Nazajutrz pokręciliśmy się nieco po miasteczku (faktycznie
ładne, ale niczym szczególnym się nie wyróżniło) i poszliśmy łapać kolejne
stopy via Sartene do Ajaccio, wymyśliłem bowiem, że skoro jesteśmy na tyle
zmęczeni, że chwilowo mamy wszystkiego dość, to moglibyśmy się nieco
zregenerować u Moniki i Barego, którzy na pewno chętnie by nas na jedną-dwie
noce przyjęli. A że na Korsyce jest wszędzie blisko, więc już tego samego dnia
wieczorem byliśmy w Ajaccio. A tu niespodzianka: Monika i Bary kilka dni temu
wyjechali do Polski. No faktycznie, mówili mi! No i mamy problem, bo ich
francuscy znajomi ani nam bracia ani swaci, więc nie bardzo wypada prosić ich o
nocleg. Ja coś tam przebąknąłem o zostawieniu rzeczy, ma co się zgodzili, ale
ze nic więcej nam nie zaproponowali, więc poszliśmy spać na plażę. Od tego
czasu zresztą robiliśmy to właściwie codziennie przez dwa tygodnie i bardzo nam
się to spodobało. Najfajniejsza była mina plażowiczów, którzy rano brali
plastikowe leżaki z ogólnodostępnej kupki właśnie wtedy, kiedy myśmy je już
skwapliwie odnosili ;)
No cóż, skoro Ajaccio nas nie powaliło gościnnością, to
nie pozostało nic innego jak się zmywać dalej. A na „dalej” Mały miał
szczegółowy plan: menhiry w Filitosa, białe plaże w Tizzano i wapienne klify w
Bonifaccio. Nie miałem innego wyjścia niż zabrać się z nim ;)
Byłem wszelako pełen złych przeczuć pamiętając moje
problemy ze stopowaniem po Korsyce. A tymczasem było tak: ledwo stanęliśmy na
rogatkach Ajaccio (no dobra, może po 15 minutach :p), a tu zatrzymuje się ktoś
i pyta, dokąd. „Do Filitosy”, mówimy (czyli jakieś 60 km totalnie bocznymi
drogami). „To świetnie – ja też!”, słyszymy. No niewiarygodne – taksówka czy
co?! Okazało się, że koleś miał punkt docelowy kilka kilometrów wcześniej, ale
dowiózł nas aż pod samą bramę Open Air muzeum w Filitosie, gdzie dumnie stoją
megality sprzed 3 tysięcy lat. Takie korsykańskie Stonehenge, tylko że tutaj są
to raczej ultraprymitywne figurki niż jakaś konstrukcja i właściwie wszystkie
mają falliczne kształty, więc dość szybko się Filitosą znudziliśmy i poszliśmy
łapać stopa do Tizzano (czyli znów boczna droga). I znów miła niespodzianka – z
jedną krótką przesiadką na samo miejsce! :)
Tizzano jest nadmorską miejscowością słynną ze swoich „białych
plaż”, czyli plaż, gdzie piasek jest jasnoszary (bo parę białych rzeczy w życiu
widziałem i ten piasek biały NIE BYŁ :p). Mały wymyślił, że wreszcie się tam
zrestujemy po „traumatycznych” górskich przeżyciach. Więc tradycyjnie już
zadekowaliśmy się na plaży, ale tutaj była ona akurat wyjątkowo krótka, więc
właściwie w naszym „domku” była kupa ludzi, tym bardziej, że jedyne osłonięte
od wiatru miejsce wypadało tuż obok ścieżki, którą docierali plażowicze z
pobliskiego kempingu. Krótko mówiąc, sielanka. Na dodatek okazało się, że jest
tam mnóstwo os i – choć gniazda żadnego nie znaleźliśmy – odtąd nieustannie nam
towarzyszyły, a podczas posiłków eskortowały nas w zwiększonych siłach.
„Pyszną” zabawą było uważać, czy kawałek jedzenia umieszczany w ustach akurat
nie zawiera w charakterze przystawki tego skądinąd sympatycznego
przedstawiciela szerszeniowatych (a może osowatych :p). A było co jeść, bo już
od dłuższego czasu kusiły nas na Korsyce opuncje figowe i ich owoce
przypominające kiwi, ale cholernie kolczaste. Spróbowaliśmy ich kilka z krzaka
i już przy obieraniu ze skórki pokłuliśmy się jak cholera drobnymi jak włos i
niesamowicie ostrymi igiełkami. A kiedy przyszło do jedzenia (swoją drogą owoce
pyszne!) to mieliśmy też podziurawione języki i wargi, więc opuncję raczej
sobie odpuściliśmy ;)
No, ale w sumie było jak w „Rejsie”: cudownie jest,
cudownie. Połaziliśmy trochę po miasteczku, wykąpaliśmy się i poprali na
kempingu (chyba nawet za darmochę, ale nie pamiętam), plus oczywiście w morzu,
a poza tym ja postanowiłem nazbierać małży i je ugotować. Małże okazały się
straszliwie mizerne w tej okolicy (czyżby przebrane? :p), a przy tym niezwykle
oporne w gotowaniu, właściwie czułem się, jakbym jadł gumę. Oczywiście z osami,
które na hasło „małże” zleciały się jeszcze liczniej niż zazwyczaj.
Bodaj drugiego (i ostatniego) dnia tego naszego restowania
przeżyliśmy małą konsternację. Po powrocie z zakupów w miasteczku
stwierdziliśmy bowiem, że zniknęła Małego karimata. Zapomniałem dodać, że
wszystkie rzeczy oprócz dokumentów i pieniędzy zostawialiśmy swobodnie w naszym
„domku” na plaży (tj. rozciągniętej podłodze mojego byłego namiotu, która
umożliwiała nam spanie bez dość uciążliwego towarzystwa piasku) i nigdy żadna z
nich nikogo nie zainteresowała. Co zresztą – w przeciwieństwie do nieodległych
Włoch – jest na Korsyce normą. Właściwie można by powiedzieć, że powiedzenie
„okazja czyni złodzieja” tam jest nieznane. A jednak karimata zniknęła. Cóż
było robić – zaczęliśmy szukać w okolicy – może ktoś pożyczył, żeby na niej
poleżeć na plaży? (tego nie można było wykluczyć) Może wiatr gdzieś przesunął?
No nie ma, wcięło! Mały nieledwie już się pogodził ze stratą (choć zrobiwszy
się podejrzliwi zamierzaliśmy wkrótce iść na kemping i popatrzeć, na czymże to
ludzie wypoczywają), kiedy przymaszerował pewien pan z Małego karimatą.
Powiedział, że znalazł ją na drodze na kemping i nie wiedząc, co zrobić, wziął
ze sobą, a potem ktoś mu powiedział, ze jacyś ludzie nocują na plaży, więc
stwierdził, że nawet jeśli to nie nasza, to nam się przyda. A że była nasza, to
podziękowaliśmy panu, karimatę przywaliliśmy kamieniami i udaliśmy się na
kemping celem kąpieli, a potem spać.
Nazajutrz droga nasza wiodła już do Bonifaccio na samym
południowym krańcu wyspy, jako że tego dnia zamierzaliśmy się dostać na
Sardynię. Ze stopem były niejakie problemy, ale generalnie dało się
zaobserwować, że w części, gdzie jest mniej gór, łatwiej się z kimś zabrać. Być
może ludzie w górach bardziej się boją napadu (na Korsyce jeszcze niedawno
aktywnie choć na szczęście ponoć dość nieporadnie działali separatystyczni
terroryści). W każdym razie stopowanie przebiegło bez większych przygód i
trudności.
Bonifaccio – piękne! Perełka śródziemnomorska, oczywiście
– jak to w moich opiniach o miastach – głównie dzięki położeniu. Klify, białe
klify z bardzo kruchej skały przypominające raczej gips, aczkolwiek podobno to
wapień ;) Błękitne fale lekko uderzają, słoneczko świeci, laski opalają się
topless, no idylla. Zrobiliśmy zakupy w biedronce (tak, tak, jest tam,
aczkolwiek nazywa się jakoś po francusku, natomiast logo to samo),
pozwiedzaliśmy miasteczko i heja na prom.
Na promie zaś zaczęliśmy się z rozmówek uczyć włoskiego. W końcu
zmieniamy kraj! Mieliśmy na to całe pół godziny, więc
nauczuliśmy się liczyć do trzydziestu. Dobre i to, aczkolwiek przy
dziesiątkach tysięcy lirów, jakimi przyszło nam wkrótce
operować było to trochę mało ;)