![]() |
|
Prom (cholernie
drogi, bo ekspresowy, płynął tylko 1,5 h i gnał jak szalony, ale innych nie
było) odpłynął o czasie, odprawa paszportowa na Malcie przebiegła w miarę
sprawnie i już byliśmy w tym jedynym w swoim rodzaju zakątku Europy, gdzie całe
Państwo mieści się na trzech wyspach, z czego najmniejsza ma może hektar
powierzchni, a wszystkie razem są łącznie mniejsze od Warszawy.
Pierwszym, co uderzało był oczywiście ruch lewostronny. Zaraz potem następna kołowa ciekawostka, mianowicie zabawne oldskulowe autobusy. Jest to zresztą jedyny oprócz promów środek publicznej komunikacji w całym państwie, ale w sumie po co więcej, skoro na upartego wszędzie można dojść piechotą w ciągu kilku godzin...? :) Wyspa Malta składa się z miast. Wychodząc lub wyjeżdżając
z jednego jednocześnie trafiasz do drugiego. Jest ich tam kilkanaście albo i
więcej, a tworzą praktycznie jedną konurbację od brzegu do brzegu w każdą
stronę. Jeszcze bardziej egzotyczne niż układ urbanistyczny są ich nazwy, takie
jak Mgarr, Ghaxak czy Marsaxlokk. Upodobanie (czy raczej regułę językową) do
podwójnych spółgłosek widać zresztą we wszelkich nazwach. W zasadzie zrozumiała
jest ta całkowita nieprzystawalność ortograficzna do europejskich przyzwyczajeń
językowych, maltański jest bowiem jedynym językiem semickim zapisywanym przy
pomocy łacińskiego alfabetu. Ale oczywiście prawie wszyscy mówią też po
angielsku, co umożliwia doskonały kontakt z miejscowymi przy zachowaniu daleko
posuniętej egzotyki.
Nasz pobyt na Malcie trwał zaledwie trzy dni, a mimo to
zdążyliśmy zobaczyć wszystko, co nas interesowało. Co znaczy, że między innymi
nie widzieliśmy kilku bardzo słynnych zabytków architektury (w tym podziemnej)
czy też nie nurkowaliśmy, co jest podobno głównym motorem turystyki tego
państwa. Zasadniczo jednak Malta nieco nas rozczarowała, dlatego ograniczę się
do skrótu. Mi utrwaliło się w pamięci parę rzeczy. Np. „Kinnie” – rewelacyjny w
smaku napój z pestek gorzkich pomarańczy – miejscowy specjał. Jeśli
kiedykolwiek tam będziecie, MUSICIE tego spróbować. Nie nabierzcie się przy tym na coca-colowski surogat, też jest
niezły, ale nie umywa się. Drugą ciekawostką było Inland Sea (Morze wewnętrzne)
na wyspie Ghawdez (czyt. „Gozo”). Jest to zamknięta ze wszystkich stron skałami
zatoka, która łączy się z morzem poprzez skalny tunel/ jaskinię. Płynie tamtędy
oczywiście statek wycieczkowy, ale można też spróbować wpław, jako że ma on
zaledwie ok. 200 metrów długości. Ja nie próbowałem – nie mam aż takiego
zaufania do swoich pływackich umiejętności ;)
Na Ghawdez spotkała nas też dość przykra niespodzianka –
otóż jedyny raz na całej wyprawie musieliśmy zapłacić za... nocleg na plaży. No
fakt, „wypożyczyliśmy” sobie na noc – jak zwykle zresztą – leżaki, ale tylko
tam zdarzyło nam się, ze ktoś za to chciał pieniądze. I to od razu niemałe, bo
po 2 maltańskie liry (wówczas 20 zł!!) od osoby. Oczywiście okazało się to
dopiero rano, więc jak niepyszni zapłaciliśmy i poszliśmy stopować ku promowi
powrotnemu na wyspę Malta.
Nasz aktualny samochodowy dobroczyńca okazał się bardzo sensownym katolickim księdzem (tak, tak, Ci językowi „Semici” podzielają wiarę św. Wojciecha i ojca Rydzyka!) i po drodze opowiedział nam, kiedy nie należy przyjeżdżać na Maltę. Otóż... właśnie w tym okresie, kiedy myśmy się tam wybrali! Dlaczego? Na naszą uwagę, że jakoś tu sucho i – mimo najbliższego sąsiedztwa morza – jakby półpustynnie stwierdził: „Bo trzeba było przyjechać w styczniu. Wtedy wszystko kwitnie!”. Ech szczęśliwy kraj... (za oknem właśnie mam –10 stopni :p). Z Paradise Bay, dokąd przybija prom z Gozo jeszcze tego
samego dnia udaliśmy się do Valetty, gdzie w palących promieniach
popołudniowego słońca wsiedliśmy na powrotny statek do Pozzalo. Potem nocleg na
sprawdzonej przewróconej łodzi na plaży obok prysznica i już czekały nas
wyzwania dnia następnego.
|
|
| Tryptyk śródziemnomorski 2001: | Poprzednia | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | Następna |