W końcu zostali wygonieni, bo namiot dwuosobowy i z chujem w
chuj nie(wy)godnie. Noc znów ciężka, bo chyba nawet zimniejsza niż poprzednia,
a śnieg pod karimatami się wytopił nocy poprzedniej, a potem zamarzł i łoże
było iście madelodowe. Miki z Wodzem nawet, nie mogąc zasnąć wychylili się
jeszcze na moment na siku i takie tam, ale szybko zagonił ich z powrotem dziadek.
Mróz.
Może
warto jeszcze dodać, ze w tym momencie byliśmy już pogodzeni z losem i
wiedzieliśmy, że przy tych warunkach śniegowych nie mamy co pchać się dalej, bo
jedyne co możemy w ten sposób zyskać, to problemy z powrotem. Na lodowiec
zejście też nie wchodziło w grę, bo nawet z góry było widać, że lodowiec mocno
uszczeliniony, a szczeliny poukrywane pod śnieżnymi mostkami i bez nart nie
rozbieriosz. |
 |
 |