Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!


12.08 – WTOREK
 
W nocy śniło mi się, że chodzę po zaniedbanym ZOO i muszę oddawać dzikom obgryzione skórki od arbuza, żeby przejść dalej – ciekawe, co nas czeka w związku z tym w Moskwie z milicją, a raczej mało ciekawe... Poza tym w nocy o dziwo nawet trochę zmarzłem – mimo zamkniętego okna wiało jakąś szparą prosto na mnie. Rano się obudziłem, potem zasnąłem, znów obudziłem i znów zasnąłem, a jak się znów obudziłem za oknem było to samo. O 10.00 minęliśmy stację Kamieńsk (albo Kamieńskaja), gdzie całe stada handlarzy owocami rzuciły się na nasz pociąg, ale nie pohandlowali. Zaraz za stacją był też most na dużej rzece „Siewiernyj Doniec” i znów to samo – nic tylko jeść i spaaaać... (albo grać w brydża – Miki).

W tym kraju nie warto nic robić, bo obraca się to przeciwko robiącemu. Specjalnie wstałem, aby pójść do kibla i się umyć, a tu oczywiście jak zwykle w takich przypadkach jest sanitarnaja zona. Potem jak otworzą, to mi się nie będzie chciało iść, bo muszę zejść z górnej leżanki albo wręcz będę spał (ze względu na krajobrazy na przykład). Jak znów się zwlokę, to się ponownie jakaś zona znajdzie...

Miki robi najlepiej, bo cały czas śpi, zaś reszta (oprócz Adasia) rozgryza karciane sztuczki Timura. Adaś zaś znów czyta w gazecie o brodatych elfkach, czy cóś... Chyba sobie poczytam kronikę, a potem to opiszę... w kronice, no chyba że wyjrzę za okno i usnę...

Zamiast usnąć, nie zjadłem sałatki, po czym usnąłem i przespałem większą część dnia, a potem zjadłem i poszedłem spać. Gdy wstałem, chłopaki zrobili sałatkę, więc zjadłem. Była godzina 19. Postanowiłem przyjąć postawę bardziej prospołeczną, więc odtąd mówiłem dwoma językami na raz i jeszcze rysowałem jakieś zwierzęta. A w Lipiecku na dworcu pada deszcz. W Jelcu – też. Także w Jelcu Miki kupił na peronie rybę, ale nie wie za ile i wywalił, bo była jakby surowa. Wcześniej chłopaki kupili po 10 rubli 6 pieczonych raków. Ja zjadłem mu ogon i szczypce, a Miki racze flaki i mu to pasowało. Wszystkie dworce w Rosji są takie same, różnią się tylko zwierzętami, a zwierzęta są jadalne lub nie. Aha, dokonaliśmy jeszcze pamiątkowego wpisu do kroniki pojezda, że mamy ich wszystkich w głębokim poważaniu i różnych językach...

Potem były jeszcze rozmowy o podobieństwach i różnicach między językami prowadzone głównie po ciemku i głownie przez Sokoła. A potem w Tule wysiadał Timur wcześniej uraczywszy nas kuricą własnego pędu, takimiż ogórkami i chlebem własnego chowu i ledwo się obejrzałem, a już musiałem wstawać, bo chodziły kanarzyce i krzyczały, że Moskwa, a do Moskwy było jeszcze 1,5 godziny, ale przynajmniej w kiblu nie było jeszcze sanitarnej zony. Zaś sny miałem takie, że wszystko zaminowane i serie z kałasznikowa (produkowanego w Iżewsku, gdzieMoskwa - najpiękniejsze metro świata ;) Rimma) słyszałem, naprawdę.
 
 
13.08 – ŚRODA
 
Po wysiąściu w strugach deszczu na Moskwie Kurskiej skierowaliśmy się do długaśnej kolejki przed okienkiem z napisem „M”, czyli Mietro. Tam kupiliśmy bilety po 7 rubli od osoby. Zjechaliśmy kilka pięter w dół, wpierw okrzyczani przez babę w bramce przy wejściu, że źle kombinujemy. Metro jest wypasione w marmury i kandelabry. Przejazd na stację Białoruską trwał 15 minut (4 stacje). Na wakzale Białoruskim na suficie były piękne, całe złote herby Republiki Radzieckiej Białorusi. Jeszcze na dworcu Kurskim dokonaliśmy wymiany waluty – zostało mi łącznie 54 ruble... Na Placu CzerwonymNastępnie po umoszczeniu się w poczekalni Dworca Białoruskiego na podbój stolicy udała się pierwsza trójka w składzie: Żaba, Sokół i Mały. Ja z Adasiem w międzyczasie ruszyłem w najbliższe okolice dworca, co by kupić trochę okruszków i wody za te 54 ruble. Potem poszli Miki z Adasiem na większe zakupy i dokupili mi jeszcze cebuli. Siedziałem i czekałem, a w międzyczasie czytałem w gazecie Adasia opowieść o krasnoludzie i elfce oraz o rycerzu bez konia i pieniędzy. To drugie opowiadanie szczególnie mi przypasowało ze względu na stan finansów moich – została mi jedna (1!) znaleziona kopiejka. Potem znalazłem jeszcze jedną.

Gdy wróciła pierwsza trójka z miasta, pojechaliśmy metrem my. Po"Bez kaski nie wchodź"? Nie mamy :( czterech stacjach (10 minut drogi) i wydobyciu się na powierzchnię gruntu oczom naszym – głazom – ukazał się Plac Teatralny, a w tle czerwone mury i złociste kopuły. Nie było wątpliwości – eto Kreml! Poleźliśmy w tym kierunku. Sam Plac Czerwony zamknięty jakimś płotkiem – może to sanitarnaja zona od Lenina? Koło cerkiewki takiej większej i częściowo w remoncie Miki spotkał całą ekskursję włoskich piłkarzy dalszego sortu i ligi. Zresztą, wszędzie pełno Japończyków. Z mostu na Moskwie uwidzieliśmy moskiewski Pałac Kultury. Nie obchodziliśmy Kremla, ni też Kreml nie obchodził nas, więc poszliśmy do dzielnicy rządowej mijając budynek ambasady angielskiej (która mieściła się w nim, bagatela, pięćset lat temu). W dzielnicy same biura Putina, więc zawróciliśmy pod Kreml. Potem jeszcze oglądaliśmy fontanny i Arbata nie naszli. Rabaty za to były i klomby. Jakeśmy wracali do metra, Adasiowi bramka chciała przyciąć... nogę, ale pani była czujna i pospieszyła z pomocą. 

Brama Placu Czerwonego Na Placu Czerwonym
Brama na Plac Czerwony
Kreml
Kreml Kreml
Kreml
Kreml
Największa cerkiew Europy Oni też mają Pałac Kultury!
Największa cerkiew Europy (świata?)
Oni też mają Pałac Kultury!
Fontanna Władimir Ilicz po raz ostatni
Fontanna obok Placu Czerwonego Władimir Ilicz jako Julia w scenie balkonowej

Brama Placu Czerwonego "Cerkiewka" Proletariusze wszystkich gór łączcie się!
Brama Placu Czerwonego "Cerkiewka" ;) Proletariusze wszystkich gór łączcie się!

Wróciliśmy na Dworzec Białoruski i właśnie tam znalazłem drugą już dziś kopiejkę! Ponieważ pociąg już stał, wsiedliśmy. Ale prowadnice już nie takie jak onegdaj, oj nie. Ledwośmy się z Mikim (reszta mieszka kibla opodal) jako tako przy stoliku rozsiedli, nadciągnęła kobiet ruskich najgorszego gatunku sotnia, ciągnąc z kolei wózki i złote brylanty na łańcuchach za sobą i nawet się jeszcze nie dały nam przesunąć, a już zaświniły cały stolik jakimiś nieznanymi płynami. Wytarły biletami, używając ich w charakterze szufelek. Adaś z Mikim wypróbowują nową fajkę Adasia o smaku wrzoścowo-waniliowym, ja im poasystowałem chwilę i poszedłem do reszty, bo u nich baby nie naszły. Miki przytargał natomiast kolejny wynalazek – za 64 ruble kupił prawdziwy kumys (0,5 l). Mi osobiście przypomina płynną wersję zsiadłego mleka zmieszaną z oscypkiem, wodą sodową i ogólnie bacówką, a jak mówi Żaba: z rzygami. Jak dla mnie – dobre (i dla Mikiego, ale on musi trzymać twarz, bo kasę wywalił), ale reszta próbując zatyka swe nozdrza, żeby nimi smaku owego nie poczuć. A propos smrodu – Adaś otworzył gazowany pasztet, który kupił okazyjnie w przecenie w moskiewskim supermarkecie, a przeterminowany był on 3 tygodnie... Żabę tak to oburzyło, że po raz kolejny przydzwoniła głową w górną kuszetkę, zaś Adaś niezrażony do tego wytarł z noża resztkę pasztetu mineralnego w Mikiego serweto-obrus, co wywołało oburzenie i odurzenie tego ostatniego mimo kumysu jego. Zaś Sokół śpi w związku z tym wszystkim chyba jeszcze głębiej.

Cóż było robić? Też poszedłem spać do siebie. Nie ma to jak skaj przylepiający się do człowieka – przynajmniej się człowiek nie niepokoi, że z górnej koi spadnie. Miki chciał mnie odlepić w Smoleńsku, ale mu to zupełnie nie wyszło. Teraz jest już prawie ciemno i czort wie, czy to jeszcze Rosja czy już Białoruś, bo obstawili chłopaki w brydżu, że kontroli granicznej nie będzie. Miki twierdzi, że to już Białoruś, bo sieci komórkowe są białoruskie a nie rosyjskie.

Kontroli faktycznie nie było. Posiedziałem jeszcze trochę u reszty obserwując wschodzący przez szybę pociągu księżyc w pełni, a potem poszedłem spać. Miki w nocy głośno się skarżył na „pop(...) rjebionka”, który wył do powyższego księżyca i nie dawał (poprzez mamę) okna otworzyć. A wył – jak twierdzi Miki – bo mu na pewno za gorąco było...


Elbrus 2003: Poprzednia
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 Następna