatwiejsze niż pod górę, więc postanowiliśmy stamtąd spadać.
Zwłaszcza, ze gaz
nam wygasł (jakoś mało paliwa zabraliśmy z samochodu, czemu?). Schodząc
tym
samym brakiem szlaku, a potem szlakiem zaledwie trzy dni
później niż
wchodziliśmy, mięliśmy okazję zaobserwować, jak wiele śniegu ubyło.
Właściwie
poza pierwszym (również i teraz lawiniastym) odcinkiem nie
bardzo było się
gdzie zakopać! Za to zrobiło się zalodzone. Jak nie urok to sraczka. Schodzenie
szło nam więc powoli, ale jednak po dobrej woli.
I tak aż do krzyża z grobem, gdzie Miki usiłował wykonać dupozjazd, ale
trochę
zarył plecakiem w śniegu. A wcześniej ponoć Wódz z dużego
rozpędu usiłował
wejść w dupozjazd i przezabawnie skleił w śnieg nie zjeżdżając ani
centymetra.
Generalnie mokry śnieg nie jest najlepszym podłożem do dupozjazdu. Ale
i tak
lepszym niż brak śniegu lub wystające krzaki spodeń, o czym spodnie
Mikiego się
nieco przekonały. Na szczęście nie można powiedzieć, żeby kwestię
poznały na
wylot. A potem już był widok na tamę i Małego pomysł, żeby sobieniej pozjeżdżać na linie.
Więc poszli z
Wodzem, a Kiero z Mikim szlakiem alternatywnym, żeby nie wchodzić po
tych
okropnych metalowych schodkach. Kiero został nieco przy rzeczce i
tablicy z ostrzeżeniem o możliwym nagłym podniesieniu stanu wody w razie otwarcia
tamy,
żeby porobić zdjęcia, a Miki pognał długą i nudną jak nieszczęście
asfaltówką
do samochodu. Samochód był (jednak to Szwajcaria!), a przy
nim chłopaki
rozkładające właśnie w resztkach słonecznych promieni mokre rzeczy. Coś
tam im
nie wyszło z tymi zjazdami. Po
godzinie przebiórki, przepaku i przeodpoczynku
zaprawionej przemuzyką Rammstein z odzyskanego samochoodtwarzacza
zatrzasnęliśmy za sobą drzwi w góry i poczęliśmy się
staczać. Najpierw ku
Blatten powoli, jak żółw ociężale, a potem już coraz chyżej
ku tamtemu Brigowi
i dalszym, a ruchliwszym samochodowo okolicom. Czekała na długa droga... Po
drodze postanowiliśmy dwie rzeczy. Primo: nie udało się
zdobyć czterotysięcznika, boi przy tych śniegach mieliśmy na to za mało
czasu,
ale to nie znaczy, że już – czyli o dzień wcześniej
– musimy rozpocząć powrót.
Pojedźmy sobie zatem zwiedzić trochę Szwajcarii, bo wszak szkoda
okazji.
Zdecydowaliśmy się na Berno i Zurych. Secundo, Kiero obliczył długość
trasy
„wokół połowy Szwajcarii” (tej
omijającej tunel kolejowy) i po przeliczeniu na
litry okazało się, że jednak autostradą wyjdzie nieco taniej niż
tunelem, a my
przynajmniej obejrzymy sobie z okien dolinę Rodanu i rzucimy okiem na
Jezioro
Genewskie. Ruszyliśmy zatem w wycieczkę objazdową... Dolina
Rodanu piękna, Jezioro Genewskie też, ale jakoś tak
późno się robiło, więc gnaliśmy bez postojów na
Berno. Postanowiliśmy przenocować
na jakimś parkingu krótko przed miastem i z rana uderzyć na
zwiedzanie. Parking
trafił się – na oko miły i pusty, więc w zapadającym
zmierzchu rozstawiliśmy
namioty i zaczęliśmy JEEŚC! Nieźle wygłodzeni po górskim
poście spałaszowaliśmy
z połowę naszych pozostawionych uprzednio w wozie zapasów, w
tym rybki mniam i
uszczęśliwieni szykowaliśmy się do snu, ale najpierw trzeba było umyć
zęby... A w
parkingowej toalecie czyhało Zło. Konkretnie, to w dużej
kabinie z kibelkiem dla niepełnosprawnych zamknęły się dwie osoby i
wyprawiały
tam harce. Brzmiało jakby dwóch grassujących (bo śmiali się
jak opętańcy) gejów
postanowiło sobie bardzo umilić czas. Odgłosy zaiste niemiłe. Od tego
czasu
chodziliśmy do kibelka parami jak dziewczynki. Ale szczęśliwie nic
więcej się
nie wydarzyło, więc z twardym postanowieniem przespania nocy BEZ
kolorowych
snów zapadliśmy w śpiwory. 16.03.2007 Ranek
wstał rześki i wilgotny. Wzięliśmy się za suszenie
namiotów i rychtowanie jedzenia, kiedy okazało się, kim byli
dwaj nocni harcownicy.
Otóż wyglądali na Romów i chyba byli z Rumunii,
bo ok. 8 przyjechał po nich
samochód na rumuńskich tablicach i ich zabrał. Mały
stwierdził, że zapewne są
to robotnicy sezonowi, którzy dla oszczędności śpią w
parkingowej toalecie, a
niemile spędzany w ten sposób czas uprzyjemniają sobie
własnym towarzystwem. No
cóż teoria jak każda inna, a my w zasadzie woleliśmy już o
tym nie myśleć. Na
tym parkingu nakręciliśmy też lwią część materiałów do
naszego filmu z wyjazdu.
Po prostu coś nam odbiło. A może musieliśmy odreagować...? ;) Poburdelowalismy
też nieco w ramach zarazem gór niedosytu jak i odprężenia. Do bulderingu jak
znalazł znalazła się wiata drewniana i Mały jako pierwszy poprowadził OS solo
Trawers Wiaty ;) A oto film
Berno
okazało się ładnym niewielkim miasteczkiem z
atrakcjami w postaci: wielkich szachów (w które
Mały i Miki nie omieszkali
machnąć partyjki mimo napiętego harmonogramu, bo czas bezpłatnego
parkowania
był ograniczony do godziny), ładnego mostu przypominającego nieco ten
słynny w
Porto oraz uroczych kamieniczek, tramwajów, niedźwiedzia,
etc.A
Mały to się nawet wykąpał w fontannie! W
Zurychu dla odmiany czuć było klimat wielkiego miasta.
Była statecznie tocząca swe wody dostojna rzeka Limmat, kościoły, kręte
uliczki
starego miasta i sporo ludzi na nich, a nastroju dopełniał urocze
jezioro
położone na skraju centrum. Była też arcyciekawa galeria sztuki
nowoczesnej z
samojezdnymi i samopiszącymi pojeździkami (nie będę się silił na opis,
to
trzeba zobaczyć samemu!) i mnóstwem zwisających z sufitu
telefonów, w
słuchawkach których trwała transmisja z Opery Zuryskiej.
Generalnie czad. Ale
półtorej godziny bezpłatnego parkowania szybko minęło i
trzeba było wracać do
samochodu zostawionego o kilkanaście minut piechotą od centrum. A tam
–
niespodzianka – Pani po cywilnemu właśnie nam wypisuje
mandat! Spróbowałem się
od nie dowiedzieć za co. Za nazbyt długie parkowanie –
odparła – tutaj wolno
tylko godzinę. A pan z nauki jazdy za rogiem powiedział nam, ze 1,5 i
nawet dał
parkscheibę, bo ta, którą sobie sami narysowaliśmy trochę
niepoważna ;) A ona
na to, że właśnie na odwrocie parkscheiby jest napisane, że wolno tylko
godzinę! No taak, to jesteśmy w dupie... Wyciągam parkscheibę zza szyby
i
okazuje się, że ma ona na odwrocie... reklamę, bo Pan nam dał jakaś
taką
darmową! Pani Urzędniczka zmiękła na ten widok i mówi, że
skoro instruktor
jazdy nam tak powiedział, to nie możemy za to odpowiadać i podarła na
naszych
oczach nasz świstek mandatowy. Ignorantia
iuris non nocet? Hurra! ;)
Potem
już była dłuuuuga droga do domu z tankowaniem w
najtańszej Austrii i innymi podobnego kalibru atrakcjami. Zmiany za
kółkiem,
nocne gnanie przez Niemcy, Senność w Trzebnicy, kiedy trzeba było Wodza
wysadzić i kawę wypić... Generalnie okej. U Wodza zgraliśmy wszystkie
zdjęcia i
filmy z aparatów na płyty i dzięki temu każdy z nas miał od
razu komplet – to
się nazywa pomysłowość! ;) Potem
już tylko niezbyt długa jazda do Łodzi, podczas której
zaczęliśmy snuć plany następnych wypraw i nie tylko... może kiedyś i o
tym na
tej stronce napiszę! ;)