Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!


Corte
 
Corte jest dawną stolicą Korsyki (obecnie jest nią Ajaccio). Miasto wielokrotnie i na długo powstrzymywało różnych najeźdźców, więc Korsykanie są z niej bardzo dumni. Mają zresztą z czego, bo Corte jest przepiękne. Położone na płaskowyżu w środku wyspy, wśród gór i skał prezentuje się pysznie właściwie z każdej strony zarówno z zewnątrz (granice miasta są bardzo wyraźne) jak i od wewnątrz (wzgórza, wzgórza, wzgórza!). Co tu zresztą opisywać – to trzeba zobaczyć! W Corte odbyliśmy obowiązkowe i dość masywne zakupy spyży na dalszą drogę oraz mycie w rzece w środku miasta całkiemnasz angielski przyjaciel i Miki na szczycie Monte d'Oro nago, zupełnie nie przejmując się przechodzącymi pobliskim mostem ludźmi :p No i oczywiście pocztówki. Generalnie było leniwie i miło – w sam raz na dzień restowy. Był też obowiązek w postaci zakupienia czegoś na moje swędzenie, miła pani w aptece sprzedała mi coś, co chyba zawierało hydrocortizon i rzeczywiście po kilku dniach pomogło, ale co się namęczyłem, to moje.
 
Po powrocie do Vizzavony poznaliśmy dwóch sympatycznych Anglików, którzy rozbili się nieopodal i nazajutrz wybierali się tam, gdzie my, więc postanowiliśmy, ze będziemy się poruszać mniej więcej wspólnie. Jak się zresztą miało okazać, z jednym z nich zżyliśmy się do tego stopnia, że zaproponowaliśmy mu wspólną wyprawę na Elbrus za rok i on się tak do tego zapalił, że nawet kupił w Londynie i przysłał mi mapę Elbrusu (w Polsce wówczas nie do dostania). Szkoda, że potem nie mógł z nami jechać...

 
G.R 20 – część południowa
 
Od razu Wam powiem, że południowa część G.R 20 uchodzi znacznie mniej ciekawą niż północna i właściwie gdyby nie nasza determinacja, żeby przejść całość (co wówczas wydawało nam się znacznym osiągnięciem, a i dziś – styczeń 2007 – uważam że trzeba mieć sporo samozaparcia, żeby tego dokonać), to pewnie z Vizzavony uderzylibyśmy prosto na objazdową wycieczkę po Korsyce, zwłaszcza, że naprawdę niewiele do tego – w świetle naszych rozmów – brakowało. No, ale postanowiliśmy przejść całość, więc jednak – acz z wahaniem – poszliśmy dalej. No i sprawdziło się, że jest nieciekawie... ale nie całkiem! Ale nie była to zasługa samej trasy. Zaraz, nie uprzedzajmy! ;)
 
Szło się kosodrzewiną, grzbietami i płaskowyżami – widoki nadal ładne, ale już mniej charakterystyczne i mnie „strzeliste”, no i żadnych łancucho-klamer ;) Monte Renoso (kolejna góra z „Wielkiej Piątki”, 2352 m) utrwaliło nam się jako „gówniana góra”, jako ze pełno było na szczycie i w okolicach krowiego łajna (tak na marginesie: krowy można na Korsyce spotkać dosłownie wszędzie: zarówno pasące się na wąskiej górskiej ścieżce, co powoduje, że czasami aż trudno przejść, jak i maszerujące dziesiątkami drogą, przez co samochody jadą krowim tempem przez kilka kilometrów, ale nikt – ani pastuch, ani krzywe drzewo na Col de St. Pierrekierowcy – się tym specjalnie nie przejmuje). Z kolei na Col de St. Pierre widzieliśmy jeden osobliwszych widoków w życiu, mianowicie drzewo przygięte stałymi zachodnimi wiatrami tak mocno, że rosło właściwie w poziomie (patrz zdjęcie). Zdjęcie tego drzewa widziałem potem zresztą w pewnej prezentacji dziwów i cudów, która „chodziła” w necie :)
 
Kawałek dalej było kolejne schronisko – nazwy nie pomnę – które dość wyjątkowo nie leżało na skale, ale na łączce położonej na płaskowyżu o wysokości ok. 1.800 m (najwyżej położone schronisko na trasie, więc rozpoznacie). Zapomniałem napisać, że każdy z nas, jeśli chodzi o namiot, miał małą jedynkę i – kiedy tylko to było możliwe – to dla wygody spaliśmy każdy w swoim. A zatem przy tym schronisku rozbiliśmy komfortowo dwa namioty, no bo trawka, zieleń, szpilki wchodzą aż miło i w ogóle. Potem mycie, kolacja i spać... No właśnie nie. Pod wieczór zaczęło bowiem mocno wiać. Najpierw po prostu szarpało moim namiotem (przypominam, że rozbitym na bezdrzewnym i bezskalnym płaskowyżu – znikąd żadnej osłony), potem bardzo szarpało moim namiotem, a potem... wiatr zaczął go drzeć. Fakt, namiot był już dość mocno wysłużony, ale żeby wiatr na moich oczach oddzierał pętelki od tropiku i wlewał mi strugi deszczu do środka?! Tego jeszcze nie widziałem. Nawet podczas megaburzy w górach Słowenii (choć i wtedy blisko było). Pomyślałem sobie, że jeszcze chwila i odlecę razem z moim namiotem (słyszało się o takich przypadkach!), więc pod sztormiak zapakowałem dokumenty i  śpiwór – wyglądałem jak w zaawansowanej ciąży :p – w rękę złapałem karimatę i chodu do schroniska.
 
No i jak myślicie, co się stało? Jak tylko wyszedłem w ryczący huragan, NAMIOT ODLECIAŁ. Serio – cały tropik od razu pofrunął w dal, a sypialnia jeszcze chwilę bezładnie łopotała, więc zdążyłem ją przytrzasnąć jakimiś kamieniami i pędzę do Małego. A Mały śpi :p Ledwo się przez ryk wiatru do niego dokrzyczałem, że trzeba uciekać do schroniska, bo namioty odlatują. Z początku nie chciał mi wierzyć i argumentował, że on ma lepszy namiot i żebym wszedł, a ja mówię, że nie mam zamiaru z nim odlecieć i że ja idę, a on też powinien. Wreszcie dał się przekonać i kiedy ja pobiegłem do schroniska zanieść resztkę swoich ocalałych rzeczy on zaczął się pospiesznie pakować. Była chyba północ, kiedy przywaliliśmy jego złożony namiot kamieniami (o zwijaniu w tej wichurze nie mogło być mowy – na sto procent by odleciał) i popędziliśmy – totalnie już mokrzy – do schroniska.
 
A tam, w kuchni, oczywiście pełno „uchodźców”. Ledwo zdążyliśmy wcisnąć swoje bety w jakiś kąt, a tu pada hasło, że jeszcze jacyś ludzie są w namiotach i trzeba iść ich wyciągnąć, bo odlecą. Kto na ochotnika? Oczywiście my! Musze przyznać, że mi się zaczęła podobać rola „ratownika” :p
 
Faktycznie wyciągnęliśmy z Małym z namiotu jednego Niemca (który zresztą nazajutrz poszedł z nami, ale jakoś się z nim nie zaprzyjaźniliśmy jak z Anglikami) i – przywaliwszy kolejny namiot kamieniami – odtransportowaliśmy „zawianego” Udo doNa szczycie Monte Incudine schroniska. W międzyczasie pozostali odnaleźli resztę „zawianych” (których liczbę operator schroniska sprytnie wywnioskował z księgi meldunkowej i liczbebności obecnych :p) i już siedzieliśmy w kilkunastoosobowej kuchni w dobrze ponad 30 osób usiłując się trochę przesuszyć i jakoś przespać w tym tłoku. A na zewnątrz dalej wyła wichura... 
 
Rano wichura była tylko trochę mniejsza, ale twardo postanowiliśmy z Małym, że idziemy dalej. Przed wyjściem jeszcze udało nam się dostrzec zwisający z jakiegoś krzaka na stoku przepaści tropik mojego namiotu... Nie wiedzieć czemu spakowałem ocalałą podłogę (taki mocny brezent może się chyba na coś jeszcze przydać?), resztę rozrzuconych po płaskowyżu maneli, i w drogę!
  
To było nawet zabawne: iść dość skalistą i wąską granią, prostopadle do której wiatr wieje z prędkością ze 100 km/h. Generalnie po wielokroć chciało nas zdmuchnąć, a szczególnie wtedy, gdy musieliśmy przebyć kilkumetrową przerwę między skałami, za którymi się zazwyczaj chowaliśmy przed wiatrem. Żeby taką przerwę przebyć, trzeba się było w zasadzie czołgać. No to się czołgaliśmy. Z dwudziestopięciokilowym plecakiem pyszna zabawa – polecam :p
 
No, ale i wichura się kiedyś skończyła (konkretnie wtedy, jak zeszliśmy poniżej linii lasu :p) i jeszcze tylko kilka schronisk (w sumie część południowa ma chyba pięć dziennych etapów), Monte Incudine (trochę skaliste, ale gdzie mu tam do Rotondo czy Paglia Orba!) i już jesteśmy na przełęczy Col de Bavella, która jest wspinaczkową Mekką Korsyki. Faktycznie, łojanci Skalny raj w okolicy Col de Bavellazwieszają się niemal z każdego wolnego kawałka ściany – zresztą prawie sami „wędkarze”! Po raz kolejny zamarzyła nam się wtedy wspinaczka, ale cóż – szpeju nadal nie mieliśmy...
 
Z Bavelli mieliśmy drugą część niesamowicie długiego – chyba najdłuższego – i cholernie męczącego, etapu, który wszelako był etapem przedostatnim, więc pędziliśmy jak szaleni. Jeszcze tylko nocleg i niezbyt długi etap do Conca. Mieliśmy już tak dość gór, ze na dźwięk słowa „morze”  zasuwaliśmy jak małe samochodziki. A że żadnemu z nas nie chciało się zatrzymywać i każdy szedł swoim tempem, więc... się zgubiliśmy. Nawzajem.
 
Zszedłszy do Conca nie wiedziałem nawet, czy Mały zszedł przede mną, czy jest jeszcze na szlaku (bo po drodze zatrzymałem się na chwilę „w krzaczkach”, a potem nie wiedziałem czy mnie wyprzedził, bo nie widziałem go ani przed, ani za sobą). Trochę lipa... No, ale cóż – stare dobre metody nie rdzewieją, więc – popytawszy tu i ówdzie – nikt Małego nie widział – poszedłem... pod kościół. No i oczywiście Mały już tam był – niech żyją nieśmiertelne umowy! :)

Tego samego dnia postanowiliśmy od razu przestopować do Porto Vecchio (miasteczko o którym wcześniej sporo dobrego słyszeliśmy) i – choć nie bez trudu – udało się. Na miejscu wkręciliśmy się  na kąpiel na kempingu, zjedliśmy pierwszy normalny posiłek od dwóch tygodni (pizza, w sumie mało ciekawa, ale wtedy MNIAM!) i poszliśmy spać na plażę.


Tryptyk śródziemnomorski 2001: Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 Następna