Tryptyk
śródziemnomorski 2001
wyprawa górska,
26 dni
uczestnicy:
| Miki |
Mały |
 |
 |
Wstęp
No to
postanowiłem pojechać na korsykańskie G.R. 20.
Właściwie już byłem bliski wszelkich decyzji, ale... skontaktowałem się
z Małym
(a może to był jego pomysł z tym G.R. 20? Kurczę, już nie pamiętam!),
który
wymyślił, ze nie będziemy się rozdrabniać i pojedziemy od razu na
Korsykę i
Sardynię, bo są tak blisko siebie, że aż szkoda dwa razy jeździć. W
sumie
racja. Właściwie nie wiem, któremu z nas strzeliło potem do
głowy (pewnie
jednak Małemu), że o Sycylię też nie zaszkodzi zawadzić. No, a w
charakterze
wisienki na czubku tortu wystąpi Malta, o której zwiedzeniu
Mały marzył „od
zawsze”. Tak właśnie narodziła się idea Tryptyku
Śródziemnomorskiego, który
nazwałbym inaczej, ale znam odpowiednika słowa
„tryptyk” dla liczby cztery :p
Inna
sprawa, że Malta faktycznie okazała się później
zaledwie wisienką, więc może i nazwa jest uzasadniona... Zresztą sami
przeczytajcie i popatrzcie ;)
Oczywiście jak
tam byłem (lato 2001), to nie prowadziłem
żadnych notatek, więc zostały mi tylko zdjęcia i wspomnienia. Zdjęć
sporo,
wspomnień jeszcze więcej. Zatem do dzieła.
Dojazd
Dojazd – jak wszystkie
w tamtych czasach – oczywiście
autostopem. Kupa zabawy i jeśli ktoś to lubi i się nie obawia, a moim
zdaniem
nie ma czego – polecam. W sieci można znaleźć sporo stron,
gdzie nie tylko są
porady jak podróżować, żeby było skutecznie i bezpiecznie
(sam NIGDY nie miałem
nieprzyjemnej sytuacji, a zawsze stykałem się z ogromną ludzką
życzliwością
posuniętą niekiedy aż do przesady, kiedy to pewien Włoch oferował mi...
pieniądze na Powrót do Polski, o czym poniżej), ale też
stronki, gdzie można
znaleźć kontakt do ludzi, którzy akurat gdzieś-tam jadą i
chętnie zabiorą
stopowicza (choćby i za niewielką opłatą). Sam polecam kilka takich
stron w
„Linkowni”. Wtedy jednak jeszcze sieć nie była zbyt
popularna, zresztą
podróżowanie „na żywioł” też ma swoje
uroki, więc jechałem bez planu, a w
dodatku sam, bo Mały miał dołączyć na miejscu kilka dni
później, a ja w tym
czasie zamierzałem odwiedzić przebywającego tam na stypendium
przyjaciela.
Podróż
przebiegła oczywiście z przygodami, wśród których
należy wymienić rozmowę z pewnym Włochem, który deklarował,
że zna niemiecki, a
w rzeczywistości ja chyba lepiej znałem włoski (którego nie
znam), więc
porozumiewałem się z nim słowami typu
„pizza” i „tifoso” (kibic
piłkarski). No i jeszcze dwa noclegi: pierwszy
na siedząco przy wejściu do toalety na stacji benzynowej pod Pizą
(właściwie
mogłem rozbić namiot, ale jakoś mi się nie chciało) i drugi –
którego już miało
nie być – na Korsyce przy drodze z Bastii do Ajaccio, gdzie
rozbiłem namiot tuż
koło pastwiska i trochę się bałem, żeby mnie w nocy konie nie
stratowały.
Pokrzepiałem się jednak opowieściami, że „koń nigdy nie
nastąpi na człowieka” i
faktycznie jakoś nie nastąpił (mój KONIEc ;) Może warto
jeszcze wspomnieć o
zapachu powietrza w Livorno (morze – mimo ze góral
ze mnie, to uwielbiam ten
zapach!) i o bardzo drogim promie (teraz nie pamiętam
szczegółów, ale chyba z
60 EUR w przeliczeniu kosztował), co – jako że miałem w
perspektywie jeszcze
kilka podróży promowych – bynajmniej mnie nie
nastrajało optymistycznie.
Trasa:
Łódź – Zgorzelec (pociągiem) – przejście
granicznie
Jędrzychowce-Ludwigsdorf [wtedy był znakomity poranny autobus dowożący
z dworca
autobusowego w Zgorzelcu ludzi do pracy w
„Marktkauf” po stronie niemickiej
(odjazd o szóstej z minutami – akurat żeby z
pociągu dostać się do autobusu),
ale zabierający też obcych i wysadzający ich wprost na przejściu
autostradowym]
– Drezno – Chemnitz – Monachium
– Rosenheim – Innsbruck –
Przeł.
Brennero – Verona – Modena – Bolonia – Florencja
– Piza – Livorno – prom
– Bastia – Corte – Ajaccio. Trasa okazała
się optymalna i do tej pory (później
nie raz ją przejechałem) mogę ją szczerze polecić każdemu, kto wybiera
się
samochodem z Polski do Włoch. Autostrady w Niemczech bezpłatne, w Austrii
winieta, a we Włoszech niektóre płatne od odcinka i to dość
drogo, ale jest na
pewno zdecydowanie najszybsza. Aha, jeszcze przełęcz Brennero
– tam płaci się
naprawdę drogo (acz nie pamiętam ile) za przejazd mostem, ale daje się
on
ominąć. Inna sprawa, że polecam przejazd tym mostem, bo jest niezwykle
malowniczy i raz się warto wykosztować. Natomiast stopowanie po Korsyce
było
dość wymagające i długotrwałe,
dlatego jeśli polecam, to za wahaniem. Bo
generalnie jest „dla cierpliwych” ;)
Korsyka
– część północna
W Ajaccio czekał już na mnie
Bary z Moniką i z waletowym
miejscem w pokoju w akademiku.
„Akademiku” – phi! Wyobraźcie sobie
jednopiętrowy przytulny domek, gdzie studenci mieszkają raptem w
dwóch czy
trzech pokojach, każdy z łazienką, ze swoimi dziewczynami. Takich
domków na
terenie „kampusa” było kilka, plus jakieś budynki
laboratorium, a wszystko to
wciśnięte pomiędzy dość wysokie wzgórza i przepiękną zatokę
Ajaccio z malowniczymi
wyspami Sanguinaires na przedłużeniu cypla Parata. I wszystko w zasięgu
wzroku!
To ja chcę z powrotem na studia!! ;)
Co Korsyki
pozwiedzałem, to moje, a złożyło się świetnie,
ponieważ Bary pożyczył od swojego kumpla beżowe renault 5,
które pieszczotliwie
nazywał „Beżas” i mieliśmy dzięki temu okazję
zwiedzić właściwie całą północną
część wyspy. A na Korsyce komunikacja publiczna jest bardzo skąpa, o
stopa (jak
się przekonałem już wcześniej) też dość trudno,. Więc jak
zwykle musiał pomóc
łut szczęścia i zjawił się w postaci Barego i sebastianowego
„Beżasa” :)
Objechaliśmy
właściwie cała północną część wyspy,
zahaczając po drodze o Haut Asco (piękna skalista dolina, gdzie przez 3
godziny
brodziliśmy w górskim strumienia na wysokości 1400 m n.p.m.
nie czując ani
odrobiny zimna), L’Ile-Rousse (śliczne miasteczko z
malowniczą twierdzą na
wyspie u wejścia do zatoki), Calvi (gdzie ponoć urodził się Kolumb, co
wcale
nie jest niemożliwe, mimo ze był Genueńczykiem – Korsyka
należała wówczas do
Królestwa Genui), Porto (przemalownicza zatoka z klifami z
czerwonego wapienia)
i Calanche de la Piana, gdzie natura fantastycznie porzeźbiła skały w
niedźwiedzie, serca i inne takie.
Warto
jeszcze wspomnieć słówko o jeżdżeniu
samochodem po
Korsyce. Otóż primo: nikt się tam nie spieszy, secundo: nikt
się tam nie
spieszy, a tertio: nikt się tam nie spieszy. Dlatego niech was nie
zdziwią
obrazki typu: wąska, kręta, górska droga (tylko takie tam są
:p), a z
naprzeciwka nadjechały dwa samochody i... zatrzymały się tuż obok
siebie
zwrócone dokładnie
drzwiami kierowcy ku sobie.
Otóż panowie po prostu się
spotkali i chcą pogadać! Za każdym z nich stoi po kilka
samochodów, które się w
czasie ich pogawędki nazbierały, bo ominąć się ich nie da. Myślicie, że
ktoś
zatrąbił? Nikt! To i my spokojnie
poczekaliśmy aż skończą. Pozazdrościć życiowego luzu! :)
Jeszcze dwie korsykańskie
ciekawostki: niech was nie dziwi
widok znaków drogowych i przydrożnych tablic informacyjnych
podziurawionych jak
rzeszoto. Otóż wiele osób ma
osób
pozwolenie na broń, a że okolica jest w zasadzie spokojna, to z
nudów strzelają
sobie do znaków! Serio! Natomiast jeśli na jakimś znaku był
napis po francusku,
to należy się spodziewać, że jest zamalowany przez miejscowych
czarną farbą.
Znaki są w zasadzie dwujęzyczne (korsykański jest bardziej zbliżony do
włoskiego niż do francuskiego), więc zorientować i tak się można, a ile
przy
tym (czarnego) kolorytu! ;)
No a druga
ciekawostka jest taka, że ok. 1/3 mieszkańców
Korsyki nosi nazwisko Casanova (tak się między innymi nazywał promotor
Barego
;)
Po kilku
dniach przyszła pora pożegnać Monikę i Barego
(raz jeszcze dzięki wielkie za gościnę, Przyjaciele!) i ruszyć na
spotkanie
Małego. W tym celu musiałem (znów stopem) przedostać się z
powrotem w okolice
Calvi, a dokładniej do Calenzana, gdzie byliśmy z Małym
umówieni.
Jak dwie
lub więcej osób się ze sobą umawiają, to trzeba z
reguły określić dwa parametry: miejsce i czas.
Ale jak tu określić miejsce, skoro żaden z nas tam wcześniej nie był, a
jedyne, co wiemy o tym miasteczku to to, że gdzieś w jego okolicy
zaczyna się
G.R. 20? No i jak tu określić czas, skoro Mały dojeżdża z Polski
stopem, co w
przybliżeniu powinno mu zająć dwa dni i jedną noc, a żaden z nas nie ma
komórki
(czasy były „przedkomórkowe”, ech...).
Zastosowaliśmy więc stary stopowiczowski
sposób i umówiliśmy się:
1.
przy
kościele, bo w końcu nawet w małym miasteczku kościół być
musi
2.
jeśli
nie ma kościoła lub jest więcej niż jeden, to przy szkole
3.
jeśli
nie ma szkoły lub jest więcej niż jedna, to przy posterunku policji
4.
jeśli
nie ma żadnego z wyżej wymienionych, to mieścina musi być tak mała, że
stojąc w
środku będziemy widzieć cała i jakoś się musimy, kurna, znaleźć! :p
Z czasem
było równie wesoło: umówiliśmy się o 12 i 18
każdego dnia począwszy od x aż do skutku. No i kurczę, zadziałało! Był
jeden
kościół i mała kapliczka (cholera, kapliczki nie
uwzględniliśmy, ale chyba
kościół to kościół, nie?), więc ja –
jako ten, który najpewniej zjawił się
pierwszy – czekałem pod kościołem o godz. 18 dnia x, potem o
12 nazajutrz i już
się nieco zaczynałem niepokoić, ale o 18 dnia x+1 Mały już był :)
Przenocowaliśmy
(jeśli chodzi
o mnie, to drugą noc z rzędu) w ogródku i przesympatycznych
letników, którzy poczęstowali nas piwem
"Desperado" oraz
pozwolili się wykąpać i raniutko w drogę!