Miki - Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!




Góry nad "naszym" parkingiem o poranku
11.03.2007 
 
Mimo świateł migocących na zewnątrz wiaty spało się wyśmienicie, ale ledwie niecałe 6 godzin, bo z obawy, żeby nas ktoś nie przyłapał na nielegalnym (ściślej: nie wiadomo czy legalnym) noclegu, budziki nastawiliśmy na 7:00. Ranek przywitał nas przepięknym słońcem, więc po śniadaniu (i wizycie Pana Konserwatora parkingu, który - miast nas ochrzanić i wywalić bądź omandatować – przyjaźnie choć niezrozumiale zagadał) ruszyliśmy do Grindelwaldu celem zdobycia informacji dotyczących Jungfrau i okolic. W Interlaken (po drodze piękne widoki na góry i jezioro, i miasteczko na cyplu skalistym) skręciliśmy na Grindelwald i tu dopiero zaczęły się nam odsłaniać wspaniałe panoramy z Jungfrau, Mönchem i Eigerem na czele. W Grindelwaldzie – zupełnie bajkowym miasteczku otoczonym czterotysięcznikami – dowiedzieliśmy się, że możemy o grubo ponad połowę skrócić sobie drogę do Brig, jadąc w rzeczy samej pociągiem przewożącym auta za (w sumie jedyne!) 25 CHF. Zakupiliśmy także mapy (1:25.000) – dwa arkusze – i po niecałej godzince włóczenia się po miasteczku, zaleganiu w jakimś hamaku na placu zabaw (Adaś i Miki) oraz serii fot z królująca nad okolicą północną Eigeru oraz – o ile to możliwe – jeszcze piękniejszym Wetterhornem, ruszyliśmy znów w dół do Interlaken i dalej koło pięknej, śnieżnej piramidy Weissenbergu do miasteczka, skąd odchodzą pociągi. Pociągi przewożą auta przez góry tunelem o długości ponad 14 km do doliny Rodanu.
 
Wetterhorn z Grindelwaldu Wetterhorn z Grindelwaldu
Eiger Eiger - północna ściana
Po drodze kupiliśmy 3 chleby (a Adaś fajne rękawiczki z Thinsulate za jedyne 13,90 CHF) na sympatycznej stacji benzynowej BP. Wreszcie osiągnęliśmy stację kolejową. Zapłaciliśmy w bramce jak na autostradzie, a po chwili czekania w sznurze innych aut szlabany się podniosły i po huczących metalowych pomostach wjechaliśmy na odkryte po bokach, ale zadaszone wagony. Po chwili ruszyliśmy. Samochód na platformie stał. A po chwilach dwóch zniknęliśmy w tunelu. Radio przestało grać.Pociąg do przewozu samochodów tunelem
 
Przejazd trwał łącznie ok. 20 minut, a po drodze mijaliśmy podobny skład jadący w przeciwną stronę i wtedy zatykało uszy. Wreszcie tunel się skończył, więc po zatrzymaniu pociągu i uruchomieniu silników zaczęliśmy zjazd ciągiem serpentyn i tuneli w stronę Rodanu. Nad rzeką skręciliśmy już na Simplon i Brig i po kilkudziesięciu minutach byliśmy wreszcie (niemal) u celu. Niemal, gdyż z Brig podjechaliśmy do góry kolejnymi (którymi to już...) serpentynami do Blatten, gdzie ostatecznie kończy się droga dla aut. Tu zaparkowaliśmy mniej więcej w centrum i poszliśmy do miejscowej informacji turystycznej celem zasięgnięcia języka... lodowca Aletsch i południowych stoków grupy Jungfrau. Ponieważ jednak była niedziela, więc „prześliczna” (Adaś), ale „wytapetowana” (Miki) panienka udzieliła nam tylko takiej informacji, że będzie bardziej otwarta od 15:30. Mieliśmy więc 1,5 godziny, podczas której zjedliśmy i zaczęliśmy Wielkie Przepakowywanie na Góry. Zajęło nam to łącznie aż 3 godziny, aż słoneczko zaczęło się już chować za góry. Po licznych dywagacjach co zrobić z tak pięknie kończącą nam się właśnie resztką dnia, a także kolejnej wizycie w informacji, gdzie dostaliśmy namiar na miejscowego przewodnika, który coś miał wiedzieć (bo panienka niezbyt nic) oraz po spakowaniu (czytaj: upchnięciu na siłę stosu) do plecaków, podjechaliśmy autem do końca drogi jezdnej w pobliżu tamy, tam go porzuciliśmy (wyhaczywszy wszakże to miejsce już wcześniej) i Tama nad Blattenwreszcie z plecakami RUSZYLIŚMY W GÓRY.
 
Niestety – za małe trochę zaczęło się pierwsze zmierzchanie. Po zejściu niekończącą się serią metalowych schodków-kratek z prześwitami kilkanaście pięter w dół na tamę oraz po przemierzeniu tejże, zaczęliśmy podejście oznakowanym szlakiem czerwonym stromo do góry przez las po kamieniach, korzeniach i śliskich płatach śniegu. Wszelakoż zaczęło się już porządnie zmierzchać, a do miejsca, gdzie można by się rozbić, czyli na szczyt pierwszej grani, gdzie są wg mapy jakieś domki pozostało – wg drogowskazu – jakieś dwie godziny. Po kolejnej naradzie zdecydowaliśmy, ze nie ma sensu się pchać stromo do góry przez ciemny las i że idziemy do auta spać na parkingu. Na szczęście postanowiliśmy zejść innym wariantem szlaku (nie przez tamę – nie uśmiechały nam się te Niekończące Się Metalowe Schody) i po drodze znaleźliśmy sympatyczną łączkę, trochę kamienistą i narobioną owieczkami chyba, gdzie udało się rozbić namioty na noc.
 
Zjedliśmy kabanosy i salami ze szwajcarskim, chrupiącym chlebem ze stacji benzynowej, łaciatą Milkę, popiliśmy herbatą i poNasze obozowisko krótkiej dyskusji pt. „co dalej...”, z której jak zwykle nic nie wynikło, bo nie mogło wyniknąć, poszliśmy spać do namiotów: Adaś i Miki w jednym, a Kiero i Mały w drugim. I wszyscy już dawno się pospali, tylko Ja-nusz uzupełniam kronikę od dwóch godzin. Ale ponieważ mam już tylko do dodania, że dzwonili rodzice, więc kończę pisanie na dziś...
 
 
12.03.2007
 
Rano wszyscy spali, więc ja też. W końcu o 7:15 wstałem. Nasze obozowisko znajdowało się jeszcze w głębokim cieniu, ale niebo okazało się być bez jednej nawet chmurki. Reszta Alpenferajny też powoli się zwlokła, a ja szukałem czapki (zimno...), a potem chodziłem po wodę. Następnie zjedliśmy śniadanie i ostatecznie ruszyliśmy na szlak o 9:40. Stromymi zakosami, a nawet betonowymi schodkami, ponad tamą i jakimiś tam-owymi zabudowaniami przez las.
 
Potem wchodziliśmy do góry, aż doszliśmy do miejsca, gdzie było wypłaszczenie z krzyżem-grobem, skąd bardzo ładnie zaczęło być widać Matterhorn. Tamże krótki postój z fotkami i dalej w górę, w górę, w górę, w górę...
 
Śniegu było już coraz więcej, a miejscami nawet sporo. Idąc tedy szlakiem na Riederfur(t)ke (do domków owych), minęliśmy... furtkę, ale byliśmy na nią otwarci. Widać ktoś odgrodził pastwisko, gdzie wypasał yeti. Po jeszcze trochu zakosów po łączkach i laskach (których spod śniegu w zasadzie nie było widać) połączyliśmy się ze śniegiem innego szlaku, gdzie zakopany po tabliczkę drogowskaz olśnił nas, że do Riederfurki nadal tyle samo. Więc zjedliśmy tabliczkę, chyba nawet niejedną, ale czekolady. I zgubiliśmy szlak.
 
Zakopany w śniegu drogowskaz Mały brnie w śniegu
Po pół godzinie rycia w śniegu po biodra nawet go jeszcze raz znaleźliśmy, ale na krótko. Ostatecznie zgubiliśmy go pod kolejną skałką. Tzn. na skałce szlak był, a dalej już nie był. Albo był, ale nie wiadomo gdzie. Po próbach rycia w śniegu, tym razem nawet już po pas, daliśmy za wygraną i wysłaliśmy zwiadowcę. Właściwie to nawet sam się wysłał, ale na lekko. Bo był Mały to.
 
Kopny śnieg Brodzenie w kopnym sniegu Ostatnie metry pływania w śniegu
Siedzieliśmy na słońcu, dumając, czy tego dnia jeszcze dokądkolwiek dojdziemy oraz czy ślady, które widzieliśmy, były niedźwiedzie, a jeśli tak, to jak bardzo świeże i kiedy spodziewać się rewizyty. A Małego nie było. Nie było go tak długo, że zaczęliśmy się martwić i żywić, i tak nam minęła godzina. Wreszcie wrócił uchachany – to musiał być Mały. Pozwoliwszy mu odpocząć i zdać relację z niebytu, zarzuciliśmy po plecaku i ruszyliśmy – już w komplecie – po Małych śladach na dużą górę śniegu. Czym bardziej była to góra, tym bardziej była to śniegu. Wreszcie nasza wspinaczka, powyżej granicy lasu, w miejscu kandydującym na piękną lawinkę, zaczęła przypominać pływanie, bo niekiedy tylko ramiona i głowa wystawały. No i oczywiście dwudziestokilowe, choć więcej litrowe plecaki. Pływanie było różnymi stylami, choć Żaby nie było, np. Miki pływał stylem więcej rozpaczliwym. Ostatecznie, niekiedy zsuwając bardziej niż wypełzając, przebyliśmy pojedynczo kluczowe miejsce drogi, gdzie śnieg niezbyt zachęcająco, ale za to głucho, sobie dudnił. Dalej było dyszenie pod krzaczkiem, bo Mały nam się zapadł. Ostatecznie krzaczek załoiliśmy w zespołach dwójkowych dwoma różnymi wariantami i stylami pływackimi. A dalej była ścieżka trawersująca ostatecznie krzaczki, ze śniegiem co najwyżej po biodra i oto w promieniach chylącego się ku zachodowi słońca (w końcu dwie godziny w siedem we czterech, nie? Dwa kilometry w poziomie i siedemset metrów podejścia :p) ukazała nam się Riederfurka do wolności.
 
Nieco rozmiękli i wymiękli obejrzeliśmy willę z drewna i podeszliśmy do willi innej jakiejś nieco obok o nazwie Cassei, ale była za darmo zamknięta. Tamże schodki. Na schodkach rozbiliśmy bank z jedzeniem i zapolowaliśmy na kuchnię, gotując i rozrzucając wszystko. Tymczasem zapadł zachód słońca i zrobiło się czarno, ale zimno, ale czarno i przyszło dwóch Niemców i nas rozgrzało rozmową, Mikiego znaczy. Postawiliśmy namioty i kijki trekkingowe, ponieważ zobaczyliśmy ratrak, który mógł zostać potencjalnym obiektem rozjazdu owych pierwszych (z nami w środku, co gorsza albo nawet lepsza, bo zimno) w najbliższym czasie lub jutro.
Grań na wschód od Riederfurki Grań na wschód od Riederfurki

Wszyscy sikali na miejsca wyratrakowane, ale nie rozmawialiśmy o tym w promieniach diodowych czołówek. Bo to nie ta kolorystyka.
Estetyka – estetyką, a tu noc.
I potem dzień.


Alpenferajna 2007: Poprzednia
1 2 3 4 Galeria zdjęć Następna