Miki - Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!



Miki ażywa kąpieli śnieżnej
13.03.2007 
 
Dzień bowiem wstał w opozycji do nocy co położyła się na wieczorne niebo cieniem, a ranek słoneczny.
Z dachu willi zaczęły schodzić miniaturowe pyłowo-lodowe lawinki dachowe, co zresztą logiczne. Przenieśliśmy się więc z całym dobytkiem na zadaszony ganek willi drewnianej, celem śniadania i pakowania jedzenia i rzeczy wysuszenia, co też było logiczne, bo docierały tam promienie, a Miki się docierał śniegiem, a potem zlany robił jak nunczak norris.
 
Po popakowaniu złożyliśmy depozyt pod zasypanymi po głowę piwnicznymi oknami willi Cassei i podygaliśmy nie dywagując dalej co, a tu trochę w dół i hotel dla śniegofilów i kobiet. Na ganku była czyszczaczka do butów, a z kuchni woda na picie, więc miło, zwłaszcza, że dalej szlak wyratrakowany, a na ścianie kapliczka z kamieniami z różnych miejsc bez śniegu, ale gdzie to jest?...
 
Idąc wyratrakoszlakiem dla turystów pieszych, wnet przekonaliśmy się, że to nie szlak dla turystów z nartami. Nabyliśmy wysokości. Drogą wyratrakowaną. Ponieważ droga była bardzo piękna i bardzo niezróżnicowana, cały czas otaczały nas okazałe widoki bardzo zbliżone do siebie, choć z oddali i z drugim planem w tle, a w razie gdyby słońce nie wypaliło, więc cały dzień w goglach. Po lewej był sobie lodowiec, ale nic się (póki co) nie Działo, po prawej i z tyłu były jakieś-tam Matterhorny, Domy i trochę Monte Rós. Chyba z pięć.
Widoki na okoliczne góry Widoki na okoliczne góry
Widoki na okoliczne góry Mały na tle Aletschgletscher
wiszący lodowczyk Sześć wierzchołków Monte Rosa


Tnąc pisty (mówiąc oględnie nartostraty), doszliśmy do kolejnej stacji kolejnej kolejki. Wyciągnęliśmy się wiec na pleckach i plecakach, by w słonku pozażywić widoków i aspiryny (ja nie – przypadłość wklepywacza). A potem była nasza pieszopista się skończyła głębokim śniegiem i była wyrypa po skrawędzi nartopisty. Zaczęli obok nas śmigać w dół, więc śmignęliśmy w górę, ale spieszyliśmy się po woli, wolnej woli. Powoli też zaczęło do nas docierać, że nie dotrzemy ani na Jungfrau, ani nawet pod jej podnóżki i że Dziewica pozostanie tak jak stała, więc powoli przyspieszyliśmy, zwłaszcza, że nagle się dużo Działo, co odbiło się szerokim echem w naszej tropo-sferze. Jak się okazało, było to Działo do hukania na lawin spuszczanie, więc hukało.

 
Wśród gęstniejących szkółek narciarskich i krzyżujących się pist dotarliśmy do piStacji ‘Bettmeralp’ i tam późnym popołudniem zalegliśmy koło tramwaju z leżakami i widokami jak to tam. Rozstawiliśmy namioty gdzie nam pozwolono za zgodą i za stacją, dwa metry od trasy nocnych przejazdów ratraków, co okazało się rozjaśniając nam nocą pewne sprawy być adrenalinogehennym pomysłem okołopółnocnym lub (nie)wcześniejszym. Ale było twardo, zimno i nie(wy)godnie, więc mało co pospa(da)liśmy, a przynajmniej Miki.
 
"Tramwajowa " knajpa przy stacji Bettmeralp "Obóz trzeci" przy stacji Bettmeralp
 

14.03.2007
 
Rano wstało wraz z Małym, bowiem też pewnie chciało jako pierwsze zdobyć w kapciach Bettmerhorna, który górował nad obozem piękną, skalistą czołówką zwieńczoną krzyżem w myśl zasady ‘koniec wieńczy Działo’. Poubierawszy botki Mały zdobył się na szczyt, a następnie cały w skowronkach niemal górnolotnie powrócił cały i zdrowy. Cały Mały...!
 
Wtedy nawet i my już wstaliśmy i dalejże, hajże! Się szykować. Już po jakichś dwóch godzinach staliśmy uzbrojeni w uprzęże, czekany, z liną w plecaku i gotowi do zmierzenia się z oglądanym poprzedniego dnia z dołu, a tegoż dnia z bliska przez Małe kapcie żlebem. Żleb miał jedno miejsce z osypującą się zalodzoną dwójkową skałką, więc był nieco psychiczny, zwłaszcza, że nie było się z czego przyasekurować, bo wszystko się sypało. Na szczęście oprócz nas i naszej psychy! ;)
 
wspinaczka żlebem na Bettmerhorn wspinaczka żlebem na Bettmerhorn

Wyżej był już szlak doszczytowy z poręczówką, do której trza się było wszelako wspiąć czwórkowym zacięciem, więc nawet Mały podał Kierowi linę. Reszta też się jakoś wskrabała i przyszliśmy na szczyt, gdzie przyszło się związać, jako że dalej graniówka z potencjalnymi nawisami. Graniówki starczyło nam na półtorej godziny emocji z dwoma jeszcze szczytami po drodze, skałką do wspięcia i zamarzniętym jeziorkiem w dole po prawej. Po lewej zaś królował widok lodowca i przeciwległej – sporo wyższej od naszej, bo ponadtrzytysięcznej grani. Zachwyceni „dniem wspinaczkowym” dotarliśmy na ostatni (i najwyższy) szczyt naszej grani, prawdopodobnie właściwy Bettmerhorn jakoś około godz. 14. Szczyt był maksymalnie dwuosobowy, więc fotki robiliśmy sobie po kolei. Kolejki nie było. Droga powrotna była ta sama, więc w ramach atrakcji Mały chciał celowo zrzucić nawis, na którym usiadł, ale jakoś wytrzymał. I Mały, i nawis. Od pewnego momentu droga powrotna była nawet inna, bo z pierwszego-ostatniego szczytu postanowiliśmy zejść szlakiem miast psychicznego żlebu. Szlak też się okazał psychiczny. Poręczówki całkowicie przysypane i zapewne przymarznięte, ale ponieważ przysypane, to nie wiadomo. Więc schodziliśmy po kolei po bardzo stromych poletkach śnieżnych, asekurując się trochę lotnie, a trochę stale. Mały i tak miał najgorzej, bo schodził ostatni, ale i tak lepiej niż rano, bo przynajmniej był asekurowany i nie w kapciach.

Po czym byliśmy już pod namiotami, gdzie zaraz niżej szeroko niklowany tramwaj i stoliki do jedzenia w ramach kolacji, a już było wolno, bo piStacja zamknięta i narciarzy brak. A że wrażeń tego wrażego dnia nie mieliśmy jeszcze dosyć, więc wleźliśmy do namiotu, po czym Kiero z Małym ze swojego wyszli i weszli z butami do namiotu Wodza i Mikiego, którzy ich nawet zaprosili. I grali w karty długo i niewygodnie. W kartach stał np. chuj. Pan znaczy. Pani, społeczeństwo.

Na grani Bettmer Widoki na okoliczne góry Mały próbuje zerwać nawis
Widok spod Bettmerhornu na lodowiec Aletsch Na grani Bettmer Na grani Bettmer
na grani Bettmerhornu "Powietrzne" zejście po grani Bettmerhornu W zejściu
W końcu zostali wygonieni, bo namiot dwuosobowy i z chujem w chuj nie(wy)godnie. Noc znów ciężka, bo chyba nawet zimniejsza niż poprzednia, a śnieg pod karimatami się wytopił nocy poprzedniej, a potem zamarzł i łoże było iście madelodowe. Miki z Wodzem nawet, nie mogąc zasnąć wychylili się jeszcze na moment na siku i takie tam, ale szybko zagonił ich z powrotem dziadek. Mróz.
 
Może warto jeszcze dodać, ze w tym momencie byliśmy już pogodzeni z losem i wiedzieliśmy, że przy tych warunkach śniegowych nie mamy co pchać się dalej, bo jedyne co możemy w ten sposób zyskać, to problemy z powrotem. Na lodowiec zejście też nie wchodziło w grę, bo nawet z góry było widać, że lodowiec mocno uszczeliniony, a szczeliny poukrywane pod śnieżnymi mostkami i bez nart nie rozbieriosz.
W zejściu Grań Materhornu podświetlona zachodzącym słońcem

 
Alpenferajna 2007: Poprzednia
1 2 3 4 Galeria zdjęć Następna