 |
14.08 – CZWARTEK
Znów
miałem interesujący sen. To była bezkresna podmokła łąka przecięta na pół
czarnym kanałem melioracyjnym z mostem bez drogi. Na ten most nadjechały znikąd
trzy luksusowe auta, wszyscy wysiedli i nagle chlast! Chlast! – pochlastali się
brzytwami i tacy pochlastani upadli na mnie.
W
nocy jechaliśmy znów przez Bagna Poleskie, ponieważ zaś jest nadal noc, nadal
też i również przez nie jedziemy. Prowadnice zapaliły światła i trwa wyniszczający
więzi międzyludzkie bój o dostęp do wagonowych toalet (na razie bez brzytew) –
jest ich dwie, a chętnych wielu. Ukraiński sąsiad z dołu daje się robić w trąbę
na wszystkich frontach – w zamian głośno nadaje, że to nie domowa łazienka. Ot,
bystry taki... handlary grube jak piec po raz kolejny pokazały, gdzie jest moje
miejsce, po czym zaczęły się robić na bóstwa. Zdjęły też swą kontrabandę i
ustawiły na środku korytarza, tak że prowadnica ledwo w kanał ten wchodzi, choć
trzeba jej przyznać na usprawiedliwienie, że jest szersza niż wyższa, tak więc
+/- zlewa się z otoczeniem.
Wysiedliśmy
w Brześciu świtem bladym. Dworzec skąpany w ciemnościach i kontrabandzistach.
Patrzymy – a tu idzie ku nam Suchy, ten od elbruskich hardkorowców!
Wyściskaliśmy się serdecznie, a tu przychodzi do nas baba, która wcześniej w
ciemnym budynku oferowała nam bilety do Terespola w zamian za przewóz alkoholu
i papierosów. Teraz chce nam te bilety już sprzedać – po 1$. Wyśmiewamy jedną
babę, zjawia się druga... Najgorsze jest to, że wykupiły wszystkie bilety
relacji Brześć – Terespol. To tylko 5 kilometrów (czy coś koło tego), a ile –
nomen omen – zachodu... Poszliśmy spytać pograniczników, czy da się pieszo
przejść przejściem drogowym. Się nie da. Marszrutka do granicy – 500 rubli
białoruskich (złotówka). No to się chyba przejdziemy pieszkom. A na samej
granicy spróbujemy łapać stopa. Na razie Adaś z Mikim pałaszują kanapki na
ziemi czyli asfalcie, czym wzbudzają zainteresowanie miejscowych „biznesmenów”
w czarnych lakierkach bez krawata... A chłopaki się cieszą, bo jest wreszcie
polski zasięg Idealny i nastała nowa Era, i jest to zdecydowanie na Plus. Adaś
pali fajkę, reszta się rozeszła po gościach (z hardkoru).
Długo
debatowaliśmy, co robić. Okazało się, że do granicy autobusy raczej nie jeżdżą,
a na granicy samochody bywają przekopywane przez 4 godziny podobno. Cóż było
robić – na pociąg o 7.50 dawno nie było biletów, na 9.54 z jakimiś babamiśmy
się dogadali, ale czort wie za ile tak naprawdę i ile kartonów i litrów
przyjdzie nam za to przeszmuglować. Te wszystkie baby i chłopy są sprytne –
wykupują z kas wszystkie bilety i potem odsprzedają z zyskiem takim frajerom,
jak my. A mi zostało 45 zł i 1$.
Po
wypełnieniu deklaracji celnych stanęliśmy wśród dzikiego tłumu kłębiącego się
przed zamkniętą salą odpraw, gdzie doszło do oznak szturmu generalnego.
Wreszcie weszliśmy do tejże sali, a tam kłębił się tłum niemal równie dziki i
dały się zauważyć pierwsze przejawy panicznego przepychactwa, jednak celnicy
kulturalnie i bez sprawdzania skierowali nas do okienek, gdzie stemplują
paszporty.
Przy
okienkach, gdzie stemplowano paszporty, każdy tworzył własną kolejkę w poprzek,
aby nikt inny nie dostał stempelka (może tusz jest towarem deficytowym?).
Kultura inna i tyle. W końcu jakoś przepchnęliśmy się w tym tumulcie,
opieprzając i będąc opieprzanymi. Co najśmieszniejsze, w końcu chyba cały ten
tłum cisnący się drzwiami i oknami oraz po bokach jednak zdążył na pociąg. Tuż
za bramką był sklep „Дюти-Фри” i Miki zakupił wyjątkowo okazyjnie złotą
tequilę.
Potem
poszliśmy na pociąg, zostawiając za sobą dantejskie sceny zbiorowe i wsiedliśmy
do naszego wagonu w końcu, czyli drugiego. Po czym przeszliśmy do pierwszego,
bo tam byli przemytnicy, dzięki którym w końcu mieliśmy bilety za darmo, no
niezupełnie jednak, bo każde z nas musiało przewieźć przez granicę litr
„Jelcyna” i jeden karton papierosów. Wewnątrz pociągu trwały ostatnie,
wzmożone, a jednak wyjątkowo staranne przygotowania do przekroczenia granicy. I
nie chodzi tu o wyjmowanie paszportów, oj nie! Przygotowania polegały na
upychaniu paczek papierosów w bufiastych rękawach i pod bluzkami grubobrzuchych
bab, a także zaszywaniu czegoś w podwójnych dnach toreb. Był też pan, który
szył dodatkowe kieszenie, były przypadkowo odrywane okładziny tam, gdzie strop
w wagonie przechodzi w ściany. Pociąg powoli przetoczył się przez Bug, a nasi
„kontrabandyci” jeszcze nam poupychali po paczce papierosów, że niby na użytek
własny... Polscy pogranicznicy tylko popatrzyli na nas i wystające z plecaków
szkło i puścili z uśmiechem. Tak to miło po 16 dniach znaleźliśmy się na powrót
w Polsce.
Na
dworcu w Terespolu zastosowaliśmy wypróbowaną już w stosunkach
polsko-radzieckich „zerową opcję rozliczeniową” – my im ich towar, oni od nas
nic, czyli zero za bilety. Po pożegnaniu pograniczników i przemytników przyszło
pożegnać się z Adasiem i Mikim, którzy wpadli (przy mojej pomocy) na pomysł,
żeby wyprawę wysokogórską zakończyć... spływem kajakowym po Bugu. No i zostali
jak te sierotki z nadzieją kajaka w Terespolu, a myśmy pobiegli na pociąg do
Siedlec odchodzący za dwie minuty, bo była 9.40. Jeszcze zdążyłem zadzwonić do
domu i już jechaliśmy we czwórkę do Siedlec.
Sokół
z Żabą drogę przespali, a Mały przeczytał. W Siedlcach okazało się, że do
pociągu do Warszawy jeszcze 1,5 godziny, więc poszliśmy podzwonić do domów i do
dworcowego baru. Tam wtrząchnęliśmy:
1.
Żaba –
hamburgera, zapiekankę, colę,
2.
Mały –
cały obiad: dewolaja (a la schabowy, bo z kością) z marchewką i ziemniakami, i
jakiś czerwony płyn „Burn” na spółę z Żabą – kompot grusz.-jabłk.,
3.
Sokół
– „hamburgera z serem” (!),
4.
Ja – 3
zapiekanki i colę i zrobiłem temu zdjęcia.
Zostało mi 4 zł i 56 groszy. Za 1,50 postawiłem Żabie
loda, a za 3 – Lecha Małemu i Sokołowi na drogę. Sokół zaś postawił mnie i
sobie Tyskie, więc dalsza droga do domu (na trasie Siedlce – Warszawa w
przedziale bagażowym) upłynęła w sielskiej atmosferze. Wsiadły też „folklory” i
dwóch konduktorów-luzaków, a nawet zaglądali: milicjant (tfu-tfu – policjant) i
sokiści, ale na nasze piwa nie zareagowali
– kolejny (czyli kolejowy) dowód na
to, że Podlasie to Europa Zachodnia...
A ja zabieram długopis (to pisał Mały – jego długopis
jest), ale oddał, bym dopisał o czekoladzie, jaka dobyła się z Piotrka.
Plecaka. Wedla mleczna. Znaleziona w namiocie. No to zjedliśmy pierwszą
czekoladę od trzech dni. A propos namiotu: przy moim plecaku wisi adasiowy.
Biedak, będzie spał z Mikim jak Żaba, tylko pod kajakiem...
Wysiedliśmy na Wschodniej i Żaba wszystkim postawiła
loda! Potem siedzimy na dworcu, aż nadjechał pospieszny bezpośrednio z
Terespola – Żaba poleciała witać potencjalnego Mikiego (któremu miałoby się nie
udać kajaka kołowanie), a wróciła z dużym plecakiem zwiastującym... bandę
hardkorowców! Oni są wszędzie. Zrobiłem ostatnie zdjęcie, pomachaliśmy im, a oni
nam i nasz pociąg ruszył na Łódź. Na Centralnej ani śladu Mikiego i Adasia,
więc nie blokowaliśmy przedziału dłużej niż do Zachodniej.
I to już koniec.
To pisałem Ja, nusz, Kiero 8-)