Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!


Sardynia po raz pierwszy Bezrobotni: Miki i droga ekspresowa na Sardynii


Sardynia
 
W Santa Teresa di Gallura poszukaliśmy plaży (paradoksalnie wcale nie było łatwo na nią trafić z portu!), na plaży leżaków i dobranoc. No, niezupełnie, bo plaża znów była mała, a w pobliskiej knajpie była akurat dyskoteka. No cóż, Włochy! W każdym razie już o jakiejś drugiej nad ranem udało mi się zasnąć :p
   
Murales
Rano pozwiedzaliśmy Teresę (w sumie nic ciekawego) i zatankowawszy dumnie pół litra bezołowiowej do maszynki (przy czym pracownik stacji naprawdę patrzył na nas jak na gości niespełna rozumu) ruszyliśmy stopować.

Opornie szło, oj opornie! Dość powiedzieć, że do odległego o około 200 km Orgosolo, które Mały (oczywiście!) wypatrzył jako kolejną atrakcję do obejrzenia, przyjechaliśmy pod wieczór. W Orgosolo „murales” faktycznie ciekawe, więc nastrzelaliśmy fotek, ale jako ze miasteczko jest w głębi lądu, więc okazało się, że nie bardzo jest gdzie spać. Trzeba więc było – mimo późnej pory – podążać dalej. Wyszliśmy łapać i – od czegóż nasze szczęście – złapaliśmy gościa, który nie tylko zawiózł nas do pobliskiej (acz bynajmniej nie nadmorskiej) Mamoiady, ale też:
1.      podjął nas kolacją
2.      zaproponował nocleg w swojej pracowni (był rzeźbiarzem wyrabiającym dość straszliwie wyglądające ludowe maski zwane mamutones)
3.      nazajutrz zabrał nas na doroczny festyn, który akurat tego dnia (!) się w Mamoiadzie odbywał.


Murra
Murales
Murales
 

Na festynie udało nam się zobaczyć stricte sardyńskie zjawisko pt. turniej w „murrę”. Jest to gra, której zasady są dość łatwe do pokazania, ale dość trudne do opisania, więc nie będę się wdawał w szczegóły, dość, że do gry wystarczą dwie osoby, z których każda ma jedną rękę. Może mieć oczywiście i dwie (i zazwyczaj ma :p), ale używa się tylko jednej. Gra jest bardzo dynamiczna (choć stoi się w miejscu) i hałaśliwa, ale wciąga, a przynajmniej mnie wciągnęła, gorzej tylko, że Mały po chwilowym entuzjazmie dość szybko się nią znudził i od tamtego czasu z nikim nie udało mi się zagrać, mimo że miewam na to wielką ochotę.
 
Nasza sypialnia w Cala GononePo festynie Dario podwiózł nas na szosę i życząc powodzenia, pożegnał się. A my podążyliśmy do Cala Gonone. Jest to kurort nad Morzem Tyrreńskim, z ponoć najpiękniejszą na Sardynii plażą. Miłośnikiem plaż nie jestem (aczkolwiek ta ponownie była jakaś mała), ale jak zwykle zachwyciła mnie sceneria: do Cala Gonone trzeba na kilku kilometrach serpentyn zniżyć się z wysokości nieledwie 1.000 metrów do poziomu morza. Nie musze Wam mówić, że widoki są przewspaniałe, zarówno z góry, jak i z dołu. Jeśli dodać jeszcze do tego dwie miłe dziewczyny, które nas podwiozły... No miodzio ;)
 
Dziewczyny się wszelakoż grzecznie pożegnały nie reagując zupełnie na sugestie Małego o wieczornym spotkaniu, a my pomaszerowaliśmy w stronę plaży zażyć wywczasu i wyczaić miejsce na spanie. To pierwsze było łatwe, to drugie już mniej. Wreszcie postanowiliśmy zaczekać aż zrobi się pusto, ponieważ nie znając włoskich przepisów (może nie wolno spać „na dziko”?), a widząc co chwilę w pobliżu carabinierich (których dla niepoznaki nazywaliśmy między sobą „długimi nożami” :p) stwierdziliśmy, że nie warto ryzykować nocy na komisariacie. Jakoż i po zmroku plaża powoli opustoszała, a my – odgrodziwszy się od zabłąkanych przechodniów, którzy z powodu niemal egipskich ciemności i wąskości plaży mogliby na nas wpaść, znalezionymi ruchomymi barierkami – tradycyjnie uwaliliśmy się na leżakach :)
 
Ranek wstał oczywiście przepiękny, a my razem z nim przed szóstą, żeby ktoś nas nie wsypał, że tu spaliśmy. Śniadanie, pakowanie i z powrotem na serpentynę. Specjalnego fartu nie mieliśmy i przeszliśmy ją cała piechotą aż do skrzyżowania z główniejszą droga, skąd dopiero ktoś nas zabrał, zresztą bardzo niedaleko, bo zaraz była kolejna atrakcja: podziemne miasto. Nie pamiętam niestety ani nazwy, ani dokładnej lokalizacji, ale jak spytacie w każdej informacji turystycznej na Sardynii o „podziemnie miasto w okolicach Orosei”, to zawsze Wam wskażą. Z parkingu idzie się najpierw z pół godziny do czegoś na kształt naszej „Pasterki” w Hejszowinie, gdzie łojantów oczywiście od groma, bo to jedne z serc wspinania na Sardynii (kolejny raz żałowałem wtedy, że nie mam szpeju), a potem jeszcze ze dwie godziny pod górę do – faktycznie niegdyś podziemnych – a obecnie położonych w jaskini, której strop się zawalił kilka wieków temu, ruin miasta, czy może raczej wioski. Mieszkały tam jakieś miejscowe plemiona (tablicę informacyjną przeczytałem, ale ta moja pamięć...) bodaj już 2.000 lat temu budując w jaskini jakieś domki. Na pewno ciekawa sprawa do obejrzenia, a że okolica piękna, ewidentnie górska, to można polecić jako spacer każdemu, kto będzie akurat przejazdem w pobliżu.
 
Zejście trwało oczywiście nieco krócej, odebraliśmy plecaki z „Pasterki” i dalej na południe. Kolejny „zatrzymany” dowiózł nas w okolice Lago Alto Flumendoza, które leży u podnóży najwyższej góry Sardynii, Punta la Marmora (1.834 m). Zmierzchało już, więc po kolacji i innych takich poszliśmy spać, przy czym ja – jako że Małego skromnej dwójce było nam nieco ciasno – położyłem mojego wspaniałego i nieocenionego therm-a-resta na glebie i walnąłem się na zewnątrz. To był błąd! Rano obudziła Właśnie odkrywam brak swojej czołówki... mnie twardość podłoża – rzecz nie do pomyślenia na therm-a-reście. Jak to! Patrzę, a całe powietrze wyszło sobie na spacer. Patrzę, którędy, a tu dziura!! No shit! Nie dość, że nowy piękny materacyk i po prostu go szkoda, to jeszcze przez najbliższe dwa tygodnie czy coś takiego będę kimał na glebie?! Ależ się wkurzyłem! Właściwie tak bardzo, ze z tego wkurzenia przy pakowaniu zostawiłem na ziemi czołówkę i zorientowałem się, że jej brak, dopiero w Cagliari... 
 
Straty okazały się więc niepowetowane, bo odtąd mieliśmy jedną karimatę i jedną czołówkę na dwóch. Zresztą w ogóle bilans strat wyjazdu rysował się z mojej strony dość ponuro: namiot, therm-a-rest, czołówka... ciekawe co jeszcze mnie czeka?!
 
Ale w międzyczasie – zostawiwszy plecaki w przydrożnej knajpce (co od tamtego czasu regularnie praktykowaliśmy („lasciare nostri zajni per favore?” ;)  – ruszyliśmy sobie na pieszą wycieczkę na Punta la Marmora. Góra słynie z braku wody w okolicy, żar leje się z nieba (37 st.), więc wzięliśmy po 1,5 litrowej butelce na twarz i heja piaszczystą drogą do góry. Nie mieliśmy dokładnej mapy okolicy, nie bardzo było też kogo wypytać o drogę, zresztą przy naszej włoszczyźnie... Więc oczywiście zgubiliśmy się ;) Nie poważnie i wrócić nam się udało, ale jakoś – przy naszym ogólnym pokorsykańskim zmęczeniu górami i obiektywnych trudnościach – odechciało nam się zdobywać Punta la Marmora. Wróciliśmy więc po plecaki i zastopowaliśmy na południe. Następny przystanek: Punta Santa Caterina.
 
Najbardziej wysunięty na południe punkt Sardynii jest cyplem, gdzie natura wyrzeźbiła piękne formy z czerwonego wapienia. Mały szczególnie był napalony na obejrzenie skalnego niedźwiedzia, a że był on na samym końcu cypla, więc z miasteczka poginaliśmy z plecakami (była pora sjesty, więc knajpy-„przechowalnie” zamknięte i 40 stopni w cieniu) kilka kilometrów po asfalcie, na dodatek spiesząc się niezmiernie, bo jeszcze tego wieczora chcieliśmy być w Cagliari, na czym nam zależało, jako ze nazajutrz był – wg informacji z sieci – jedyny dzień w tygodniu, kiedy nie kursują promy na Sycylię, a nie chcieliśmy spędzać jeszcze dwóch dni na Sardynii.
 
Cagliari - starożytne i nowożytne ruiny :pNiedźwiedź okazał się niezbyt interesujący, więc po chwili biegliśmy już (na ile bieganie jest możliwe z 25 kg plecaka przy 40 st. C?) z powrotem do miasteczka. Tam szybki łyk wody i już łapiemy stopa ku Cagliari. Poszło nawet dobrze, więc już po godzinie byliśmy w przepięknej stolicy tej pięknej wyspy (choć już wtedy byliśmy zdania, że Korsyka jest jeszcze ładniejsza i nie bez kozery już starożytni Grecy nazwali ją Kallyste, co znaczy najpiękniejsza). Ale Cagliari rzeczywiście zachwyca. Położone na wzgórzach nad samym morzem jest jednocześnie portem, twierdzą i lokalnym centrum komunikacyjnym i oferuje rzymskie ruiny i piękne renesansowe pałace zarazem, a przede wszystkim fantastyczne widoki ze wzgórz ku portowi.
 
Nie od podziwiania miasta jednak rozpoczęliśmy, ale od sprawdzenia promów, jako że w tamtych czasach internet nie był jeszcze bardzo wiarygodnym źródłem informacji. No i jakież było nasze zdziwienie, gdy w porcie pasażerskim dowiedzieliśmy się, co następuje: promy do Palermo nie kursują bynajmniej – jak stało w sieci – codziennie oprócz śród, a JEDYNIE w poniedziałki! Zatem na najbliższy prom musielibyśmy czekać sześć (słownie: sześć) dni! Co robić? Jak nie wiadomo, co robić, to trzeba popytać. No i popatrzeć na mapę. Z kompilacji tych dwóch źródeł informacji wyszło nam, że żeby płynąć dziś, trzeba płynąć do Civitavecchia, czyli portu w pobliżu Rzymu, a stamtąd stopować ku Kalabrii i na Sycylię. Rada w radę przegłosowaliśmy właśnie takie rozwiązanie (co by było, gdyby głosy podzieliły się 1:1?Wejscie do parku miejskiego w Cagliari :p Na szczęście nie było alternatywy :p), kupiliśmy bilet promowy i dobrze wykorzystaliśmy nasze kilka godzin w Cagliari (prom odpływał późnym wieczorem).
 
Miasto jak wspomniałem piękne, ale dość rozległe, a ja miałem tego pecha, że podczas zwiedzania wypstrykałem po kilku zdjęciach kliszę, a że byliśmy daleko od plecaków zostawionych w knajpie w pocie więc... zdjęć mam wyjątkowo mało :/ Jedno co nam się wybitnie utrwaliło, nawet bez kliszy, to żar lejący się z nieba i brak schłodzonych napojów w sklepach. W końcu udało nam się kupić lodowatą fantę... spod lady u rzeźnika ;)
 
Do wieczora nam zeszło na zwiedzaniu, a w porach, gdy porządni ludzie chodzą spać, byliśmy już zaokrętowani na „pływającej fortecy” po 80.000 lirów (40 EUR) od łba czy coś takiego. Trochę spaliśmy na podłodze (alternatywą były niewygodne fotele typu „kinowego”, przy czym Mały miał karimatę, a ja nie, więc wyspaliśmy się średnio. Rano w Civitavecchia było portowo, tłoczno i brudno, ale stop jakiś się trafił i pomknęliśmy na Neapol. Kierowca był przy tym bardzo miły i nawet pokazał nam Wezuwiusz! ;)

Niestety była i ciemna strona – zaczęło mnie bardzo boleć ucho. A potem nawet oboje uszu. Po kilku godzinach były już poważnie zatkane i przestałem mieć wątpliwości – dopadło mnie zapalenie ucha środkowego! A zatem do ujemnej strony bilansu wyprawy należało doliczyć nie tylko straty materialne, ale i dwie choroby – uczulenie na Korsyce (po którym na szczęście nie było już śladu) i teraz to!  Czyżbym miał źle wspominać nasz Tryptyk Śródziemnomorski...?
 
Szczęśliwie przynajmniej stopowanie dobrze szło – dość powiedzieć, że wieczorem byliśmy w Reggio di Calabria, czyli z 800 km od Civitavecchia. Tam udało nam się za friko wsiąść na prom do Messiny (zabrał nas kierowca ciężarówki) i już byliśmy na upragnionej Sycylii. Jeszcze tylko miły pan podrzucił nas do Taorminy i można było wrócić do starego, dobrego zwyczaju sypiania na plaży. Leżaków nie było, ale i tak było zajebiście ;)



Tryptyk śródziemnomorski 2001: Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 Następna