Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!

Amfiteatr w Siracusie
Znów Sycylia
 
Najpierw wpadliśmy do Siracusy obejrzeć słynny rzymski amfiteatr. Faktycznie ciekawe miejsce (od tamtego czasu widziałem kilka amfiteatrów i ten był chyba najlepiej zachowany), szczególnie ze względu na akustykę. Kiedy jeden z nas stanął na koronie, a drugi na dole na „scenie”, to – mimo odległości dobrych 30 metrów – mogliśmy porozumiewać się niemal szeptem. Niesamowite...
 
Następna na drodze była... oczywiście Etna! Na jakże by tak – nie spróbować zdobyć czynnego wulkanu podczas erupcji? Ale – skoro od południa (Nicolosi) się nie dało, spróbowaliśmy uderzyć od północy. Na szczegółowej mapie Etny i okolic (którą dostaliśmy za darmo!! w informacji turystycznej w Catanii) wypatrzyliśmy sobie miasteczko Linguaglossa i pienie wijącą się ku górze drogę kołową, która tuż poniżej 2.000 m kończyła się przy schronisku Provenzana. Miasteczko okazało się senne, więc migiem – jako ze było już późno (zapadał zmrok) uderzyliśmy stopować na drodze ku górze. Szło nam niesporo. Ruch prawie żaden, a jak już ktoś jechał (np. co kwadrans), to nie był zainteresowany zabraniem nas, biednych misiów. Szliśmy więc sobie szosą z zamiarem rozbicia namiotu tam, skąd już nie będzie nam się chciało dalej iść (przezornie zaopatrzyliśmy się w wodę na nocleg, w okolicach Etny woda w strumykach – nawet jeśli jest – może się kompletnie nie nadawać do picia).
 
Osservatorio Volcanologico na stokach EtnyPo niecałej godzinie takiego marszu wypatrywaliśmy już dość intensywnie miejsca pod namiot, kiedy – o cudzie! – ktoś się jednak zatrzymał. I to nie byle kto, bo rodzinka, bodaj trzyosobowa, która z ledwością upchnęła do auta nas i nasze plecaki i heja do góry!. No może nie tak heja, było stromo, droga kręta, auto obciążone... ale daliśmy radę :)
 
W Piano Provenzana zapłaciliśmy – o ile pamiętam bardzo niedrogo – za rozbicie namiotu koło schroniska i – zorientowawszy się, że z tej strony nikt nie pilnuje dostępu ku Etnie - po szybkiej kolacji uderzyliśmy w kimę, żeby nazajutrz do dnia uderzyć na szczyt. Ja miałem kłopoty, żeby zasnąć – na tej wysokości mocniej niż na poziomie morza bolały mnie uszy – ale jakoś w końcu zapadłem w objęcia MorfeUsza, leniwie zastanawiając się, czy czasem mój ból nie uniemożliwi mi jutrzejszego ataku szczytowego...
 
Następnego dnia – pełni obaw, żeby jednak ktoś nie zablokował drogi – już po siódmej byliśmy na szlaku. Szło się dość monotonnie – na początku jeszcze nieco karłowatego lasku liściastego, a potem już tylko kamienie, popiół i żwir, żwir, popiół i kamienie. Szarą czerń tudzież czarną szarość krajobrazu urozmaicały jedynie pojawiające się od czasu do czasu na kamieniach całkowicie pożółkłe od siarczanych oparów niby-mchy. Natomiast wśród samej szarości wyróżniały się kratery – całe mnóstwo bocznych – niewielkich i sporych – oraz – na szczęście  nieczynnych – kraterów. Podobno jest ich w całym masywie kilka tysięcy. No, Księżyc po prostu! ;) Na szczycie Etny
 
Na wysokości około 2.800 m domaszerowaliśmy prosto do Obserwatorium Wulkanologicznego. To by wyjaśniało obecność łazików (których kilka nas wśród tumanów pyłu wyprzedzało). Obserwatorium jest kopulaste i... kremowo białe, co ładnie odróżnia je od krajobrazu i już choćby dlatego miło było się na nie natknąć. Ale czy na pewno? Stąd już wszak na pewno nie wolno dalej iść! Ale co, NAS ktoś zatrzyma?! Po serii fotek, tyleż niepostrzeżenie co bez jakiegokolwiek zainteresowania ze strony miejscowych ruszyliśmy dalej :)
 
A dalej znów były tylko kamienie, popiół i żwir, żwir, popiół i kamienie. I tak aż do miejsca, gdzie na ścieżce dumnie sterczała tablica z przyblakłym napisem „Podczas erupcji wstęp wzbroniony”. Oczywiście poszliśmy dalej :p
 
Dalej było zaś znacznie bardziej stromo, a piarg sypał się spod butów. No cóż, przerabialiśmy to już na Monte Cinto – damy radę! No i daliśmy – 200 metrów wyżej znaleźliśmy się na krawędzi głównego krateru...
 
Tak, to było niesamowite! Po pierwsze – zapach, a właściwie smród. Siarka, siarka, SIARKA! Bandany – dotychczas chroniące nas przed słonecznym udarem powędrowały na nosy i usta, a my powędrowaliśmy wzdłuż krawędzi Czeluści. Czeluść była głowny krater Mongibellosłabo widoczna, ponieważ z trzewi Ziemi nieustannie dobywały się białawe opary, no cóż, smród może być też widać! Ale na szczęście wzrok i węch nie były jedynymi przydatnymi tam zmysłami. W rozgrzanym upałem (tak! Na 3.300 m było wciąż dobrze ponad 20 stopni) i smrodem powietrzu można się było bowiem... wsłuchać w burczenie brzucha Ziemi. Naprawdę! Te pomruki i niegłośne grzmoty dochodziły spod naszych stóp! O-o... Z wrażenia zapomniałem nawet o bólu uszu ;) Seria fotek, szybkie wejście na najwyższy punkt (Mongibello, 3.343 m) i – jako ze na więcej nie pozwalały nam nasze nosy oraz rosnąca obawa przed gniewem Góry – już pędziliśmy wśród obłoków pyłu po piargu w dół.
 
Tablica z zakazem wstępu, obserwatorium, kamienie, kratery, karłowaty lasek i już jesteśmy – umorusani i przesiąknięci siarą, ale szczęśliwi i bezpieczni – przy schronisku Piano Provenzana.
 
Potem nadal wszystko było jak w puszczonym od końca filmie: zjazd drogą do Linguaglossy, dalej stopowanie przez Taorminę do Messiny, kolejny raz darmowy prom do Reggio di Calabria i szukanie noclegu na okolicznej plaży. Nazajutrz myk w stopa i znaną już autostradą pędzimy wzdłuż całego włoskiego „buta” – od „palców” aż do „łydki”, czyli okolic Neapolu, gdzie na stacji benzynowej wypadł nam nocleg. Ale jeszcze przed noclegiem nadszedł ten szczęsny moment, że dostrzegłem poprawę w stanie swoich uszu! Najpierw jedno, a kilka godzin później drugie zrobiło „chlup” i zacząłem normalnie słyszeć, a i ból niemal zniknął! Dzięki Wam, o dzięki, panie sycylijski doktorze oraz Etno i Twoje rozrzedzone powietrze! ;)
 
 
Droga powrotna
 
Nazajutrz nadszedł ostatni dzień naszej wspólnej z Małym wyprawy. Jemu bowiem powrót wypadał do Londynu (a chciał po drodze zobaczyć Rzym i Liechtenstein), a mnie z kolei spieszyło się już do Polski, jako że za kilka dni rozpocząć się miał wypad na Ukrainę, na który byłem już wstępnie umówiony. Tego dnia mieliśmy wybitne stopowe szczęście. Z „naszej” stacji benzynowej zabrało nas wybitnie przyjazne małżeństwo z Neapolu, które wracało właśnie z rodzinnych stron („Mieszkamy w Reggio Emilia i lubimy to miejsce, ale tylko Neapol kochamy!”). Wybitna przyjazność polegała na tym, że: jechali we dwoje i mieli na tyle swojego fiata multipla mnóstwo miejsca na nasze dwa wymęczone półtoramiesięczną wyprawą cielska, zboczyli spory kawałek z autostrady, żeby Małego wysadzić w centrum Rzymu (!), gdzie był z kimś-tam omówiony, a wreszcie mnie dowieźli aż do Modeny, skąd miałem już „rzut beretem” do kolejnego – i zarazem ostatniego planowego przystanku na swej drodze, czyli Arco. Na odchodnym przemiły pan zdążył jeszcze zaoferować mi pomoc finansową w postaci kilkudziesięciu
moja sypialnia w Arco tysięcy lirów w razie gdybym nie miał za co wrócić do domu! Podziękowałem grzecznie i pożegnałem się nimi serdecznie, bo też naprawdę niesamowicie sympatyczni byli to ludzie :)
 
Z Modeny do Arco było chyba tylko ze 100 km, więc jeszcze tego dnia pod wieczór porzuciłem plecak w jakiejś knajpce i ruszyłem na zwiedzanie miasteczka. Powody były dwa: Arco to wspinaczkowa Mekka Europy. O zasłużonej, dodajmy, sławie. A drugi? Można tam tanio kupić szpej! :)
 
Jeszcze wieczorem wypatrzyłem więc położenie wszystkich trzech sklepów wspinaczkowych i – w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku – poszukałem miejsca na nocleg. Łatwo nie było, bo miasteczko niewielkie i otoczone skałami, a w samym centrum ciężko gdzieś znaleźć miejsce do rozbicia się na dziko. W końcu zrezygnowałem z namiotu i rozłożyłem swą sycylijską niby-karimatę na... placu zabaw pod zjeżdżalnią! Nawierzchnia była tartanowa, więc nietwarda, a przy tym – nawet przy przypuszczalnej porannej rosie – sucha, miejsce zadaszone – czegóż chcieć więcej? :)
 
Rano byłem wyspany i gotów do wydania resztek pieniędzy na wymarzone „zabawki”.  Nabyłem: maszynkę benzynową MSR „Dragonfly” (zawsze wydawała mi się praktyczniejsza od gazowej, a fakt posiadania jej przez Małego na naszej wyprawie i
jedna z zatok Lago di Gardawspólnego z niej korzystania tylko to potwierdził), nową czołówkę Petzla (jakoś musiałem zastąpić utraconą na Sardynii Tikkę), kevlar, kubkopłytkę HB „Sheriff” i jeszcze parę drobiazgów i już – z cięższym plecakiem, ale totalnie nieważką kieszenią – stopowałem z powrotem ku Rovereto i autostradzie.
 
Arco jest położone w pobliżu Lago di Garda – najgłębszego (a przy tym dwa razy większego niż Śniardwy) jeziora Europy, w samym sercu niewysokich acz skalistych gór. Możecie więc wyobrazić sobie widoki z szosy... Nie, właściwie nie możecie :p No, były piękne, szkoda, że klisza w aparacie właśnie się bezpowrotnie skończyła!
 
W zasadzie w drodze powrotnej nic ciekawego nie zaszło. Brennero, Monachium, Chemnitz... wszystko to widziani z autostrady starzy znajomi. Potem jeszcze przesiadka na pociąg gdzieś w Polsce (tym razem bodaj aż w Częstochowie) i oto po niemal dwóch miesiącach tułaczki jestem w DOMU!!! Nieskromnie napiszę: mogę sobie tylko gratulować TAKIEJ WYPRAWY (a Małemu raz jeszcze dziękuję za szaleńczość pomysłu – bez Ciebie bym na to nie wpadł, Stary! :D)
 
 
Koszty
 
W sumie wyszło chyba z 2.300 zł, z czego ponad połowa poszła na promy (a połowa reszty – w związku z niemożebnymi upałami – na lody :p). Niemało, ale warto było!

Tryptyk śródziemnomorski 2001: Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 Strona główna