Alpenferajna
2007
wyprawa górska, 8
dni
uczestnicy:

Kronika... ale
dokąd...? (kronika z oka przymrużeniem)
09.03.2007
Pomysł
wyjazdu Nie Wiadomo Dokąd zaistniał w swej realności
czy też raczej w swej surrealności, jak dla mnie, w okolicach
ostatniego
wtorku
(jak dla mnie ok. tygodnia wcześniej – przyp. Miki). Dziś
jest piątek, dziś też
jest wyjazd. Ze trzy dni na przygotowanie się do wyjazdu – to
przecież sporo
czasu. Pod warunkiem, że się nie jedzie na alpejski lodowiec... albo,
że się
jedzie, bo się ma cały sprzęt na wyjazd, albo przynajmniej cała kasę.
Albo
przynajmniej kasę na żarcie.. Albo w ogóle się ma jakąś
kasę. Ale(tsch) co tam!
Gorzej, że się nie ma umiejętności wspinaczkowych czy tam jakaś zima i
trzeci
stopień zagrożenia lawinowego jest.
Podsumujmy
więc jak dotąd:
1. Kasa
znalazła się po intensywnych „rozmowach”.
2. Zagrożenie
ma spadać (wraz z lawinami).
3. Może
nie będzie stromo :p
4. Sprzęt
znów dobre ludzie pożyczyli (w kolejności pożyczania dzięki:
Arturowi z
Trawersu, Leszkowi z eksTrawersu – obu za czekany, Lechowi za
kask – Bananowi
za uprząż w rozmiarze M (!))
5. I
–
Elbrusiętom – za pamięć o dawnym Kierownictwie, co
poskutkowało jechaniem! :)
To
jeszcze krótko o przygotowaniach.
1. Wtorek:
się okazuje, że może pojadę
2. Środa
– jadę już na pewno, zakupy
3. Czwartek
– pożyczanie sprzętu
4. Piątek
(czyli dziś) – c.d. pożyczania sprzętu, grzebanie w necie,
pakowanie do
stareńkiej Gardy Natalex 40+10(Krejzi part x), ściąganie map z netu,
zamieszanie się niekończące.
A dalej
będzie tak:
Plecak
wazony póki co (bez części namiotowych,
płynów
róznego pochodzenia, za to z dwoma czekanami –
jeden dla
Adasia!) 19 kg
i mały
plecaczek do auta (rodziców Mikiego) pakujemy o 22:00 i
ruszamy do Wrocławia!
A kto?
A my!
MIKI
MAŁY
i JA(NUSZ).
A po
kogo?
A po
ADASIA - Wodza.
I tak
oto Elbrusiąt 4/6 zamienia się w Alpenferajnę. Pod
warunkiem jednak, ze jedziemy w Alpy. Bo w końcu, to dokąd my właściwie
jedziemy...?
10.03.2007
Mija
22:00, 23:00, 24:00... Wyjazdu ani dudu. W końcu
o
godzinie 0:20 zadzwoniła „sekretarka” Magda, żeby
powoli schodzić. Po
następnych paru minutach zjawili się Miki z Magdą, zapakowaliśmy moje
graty, za
chwilę okazało się, że moje empetrójki
nie będą grać w
aucie
i pojechaliśmy po
Małego. Po jego zapakowaniu ruszyliśmy do kolegi Maćka K. po kask
(który Maciek
był niegdyś od Mikiego pożyczył i teraz trza było odebrać), stamtąd zaś
odwieźć
Magdę do domu i na kawę. I dopiero o 01:40 ruszyliśmy we trzech na
trasę do
Wrocławia.
Do
Trzebnicy zajechaliśmy po równo trzech godzinach (i pięciu
minutach :p), włamaliśmy się domofonicznie do Adasia, najpierw wszakże
ćwierkając autoalarmem do wstających wraz z pierwszym brzaskiem
marcowych
ptasząt.
Po
kolejnej godzinie i kawach zagryzionych wafelkami w
czekoladzie ruszyliśmy na Wrocław już w alpejski