Rano było tak jakoś leniwie. Kiedy już kupiłem zastępczą
(i bardzo drogą) karimatę z nieprzyjemnie cienkiej gąbki, to zamiast przejść
się (spory kawałek) do słynnych ruin rzymskiego amfiteatru postanowiliśmy się
przespacerować po miasteczku. Przy okazji udało nam się przyuważyć rzecz dość
osobliwą: pociąg towarowy ładnych kilkanaście minut stojący na przejeździe i
blokujący ruch kołowy. Jakoś nikt się nie denerwował. Co do nas, to nawet
rozważaliśmy, czy by nie skoczyć po plecaki i pojechać dalej „pociągostopem”,
ale zanim się namyśliliśmy, pociąg ruszył ;)
Posnuliśmy się więc jeszcze po miasteczku, Mały wykąpał
się w morzu, a ja wziąłem prysznic pod szlauchem na pobliskiej nieczynnej
budowie i jakoś nam zeszło do wczesnego popołudnia, kiedy to poszliśmy łapać
stopa do Catanii.
Catania, miasto u podnóży Etny przywitała nas czarnymi od
popiołu ulicami. Już przed wyjazdem słyszeliśmy, że Etna się obudziła i trochę
się martwiliśmy, czy w związku z tym uda się nam ją zdobyć. Faktycznie z miasta
było widać niewielkie pióropusze snujące się nad dominującym nad
północno-zachodnim horyzontem stożkiem. W rozmowie z jednym z kierowców
dowiedzieliśmy się paru ciekawostek, np. ze podczas erupcji nie ma co suszyć
prania na dworze, bo po chwili całe jest czarne. Mimo groźnych wieści ludzie
ani na chwilę nie tracili pogody ducha – widać są przyzwyczajeni, więc i my
postanowiliśmy się nie przejmować.
Obok kempingu pod Catanią urządziliśmy sobie dzień
restowy. Słonko grzało, a myśmy się wylegiwali i obserwowaliśmy mrówki, które
tutaj – jakby dla odmiany po tizzańskich osach – były naszymi głównymi
towarzyszami. Mrówki występowały w czterech rozmiarach: od 3mm do 1,5 cm
długości. Fajnie było podglądać, jak te malutkie usiłują zabrać się za rzucony
im okruch chleba wielkości wiśni. Łaziły po nim dość bezradnie. Po chwili
przychodziły te średnie i równie bezskutecznie usiłowały gdzieś go zaciągnąć.
Na koniec przychodziły te wielkie i brały taki okruch razem z rojącymi się na
nim malutkimi i średnimi mrówkami i ciągnęły go do mrowiska (które występowało
pod postacią dziurek w wysuszonej ziemi). Inne wielkie mrówy przychodziły
kąsały nas po stopach – wtedy Mały stwierdził ,że i nas usiłują zaciągnąć do
mrowiska :p
Po wypoczynku w Catanii (ze zwróceniem szczególnej uwagi
na metro – jeszcze krótsze niż warszawskie! Oraz na – dla odmiany chyba
najdłuższe na świecie – przejście dla pieszych obok dworca kolejowego)
pojechaliśmy do Nicolosi, czyli lezącego u samych stóp Etny uroczego miasteczka
letniskowego. Tam już momentami było nawet czuć dym w powietrzu, a kiedy po
ulokowaniu plecaków pomaszerowaliśmy w stronę wulkanu, już po jakimś kilometrze
zatrzymał nas kordon, który nie przepuszczał dalej nikogo z wyjątkiem służb ds.
klęsk żywiołowych, które jakoś-tam starały się panować nad sytuacją
wulkanologiczną. A Etna pomrukiwała...
My posnuliśmy się chwilę w okolicy blokady podziwiając
zastygłą lawę i ogólnie półpustynny krajobraz, ale ze nie zanosiło się, żebyśmy
dziś dotarli gdzieś dalej oraz że się ściemniło, więc jak niepyszni
pomaszerowaliśmy ku Nicolosi, oglądając się co chwile i podziwiając świecące
pomarańczowym blaskiem szczeliny w zboczu, skąd sączyła się lawa, co po ciemku
było bardzo wyraźnie widać.
W Nicolosi jakoś nikt nie chciał nam pozwolić rozbić
namiotu u siebie w ogródku – widać Sycylia faktycznie nie jest bardzo
bezpieczna. W końcu udało nam się zasquattować jakiś opuszczony dom bez szyb w
oknach i obejrzawszy o jednej czołówce naszą dwupiętrową „imprezę” (co po
włosku znaczy hacjenda) z garażem, zapadliśmy – na drucianych łóżkach, na
których rozłożyliśmy nasze karimaty (alternatywą był beton), w dość mrocznej i pełnej
grozy atmosferze sycylijsko-mafijno-wulkanicznych opowieści – w
niespokojnysen.
Ranek był już bardziej optymistyczny i kiedy już za dnia
nacieszyliśmy się naszą nową posiadłością, uderzyliśmy do miasta. Jakieś
zakupy, jakieś oglądanie kościółków i cmentarzy, ponowna nieudana próba
dostania się na Etnę i już był wieczór. Ponieważ moje uszy coraz poważniej mi
doskwierały,Mały namówił mnie na
wizytę u lekarza, który podobno we Włoszech był dla turystów za darmo.
Faktycznie, miły pan w ambulatorium w Nicolosi zbadał mnie, zapisał jakieś
krople i nie wziął ani lira. Krople kupiłem za lirów 10.000 i zacząłem
namiętnie zapuszczać. Ponieważ był już późny wieczór, więc udaliśmy się
ponownie na naszą imprezę, gdzie tym razem spokojniej – choć z bólem uszu –
udało się przespać do rana.
Rano uszy nadal bolały, Etna nadal dymiła, więc
stwierdziliśmy, ze nie ma co czekać i trzeba jechać dalej, a na Etnę spróbujemy
ponownie uderzyć wracając z Malty. Zatem w stopa do Enny, a potem Piazza
Armerina i już oglądamy prześliczne rzymskie mozaiki z VI-IV w. p.n.e. Co
ciekawe, przestawiają one między innymi panie w bikini grające w piłkę naplaży – czyżby w dziedzinie rozrywki nic się
nie zmieniło przez 2,5 tysiąca lat? ;)
Z okolic Museo Archeologico (które leży daleko poza
miastem) zabrały nas trzy wesołe laski malutkim renault 5 – jak się
zmieściliśmy w piątkę z dwoma wielkimi plecakami, pozostanie naszą tajemnicą.
Tajemnicą też niestety pozostały sposoby umilenia wieczoru, co do których
mieliśmy pewne – związane z naszym aktualnym towarzystwem – nadzieje, ponieważ
panny wysadziły nas na jakimś polnym skrzyżowaniu i znów staliśmy wśród
zmierzchającego dnia w pylistym, półpustynnym krajobrazie południowej Sycylii.
Okazało się, że w okolicy nie ma żadnej wody, a my mamy jej zdecydowanie za
mało, żeby tam spędzić noc (nawet gdybyśmy machnęli ręką na zagrożenia związane
z odludziem), więc – z braku ruchu kołowego – poczłapaliśmy smętnie ku
wybrzeżu, od którego wg mapy dzieliło na 18 km. Niezły spacerek... Po około
dziesięciu i obejrzeniu przepięknego wschodu księżyca w pełni (wyglądał jak
olbrzymia pomarańcza!) mieliśmy już wszystkiego dość i po raz kolejny się
zastanawialiśmy, czy jednak nie rozbić tutaj namiotu i wtedy właśnie – zupełnie
bez starań z naszej strony – zatrzymał się samochód, a w nim sympatyczna para.
Pan powiedział, że to niebezpiecznie chodzić po nocy po tym odludziu i że nas
podwiozą do Geli. W to nam graj! Do celu okazało się być jeszcze 15 km (razem
25 z miejsca, skąd miało być 18!), więc tym bardziej byliśmy wdzięczni naszym
niespodziewanym dobroczyńcom. A dobroczyńcy, jak to dobroczyńcy – wysadzili nas
przy plaży, przyjęli podziękowania i pomknęli dalej ;)
Przy plaży była knajpa, w niej woda i dyskoteka, więc
niczego już nam do szczęścia i spokojnego snu nie brakowało :p A że była już
godz. 23, więc rozłożyliśmy się na „zaparkowanym” na plaży katamaranie (a
właściwie na jego łączącej oba kadłuby płóciennej części – no co, czasem można
sobie pozwolić na sybarytyzm! :p) i spróbowaliśmy zasnąć. Małemu oczywiście się
udało, a mnie cholernie przeszkadzała pobliska dyskoteka, więc poczłapałem z
karimatą wzdłuż wybrzeża, żeby złapać nieco dystansu. 500 metrów dalej było
nieco ciszej (choć nadal dość głośno, ale od czegóż zatkane chorobą uszy? :p),
więc już dało się spać. Właściwie dałoby się, gdyby nie to, że po około
godzinie drzemki zaatakował mnie... pies. Ściślej, zaczął krążyć wokół mnie i
oszczekiwać. I tak przez kilka godzin. Pod ręką żadnego kamienia (plaża
piaszczysta), więc jak odpędzić to bydlę?! Po kilku godzinach, kiedy skończyła
się dyskoteka, a ja nadal nie spałem, powlokłem się z powrotem ku katamaranowi,
gdzie chrapał Mały. Psu się chyba znudziło, więc może jednak bym się wyspał,
ale... ok. 8 rano przyszedł miły pan, powiedział, że to jego katamaran i że nie
ma nic przeciwko temu, że na nim śpimy, ale niestety musi nas przeprosić, bo
zaraz woduje.
Skoro on spływa, to i my spływamy verso (w
kierunku) Pozzallo. W Geli stopowanie szło beznadziejnie, więc wyszliśmy za
miasto. Za miastem to samo – już nam od czekania i upału palma odbijała,
ale ktoś nas podrzucił nieopodal, gdzie przy kolejnych rzymskich ruinach
(Vialle delle Tempi – dolina świątyń) znaleźliśmy m. in. drzewko migdałowe.
Migdały były pyszne, więc nazbieraliśmy ich cała torbę i podjadaliśmy czekając
na kolejnego stopa. Niestety nie obraliśmy ich ze skórki i w związku z tym dwa
dni później były już gorzkie. A zawsze się zastanawiałem jak ludzie odróżniają
bez spróbowania gorzkie migdały od słodkich (no bo można kupić same gorzkie,
więc chyba nikt ich próbnie nie nadgryza?). Teraz już wiem – wystarczy ich nie
obrać. Ciekawe prawda? ;)
Kolejny stop też nam nie szedł już wyglądało, że dziś z
Pozzallo nici, a na dodatek znów będziemy musieli kombinować nocleg z dala od
plaży i wody. No ale w końcu znalazł pan, a że przy tym okazał się chirurgiem
zakochanym w Sycylii i dużo o niej wiedzącym, to po drodze opowiedział nam
mnóstwo ciekawostek (przy czym miłym urozmaiceniem od codzienności było również
to, że znał nieco angielski). Najpierw pokazał najwyższy most na Sycylii (a
może i we Włoszech, przy czym on twierdził, że w Europie, ale w takim razie na
pewno nie był na Brennero). Potem Cava di Ispica, czyli wapienne miasto
Etrusków (wydrążone w pionowych wapiennych ścianach nisze skalne, w których mieszkały
całe rodziny – jak oni tam włazili? To był, kurczę, wspinaczkowy teren!).
Okolica piękna, obfitująca w – jak twierdził – sycylijski endemit czyli
carrubo. Jest to drzewo podobne sylwetką i korą do klonu, liście ma mało
charakterystyczne, za to owoce – bardzo. Przypominają obrane ze skórki,
wysuszone banany (ciemny brąz), ale są płaskie i na całej swej lekko
zakrzywionej długości mają poukładane wewnątrz nasiona wielkości i kształtu
pestek od arbuza i w ciemnobrązowym kolorze. Nasiona te, zwane karatami, są
bardzo twarde i – jak powiedział nasz chirurg- wszystkie mają dokładnie
identyczną masę, co sprawiło, że w starożytności były używane jako odważniki do
kruszców. Stąd wzięło się powiedzenie, że dany kamień czy metal szlachetny mają
tyle a tyle karatów. Ciekawe prawda?
Co do samych owoców, to miały one być bardzo smaczne i
mieć właściwości przeciwbiegunkowe, więc spróbowaliśmy po jednym i ja
oczywiście zaraz dostałem sraczki :p No, ale czego się nie robi dla nauki?
Skorzystałem z toalety w Cava di Ispica i już było okej. Natomiast jeśli chodzi
o endemiczność carrubo, to potem znalazłem kilka takich drzew w... Łodzi w
Parku Poniatowskiego. Czyżby książę Pepi bywał na Sycylii? :p
Po skalnym mieście zrobiliśmy po drodze jeszcze jeden
przystanek za namową naszego przesympatycznego przewodnika. Mimo naszych
nieciekawych doświadczeń namówił nas, żeby spróbować... opuncji figowej! Naszą
dość ambiwalentną reakcję skwitował, że widocznie nie umieliśmy ich prawidłowo
obrać. I rzeczywiście pokazał nam jak – przy pomocy dwóch noży – zdjąć skórkę w
ten sposób, że nie tylko nie dotyka się ani na chwilę owocu ręką, ale też jeden
z noży pozostaje czysty i po zdjęciu drugim z nich skórki można tym pierwszym
spokojnie kroić owoc i wkładać do ust bez obawy pokłucia. Rewelacja! Odtąd
opuncja ulegała naszym szarżom, gdziekolwiek ją spotkaliśmy :)
Wreszcie nasz kierowca z precyzją chirurga przywiózł nas
do centrum Pozzalo, skąd już tylko kawałek było do portu. A z portu prom na
Maltę! Już nie mogliśmy się doczekać. Ale prom odchodził dopiero rano, a
wcześniej czekało nas znalezienie w mieście noclegu, co nie było proste, jeśli
nie chce się płacić za hotel czy choćby schronisko. Od czegóż jednak inwencja?
Najpierw spróbowaliśmy zasquattować jakąś budowę, ale nie dała się, bo była
ogrodzona i trochę się baliśmy, że ktoś nas przyuważy jak skaczemy przez parkan
i zadzwoni na policję. Potem myśleliśmy o wyjściu za miasto i rozbiciu namiotu,
ale skończyliśmy jak zwykle na plaży. Tym razem znów mieliśmy komfort, bo
spaliśmy na dnie przewróconej łodzi, której naturalne żłobienia utworzyły dwa
całkiem wygodne miejsca do spania. A że tuż obok mieliśmy plażowy prysznic,
więc komfort nie lada! Żeby jeszcze mnie uszy nie bolały... No nic, rano Malta!