14.08 – CZWARTEK
Grupa powrotna (Kiero, Żaba, Mały i Sokół) miała pociąg z Terespola o godz.
9.54. Zostaliśmy tedy sami z Adasiem z planem upatrzenia spływu kajakiem Bugiem
w stronę Warszawy lub – gdyby lipa – złapania pośpiesznego o 12.24 do Warszawy
i spotkania grupy powrotnej w tejże.
Najpierw udaliśmy się do c@fe,
gdzie udało nam się zaledwie sprawdzić nazwy miejscowości, z których bywają
organizowane spływy na Bugu oraz dowiedzieć się, gdzie one leżą na mapie. Były
to: Niemirów, Gnojno, Wajków, Serpelice, Zabuże, Mielnik, Zagórze.
Sprawdziliśmy jeszcze GG (Sokół pytał 28 lipca, czy wziąć saperkę na latrynę i
podejmował się nią machać) i poszliśmy piętro niżej, gdzie w sklepie mięsnym
kupiliśmy „kieł. polska wędz.” oraz „parówki sok.” i chleb. Zjedliśmy to-to
(mniam – polska kiełbasa) na murku dworca, Adaś wymienił dolary, ja
kupiłem cherry coke i gazetę Wyborczą i już był autobus do Janowa Podlaskiego,
skąd planowaliśmy łapać następny w pożądaną okolicę.
Droga do Janowa była marnej jakości, a przy tym w ciągłych remontach i
objazdach, więc wytrzęsło nas na maślankę, ale w Janowie byliśmy na czas. Po
tankowaniu czystego paliwa (nareszcie!) i toalecie na stacji oraz podziwianiu
XV 750 Virago sprowadzonej z USA przez pewnego nobliwego pana usiedliśmy z
piffkiem i colą pod parasolem by podziwiać miejscowe chicksy (warto!). Adaś
palił fajkę, a Miki pił kolejne Tymbarki i tak dotrwali do 14.55, kupili kwas
chlebowy i mineralkę cytrynową i poszli na autobus.

Niestety, AUTOBUS WŁAŚNIE ODJECHAŁ!!!
Jak niepyszni poszliśmy łapać stopa i za trzecim kiwnięciem zatrzymał się
chłopak Oplem, który jechał w stronę odległego o 9 km Gnojna- pierwszego celu
naszej podróży. Miał nas zawieźć tylko do Bubla, ale machnął ręką i dogonił
autobus w Gnojnie, którym doradził nam jechać do Serpelic, bo tam są ośrodki.
W autobusie zasięgnęliśmy języka (miejscowego- bardzo śpiewny i trudno
zrozumiały, ale wulgaryzmy te same) i już wiedzieliśmy, gdzie i których
ośrodków mamy szukać. Postanowiliśmy mimo to pytać o kajaki we wszystkich
położonych nad rzeką, bo spodziewaliśmy się wielu rezerwacji na długi weekend.
Rzeczywiście na początku było marnie – kajaków brak. Dopiero dwa ostatnie
ośrodki dały nam nadzieję: w „Małgosi” najpierw powiedzieli, że tak, a później,
że jednak nie, a w „Asie” się zgodzili za 20zł od kajaka za dobę + 1zł za każdy
przejechany po niego kilometr. Tak to „As” i „Małgosia” rozwiązały nasz problem
z kajakiem.
W ośrodku wzięliśmy kąpiel, a szef (instruktor survivalu-
605 732 158) przedstawił nam swoją córkę Kamilę, która była
zainteresowana naszą wyprawą na Elbrus, bo sama chce jechać na K2(!). Nie
wyglądała na specjalnie przygotowaną, bo nie za wiele wiedziała jaki sprzęt ma
wziąć, ale może jest małomówna? Tam również uświadomiłem sobie, że w Terskole
zostawiłem swoje buty Chiruca!! Bardzo niezajebiście – minus 600 zł!!
Potem poszedłem do sklepu i zadzwonić do rodziców i załapałem się na lifta
traktorem z sianem wsiadając i wysiadając w biegu.
Wreszcie ok. 19.00 weszliśmy na pokład naszego kanoe i bynajmniej heja!
Początkowo było dość chybotliwie – aż założyłem kapok – ale po stu metrach
dzielnie już wiosłowaliśmy w dół płyciutkiego Bugu. Zdarzało nam się nawet
zahaczyć wiosłem o dno, ale nie osiedliśmy ani razu. Po nieco ponad godzinie
rozbiliśmy obóz na lewym brzegu na niewielkiej łączce. Mieliśmy już rozbijać
namiot, kiedy powiedziałem „Jeszcze się napiję kwasa”, na co Adaś „A, to ja też
się odleję!”.
Po rozbiciu – o dziwo niezaśmierdłego – namiotu, zrobiliśmy z pewnymi kłopotami,
ale sukcesem kuskus z sosem i z mięsem na zreanimowanym palniku i opędzając się
od komarów poszliśmy spać.
15.08 – PIĄTEK
Noc upłynęła spokojnie, choć było dość duszno. Adaś skarżył się na kamień pod
karimatą, a ja na sraczkę. Wstaliśmy po 8.00 i obecnie byczymy się na słoneczku susząc rzeczy na
zbudowanym z dwóch gałęzi wieszaku, który przed chwilą zresztą przewalił nam
się na wietrze i rzeczy są całe w piasku. Atmosfera jak z „Rejsu”: „Cudownie jest, cudownie…”, a ja mam ochotę na
półlitrową Jogobellę z ekstra dużymi kawałkami wiśni...
Jogobelli nie było gdzie kupić, ale i tak było zajebiście. Po śniadaniu
wygrzebaliśmy się i wreszcie przed 12.00 zwodowaliśmy nasz „Postrach szprot” i
ruszyliśmy zmierzyć się z żywiołem i zamieszkującymi go bestiami.
Żywioł
miał pełno mielizn i niekiedy trzeba było holować kajak, a pierwszą bestią
okazał się napotkany za mostem kolejowym golden retriever, który nas z daleka
obszczekał, a kiedy do nas dopłynął – ochlapał. Poza tym był bardzo fajny i
przyjazny, więc popasaliśmy nieco w jego towarzystwie, napisaliśmy kilka
SMS’ów, a potem popłynęliśmy dalej.
WTRĘT: na poprzednim popasie paliliśmy fajkę i napotkaliśmy kolesi, którzy
poczęstowali nas wódką, bo sądzili, że palimy ganje i się załapią! Nie byli
zbyt fajni, więc szybko się zmyliśmy Poza tym przez cały dzień towarzyszył nam
silny przeciwny wiatr, który tworzył fale (stan rzeki 2) i odbierał ochotę na
wiosłowanie, a gdy tylko przestawaliśmy to robić, spychał nas w górę rzeki(!).
Koniec WTRĘTU.
Po niecałej godzinie od retrievera, zbliżyliśmy się do mostu drogowego w
Kózkach, gdzie na lewym brzegu postanowiliśmy chwilę odpocząć i… natrafiliśmy
na coroczny zlot motocyklistów! Cudowne maszyny zasiedlały cały skraj lasu i co
chwila było słychać strzały z tłumików. Pogapiliśmy się nieco (również na
dziewczyny), zjedliśmy po francuskim hot-dogu i ogórku małosolnym i w drogę.
Nie upłynęliśmy daleko, kiedy po prawej stronie zobaczyliśmy ośrodek. Ponieważ
nadal czułem się nie najlepiej,
postanowiliśmy tu zanocować. Pogadałem z panią
kierownik, zapłaciłem 20zł, rozbiliśmy namiot, upichciliśmy makaron z sosem i
mięsem, i spać.
16.08 – SOBOTA
W nocy nadal się źle czułem, więc postanowiliśmy, że zwijamy żagle i wracamy.
Teraz Adaś poszedł dowiedzieć się gdzie jesteśmy, a ja po prysznicu
biorę się do pakowania.
Wrócił Adaś i powiedział, że wieś
się nazywa Wólka Nadbużańska, a ośrodek „Pod Sosnami” czy jakoś tak. No to Adaś
idzie się kapać, a ja dzwonię po właściciela kajaka, a potem pakuję rzeczy, bo
chcemy, żeby nas za godzinę stąd zabrał (licho wie, jak długo potrwa podróż do Łodzi).
Kiedy
Adaś wrócił, zostawiłem mu resztkę pakowania, a sam poszedłem na drogę
wypatrywać faceta. Po jakichś 20 minutach nadjechał lekko spóźniony, zabrał
kanoe i zgodził się nas podwieźć do Kózek, ale nie dalej, bo bał się z łysymi
oponami natrafić na policję. Podczas jazdy okazało się, że cała impreza z
kajakami będzie nas kosztowała 70 zł. Zapłaciliśmy i wysiedliśmy na przystanku
autobusowym w Kózkach. Za kilka minut autobus do Białej Podlaskiej.
Autobus
nie przyjechał, a my zorientowaliśmy się, że w samochodzie gościa zostawiliśmy
całe nasze żarcie. Nie 100 zł :(( Kupiliśmy więc mineralkę i niemrawo łapiąc
stopa czekamy na następny autobus – tym razem do Łosic – który ma być za
godzinę.
W
międzyczasie bezskutecznie próbowaliśmy dowiedzieć się o rozkład jazdy pociągów
z pobliskich Sarnak, ale wobec braku danych postanowiliśmy pchać się PKSem do
Siedlec. Jakoż i okazało się to słuszne, bo przesiadka z jednego do drugiego
autobusu w Łosicach oraz z autobusu do pociągu w Siedlcach odbywały się biegiem
(autobusy kosztowały po ok. 6 PLN, pociąg z Siedlec do Łodzi normalny 33 PLN,
ulgowy 21 PLN). A potem już jechaliśmy pekape do Warszawy Wschodniej. Na
miejscu byliśmy po 15 – jakieś 20 minut po odjeździe pociągu do Łodzi –
następny za prawie dwie godziny. No to jedziemy na Centralny, żeby coś zjeść.
Tam pochłaniamy po porcji kurewsko ostrej chińszczyzny po 6,50 i czas nam
upływa przy niej niemal do odjazdu pociągu do Łodzi. Potem już tylko 1,5
godziny telepania i KONIEC ESKAPADY ELBRUSOWEJ.