![]() |
G.R. 20 – część północna
Pora może wspomnieć, co to takiego to G.R. 20 (zorientowanych przepraszam, że piszę o oczywistościach). GR-vingt (czytaj „że-er wę”) to dwudziestodniowa trasa górska prowadząca przez całą Korsykę z północnego zachodu na południowy wschód, a konkretnie z Calenzana do Conca. Dwudziestodniowa zresztą tylko teoretycznie, gdyby ktoś chciał spać w każdym schronisku po drodze. Większość osób jednak przebywa ją nieco szybciej, omijając kilka z nich. Nam się udało przejść całość w 16 dni, w tym dwa restowe.
Start z Calenzana dość ostry – marsz pod górę w piekielnym
upale. Już po dwóch godzinach wiedzieliśmy, że mamy za mało picia. Tymczasem
jak na złość akurat tego dnia po drodze nie ma ŻADNEJ wody! Coś tam się niby
sączyło wśród mchu, ale jak się tym napić? W związku z tym przez cały dzień –
zamiast podziwiać widoki (a te są piękne, bo stopniowo oczom wędrowca ukazuje
się cała zatoka Calvi i Morze Śródziemne z jednej, a morze gór z drugiej
strony) marzyliśmy. Mały o basenie lodowatej coli dr Pepper i naprawdę GRUBEJ
słomce, a ja o basenie soku pomarańczowego z kruszonem lodowym. Tak to wśród
marzeń i z językami wyschniętymi na wiór dotarliśmy do, pierwszego na trasie,
schroniska Refuge d’Ortu Piobbu.
Schronisko było takie samo jak absolutna większość na G.R. 20, więc to jedno warto opisać. Zbudowane właściwie na skale, składa się z niewielkiego, drewnianego, dwukondygnacyjnego domku, gdzie na dole jest wspólna kuchnia i pomieszczenie „administracyjne”, tj. wnęka ze stolikiem i pryczą, na której śpi operator schroniska, a na pięterku (czy może raczej antresoli, na którą wchodzi się po drabinie) kilka-kilkanaście miejsc do spania pokotem, na ułożonych na podłodze materacach. Miejsce w schronisku (każdym na G.R. 20) kosztowało w 2001 roku 50 fr od osoby. Wokół schroniska zaś jest więcej skały i trochę wrzosów, wśród których usypane kamienne murki wskazują miejsca pod namioty. Rozbicie namiotu graniczy z cudem, bo nie za bardzo jest w co wbić śledzia, ale jakoś nikt się tam tym nie przejmuje i większość nocuje w jakoś-tam rozstawionych namiotach, które oczywiście bywają narażone na niezwykle silne wiatry. Ale o tym potem. Miejsce w namiocie przy schronisku na całym G.R. 20 kosztowało w 2001 roku 20 fr od osoby.
Jeszcze dwie cechy charakterystyczne schronisk na G.R. 20.
Toaleta jest zawsze „turecka”, tzn. załatwiać się należy w pozycji w kucki nad
niewielkim otworem w podłodze (w który w zasadzie należałoby wcelować!), a do
spuszczenia wody jest gumowy wąż z zaworem, natomiast papieru (który zazwyczaj jest
na miejscu) nie wolno wrzucać do tego otworu, tylko są do tego powieszone
specjalne worki plastikowe (papier mógłby zatkać bardzo cienkie rury
kanalizacyjne). Dość nieprzyjemne doznanie zanim się człowiek nie przyzwyczai.
Tuż obok zazwyczaj jest „łazienka”, tzn. drewniana zagródka wielkości kabiny
prysznicowej, gdzie wodę można na siebie lać z góry z podwieszonego węża lub
rurki, a woda ta jest lodowato zimna (rano) lub przyjemnie ciepła (wieczorem,
kiedy taż woda, stojąc w obowiązkowo czarnych wężach na stokach, z których
spływa, nagrzewa się w palących promieniach korsykańskiego słońca). Druga cecha
charakterystyczna to wszechobecne panele słoneczne do pozyskiwania energii
elektrycznej. Rozwiązanie bardzo przydatne w tym klimacie. Dzięki niemu wieczorem
w pomieszczeniu administracyjnym (i czasem w kuchni) jest światło.
Nazajutrz czekało nas mycie w lodowatej wodzie (dopiero później się wycwaniliśmy, ze mimo zmęczenia kąpiel należy koniecznie brać wieczorem!), śniadanie i dalej w drogę. Droga wiodła przez coraz piękniejsze góry (co tu opisywać – niech tych trochę zdjęć spróbuje oddać klimat) ku schronisku Refuge Carozzu.
Właściwie nie był to dzień, z którego zachowałem jakieś
istotne wspomnienia, więc nie będę się rozwodził. Wspomnę tylko o wieczornym
biwakowaniu przy Carozzu i o spotkanym tam międzynarodowym towarzystwie.
Właściwie jest chyba regułą na G.R. 20, że o Francuza tam dość ciężko,
natomiast ludzi generalnie jest sporo, więc dominują inne nacje. Myśmy mieli to „szczęście”, że Polaków – o ile pamiętam – nie spotkaliśmy wcale. Natomiast pod
Carozzu poznaliśmy przesympatycznego Szkota, Briana, który był nauczycielem w
Masselburgh i samotnie wędrując po korsykańskich górach spędzał swoje
wakacje. Brian miał ok. 45 lat, ale
mimo różnicy wieku mieliśmy wiele wspólnych tematów i tak wyszło, ze od tego
momentu właściwie całą północną część G.R. 20 przeszliśmy razem. Rozstaliśmy
się dopiero na przełęczy Vizzavona (czyli lekko za połową drogi), bo Brian
musiał już wracać do domu.
A póki co następnego dnia wyruszyliśmy we trójkę. Ten
dzień był już dość „górski”, tzn. trafiały się łańcuchy i klamry, a widoki
oczywiście zapierały. Pod koniec znaleźliśmy się na przełęczy pod a Muvrella,
skąd jak na dłoni widać już było samo serce korsykańskich gór z Monte Cinto
(najwyższym szczytem wyspy), Paglia Orba (uznawanym za najpiękniejszy szczytem
wyspy), Punta Minuta (po rzetelnym
namyśle uznanym przeze mnie za najpiękniejszy szczytem wyspy – dotychczas
kojarzy mi się z tatrzańską Wysoką) i Capu Tafunatu (uznanym od pierwszego
wejrzenia przez Małego za najpiękniejszy szczyt wyspy :p). A po drodze ku tym
wspaniałościom czekał nas jeszcze nocleg w Refuge de Stagnu, które tez
oczywiście było doskonale widać, tyle że w dolinie. Schronisko to jest jednym z
bodaj trzech, do których można dojechać samochodem, stąd jest ponadprzeciętnie
skomercjalizowane. Jest tam sklepik z jedzeniem, bar z ciepłymi posiłkami i
wspólna kuchnia z elektrycznością (obecnie bezcenne – gdzieś przecież musicie
ładować te swoje komórki! :p).
Rozbiliśmy więc namiot, pojedli, popili i... uderzyliśmy
na Monte Cinto (była dopiero godzina 14). Brian nie chciał iść z nami, bo G.R.
20 omija ten szczyt (serio!), zresztą był zmęczony (a ściślej miał o ile
pamiętam dość paskudnie poobcierane stopy), więc sami poszliśmy inaczej
znakowanym szlakiem (oznaczeń generalnie nie pamiętam, zdaje się, że dominują
kopczyki z kamieni, ale pocieszę Was – zgubić się ciężko ;) po dość stromych
piargach (męczące i długie podejście na grań), potem godzinkę-półtorej skacząc po
graniowych skałkach aż wreszcie osiągnęliśmy NAJWYŻSZY PUNKT KORSYKI – Monte
Cinto (2.706 m). Obowiązkowe fotki na szczycie nastroiły nas nieco
nostalgicznie, bo obaj żałowaliśmy, że nie ma z nami naszych przyjaciół
Kolbiego i Banana, z którymi rok wcześniej tak wspaniale nam się chodziło po
Alpach Julijskich i podróżowało po Słowenii. Ale cóż, chłopaki jechać nie
mogli, za to słońce nie zatrzymywało się w swej wędrówce, a my mieliśmy coraz
mniej czasu na powrót do schroniska przed zmrokiem. Jakoś tak po 18 zaczęliśmy
schodzić (o ile pamiętam droga na szczyt zajęła nam 3,5 godziny), a przed 20
już byliśmy na miejscu. Tym razem piargi okazały się zbawienne, kto nie miał
okazji po nich zbiegać, niech koniecznie spróbuje – przednia zabawa i wielka
oszczędność czasu!
Nazajutrz mieliśmy pierwszy dzień restowy, więc skoczyliśmy „w dolinę”, do najbliższej miejscowości po jakieś większe zakupy (sklepik przy schronisku jest oczywiście bardzo drogi). W zasadzie nic nadzwyczajnego nie zobaczyliśmy, może poza przemalowanymi i przestrzelonymi znakami drogowymi, które – zdaje się – dla Małego były wtedy pewną „egzotiką” ;)
Kolejny dzień był chyba najpiękniejszym widokowo na całej
trasie. Najpierw szło się przez Cyrk Samotności (Cirque de la Solitude), czyli
olbrzymi (głęboki i rozległy zarazem) cyrk (kocioł) lodowcowy, gdzie najpierw
trzeba było zejść bardzo stromo w dół ze 200 metrów, a potem tyle samo wdrapać
się po przeciwnej stronie. Przy nim mijaliśmy również Punta Minuta (2.556 m),
na którą niestety nie prowadził szlak, a my nie czuliśmy się odpowiednio
doświadczeni, żeby pójść bez szlaku, czego do dziś trochę żałuję.
Po drugiej stronie Cyrku rozpostarły się przed nami widoki na Paglia Orba i Capu Tafunatu. Paglia Orba jest szczytem w kształcie płetwy rekina i tak też bywa określana (choć sama nazwa ma coś wspólnego – o ile pamiętam – ze słomą :p). Jak już wspomniałem jest uznawana za najpiękniejszy szczyt Korsyki i jest naprawdę piękna. Przypomina też może nieco Triglav...? Grunt, że niczego jej do ideału nie brakuje, zwłaszcza,. Że ma u boku Capu Tafunatu. Ten zaś powala na kolana już samymi kształtami, bo z jednej strony jest iglicą kojarzącą się z K2, a z drugiej... połogą i nachyloną mocno na wschód płytą, którą ma równoległe krawędzie (tzn. na górze jest połogo, a od spodu przewieszka!) i tak przez około 300 metrów. Co więcej płyta ta jest w środku PRZESTRZELONA, co oznacza, ze góra ma dziurę na wylot! I teraz bomba: dwa razy w roku (zdaje się że na początku czerwca i pod koniec lipca, ale sprawdźcie – w każdym razie w równych odstępach z obu stron przesilenia letniego) na płaskowyżu w okolicach Calacuccia występuje zjawisko podwójnego zachodu słońca. Jest to niesamowity (ponoć, bo nie widziałem :/) spektakl, kiedy słońce chowa się za Capu Tafunatu, po czym ponownie się pojawia w otworze-jaskini w jego masywie, by wreszcie ostatecznie zajść za Paglia Orba. (Jeśli ktoś to kiedyś zobaczy, niech koniecznie napisze tu w księdze gości, czy miałem rację, bo zjawisko znam sam tylko z opisów!).
Ale wróćmy do naszej trasy. Za Cyrkiem Samotności schodzi
się ku schronisku Tighiettu. Nie bardzo pamiętam, czy tam spaliśmy, czy też
pognaliśmy tego samego dnia do Refuge Ciottulu di i Mori (nazwanym przez nas
pieszczotliwie „schroniskiem u Ciotuli”). Dość że od Ciotuli jest ok. 1,5
godziny na Paglia Orba, (2.525 m) więc jeszcze tego samego wieczora musieliśmy
oczywiście być na szczycie. Ze szczytu fotki, niestety stamtąd akurat Capu
Tafunatu (2.335 m) wygląda właściwie nieatrakcyjnie. A że z kolei nie prowadzi
na niego szlak, więc podobnie jak Punta Minuta, tak i jego nie zdobyliśmy,
czego chyba jeszcze bardziej żałuję... Zdaje się zresztą, że nań akurat prowadzą już tylko drogi wspinaczkowe (już
na Paglia Orba było miejscami dwójkowo!), a my nie byliśmy przygotowani na
wspin (zresztą dotychczas wspinaliśmy się tylko w skałach, a to jednak inna
liga). No cóż, trzeba będzie tam kiedyś wrócić ze szpejem...
Za Ciotulą był bardzo długi i dość nieciekawy odcinek
wiodący głównie przez lekko zalesiony płaskowyż. Trzeba go było przejść, ale
wspominać nie warto (choć być może właśnie stamtąd w odpowiednim czasie można
zobaczyć „podwójny zachód słońca”). W
jego końcowej części była jednak ciekawostka: jezioro Lac de Nino, nad którym
paśli się wszyscy możliwi przedstawiciele fauny udomowionej. Od koni, poprzez
osły i krowy, a na gęsiach skończywszy. Istna Arka Noego! Popasaliśmy i my z
Małym i Brianem, po czym doczłapaliśmy bardzo zmęczeni tą dłużyzną do Refuge de
Manganu. Tam wieczorna imprezka z Holendrami i spać. Kiedy rano powiedziałem do
poznanych wieczorem Holendrów „goeje morgen” (czytaj: huje morhen, dzień dobry,
czego mnie poprzedniego wieczora nauczyli), to aż gęby ze zdziwienia otworzyli,
bo w pierwszej chwili myśleli, że to ich krajan :p
Z Manganu dość malowniczy odcinek prowadzi ponad dwoma prześlicznymi jeziorkami Lac de Capitello i Lac de Melo do Refuge de Petra Piana M. Fabrikant pod Monte Rotondo. Odcinek nie za długi, a Rotondo należy do „wielkiej Piątki” na G.R 20, więc jeszcze tego wieczora byliśmy z Brianem na szczycie. Rotondo jest kolejnym niesamowitym szczytem. Wyobraźcie sobie górskie jezioro wielkości nieco mniejszej niż Czarny Staw pod Rysami otoczone wokół iglicami skalnymi o wysokości względnej do 100 metrów i nachyleniu stoków ok. 80 stopni do poziomu. Jedna z tych iglic – bynajmniej nie najbardziej stroma niestety – jest najwyższa i to jest Monte Rotondo. Pod samym szczytem znajduje się blaszana chatka-schron, a ze szczytu jest przewspaniały widok na morze korsykańskich gór, za którymi w kierunku zachodnim wyraźnie, a wschodnim ledwo-ledwo widać morze... No i jeszcze dwa wspomniane wyżej jeziorka Capitello i Melo nad którymi zalega trochę śniegu, a błyszcząca wśród niego zielonkawa woda mieni się w zachodzącym słońcu i wygląda płyn „ludwik” rozlany na biały puch... Niestety akurat TO zdjęcie nam kompletnie nie wyszło :/
Za Petra Piana były dwa jednodniowe odcinki (via Refuge de
l’Onda), które jednak niczym szczególnym mi się nie upamiętniły. No a potem –
znów leżące w bok od głównego szlaku! – Monte d’Oro (Złota Góra, również należy
do „Wielkiej Piątki” najwyższych korsykańskich szczytów, w skład której
wchodzą: Cinto, Rotondo, d’Oro, Renoso i Incudine), które zdobyliśmy wspólnie z
Brianem i już schodzimy na przełęcz Vizzavona. Tam, czekając na przydrożnym
parkingu na stopa do pobliskiej wioski Vizzavona przeżyliśmy szok: w pewnym
momencie podeszła do nas jakaś pani i spytała po francusku, czy jesteśmy
Polakami. Powiedzieliśmy, że owszem i skąd wie. Otóż ma znajomą Polkę, a poza
tym kilka godzin temu spotkała tu dwie Polki, z którymi przez chwilę rozmawiała
i jedna z nich zostawiła przez zapomnienie na biwakowym stoliku swoją
portmonetkę, więc może moglibyśmy jej w Polsce ją oddać? Co mówiąc wręczyła nam
portmonetkę z kilkuset frankami. Totalnie zbaranieli przyjęliśmy ją, choć
trzeba na nasze usprawiedliwienie powiedzieć, że próbowaliśmy jej wytłumaczyć
łamaną francuszczyzną, że Polek jest w Polsce 20 milionów i tej jednej nijak
nie znajdziemy. Pani jednak się uparła, że kasę mamy wziąć i już! No to
wzięliśmy :p
Potem odprowadziliśmy Briana na pociąg (przez Vizzavonę prowadzi jedyna na Korsyce linia kolejowa, zresztą składy, które nią kursują, bardziej przypominają tramwaj) i poszliśmy rozbić namioty na specjalnie wydzielonym w wiosce, cholernie kamienistym zresztą, placu (jedyny nocleg za darmo na całej G.R. 20). Ja większość nocy nie spałem, bo złapało mnie jakieś uczulenie i swędziała mnie skóra dosłownie na całym ciele, więc wciąż się drapałem. Na szczęście nazajutrz mieliśmy drugi dzień restowy.
| Tryptyk śródziemnomorski 2001: | Poprzednia | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | Następna |