Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!

8.08 - PIĄTEK

Suchy (www.pracownia.org.pl) proponuje Małemu czyli autorowi niniejszej relacji i Sokołowi wypad do doliny Adył-su w okolice lodowca Szhelda, który ciągnie się aż po Ushbę 4707 m n.p.m. I tu następuje wymiana zdań i burza mózgów w wyniku której nastąpiła schizma. Część grupy miała po prostu dosyć niewygód i postanowiła powrócić na łono cywilizacji. Pozostała część czyli my miała niedosyt – widocznie byliśmy zbyt czyści. W każdym bądź razie na okres czterech dni nastąpił rozłam.
 
W Azau udaje się nam (Kinga, Jacek, Suchy, Sokół, Mały) złapać za 300 rubli czerwoną Gazelę do Szheldy – jest to mały ośrodek treningowy dla rosyjskich bokserków czyli niepełnoletnich bokserów. Dojazd jest prosty, jadąc od Azau należy skręcić w pierwszą ulicę w prawo za tablicą informacyjną Elbrus. Kiedy dotarliśmy na miejsce w ferworze podniecenia i radości zostawiam w samochodzie mój goretex. Nieświadom mojej zguby zdołałem wziąć prysznic za 15 rubli od osoby, rozbić namiot i bym pewnie poszedł szczęśliwy spać, gdyby nie zaczęło kropić. Postanawiam wrócić do Azau i odszukać czerwoną Gazelę. Razem z Suchym łapiemy taksówkę za 250 rubli tam i z powrotem. Wytłumaczywszy kierowcy, o co idzie i ile lat oszczędzałem na kurtkę, w oka mgnieniu dojechaliśmy do Terskoła, gdzie zauważyliśmy poszukiwana Gazele. Po krótkiej rozmowie z kierowca mini busa okazuje się, ze ten nic nie wie i nic nie widział. Przeszukaliśmy gazele a tam kurtki niet. W drodze z Szheldy brał pasażera do Czegetu wiec może on zwinął kurtkę. Wątpliwa sprawa. Nic to, wracamy z niczym. Po powrocie okazuje się ze czerwona gazela była feralna nie tylko dla mnie. Sokół zostawił w niej swoja komórkę...
 

9.08 - SOBOTA
 
Wstaliśmy o 8.00 i razem z Sokołem i Suchym wyruszyliśmy w stronę bazy Dzantugan – były ośrodek rekreacyjny dla radzieckich prominentów. Będąc tu juz wcześniej (przed wejściem na Elbrus razem z Jackiem i Kingą spędzili tu kilka dni) Suchy orientował się w terenie i służył nam za przewodnika. Wskazał nam zlewającą się z krajobrazem, ukryta w lesie willę Putina oraz ogromne buldery zwane laboratorium alpinizmu. Kiedy po ok. 2 godzinach dotarliśmy do Dzantugan, natknęliśmy się na wartownika w wojskowym mundurze, który nie chciał nas przepuścić bez uiszczenia opłaty. Po krótkiej wymianie zdań Suchemu udało się przekonać go, ze my tu juz byli i zapłacili, tylko kwity na kempingu w Szheldzie zostawili. I nas przepuścił. Na kempingu w malutkim sklepiku, w którym leciał Rammstein zjedliśmy po hiczynie – naleśnik z farszem z sera i puree z sosem czosnkowym (15 rubli) i wypiliśmy po piwku Terek (15 rubli). Po sutym lanczu wyruszyliśmy na nasz pierwszy prawdziwy lodowiec – lodowiec Kaszkatasz. Dojście do czoła było dosyć strome i czasem wyeksponowane. W końcu dotarliśmy do miejsca, z którego można było w końcu wejść na lodowiec. Miejsce w którym stanęliśmy było juz właściwie lodowcem, tyle ze przykrytym kamieniami. Założyliśmy raki i w ślad za Suchym zaczęliśmy się wspinać po 60 stopniowej ścianie prowadzącej na czoło lodowca. Czekany były bardzo przydatne chociaż Sokół zdołał się wgramolić przy uszyciu tylko kijków trekingowych. Samo chodzenie po lodowcu nie sprawiło nam trudności. Jedynie uszczelnienie i zbliżające się nimbusy powodowały u nas nadmierne wydzielanie adrenaliny. Dodatkowo brak liny (nie wzięliśmy, bo po co) zadecydował o powrocie – pole seraków do którego się zbliżaliśmy nie wróżyło łatwej przeprawy. Wieczorem poszliśmy do pobliskiej knajpki, gdzie rozkoszowaliśmy się pałaszowaniem hiczyn i spijaniem piwek.
 

10.08 - NIEDZIELA
 
Z powodu odcisków na stopach odechciało mi się juz chodzić po górkach. Z samego rana poszliśmy z Sokołem do miejscowości Elbrus. Marsz zajął nam około godziny. Na miejscu dowiedzieliśmy się o autobusie jadącym do Nalczika o godzinie 9.00. Zrobiliśmy zakupy w pobliskim supersamie, który przypominał ten ostatni co najwyżej wielkością bo na pewno nie asortymentem. Kupiliśmy chlebek (6 rubli), keczup w torebce z nakrętką (nb. dobry patent, 12 rubli), dwa rogale (po 4,5 rubla), i napój gruszkowy gazowany w 1,5 litrowym pecie (8 rubli). Ekspedientka podliczyła nas na drewnianym liczydle (sic.!) i sobie poszliśmy. W drodze powrotnej poszliśmy tradycyjnie cos przekąsić w sklepiku niedaleko nas. Po posiłku popakowaliśmy co mięliśmy popakować i wieczorkiem z pozostała ekipa poszliśmy na piwko. Oni również wracali następnego dnia, z tym ze podłączyli się do marszrutki ludzi z kempingu w Dzantugan i wyjeżdżali 2 godziny po nas. Umówiliśmy się, ze w razie nie pojawienia się autobusu zabiorą nas ze sobą i wysadza albo w Mineralnych, skąd maja pociąg albo na rozjeździe Mineralne Wody-Dolina Baksanu-Nalczik. Poszliśmy do knajpki wybudowanej w stylu śródziemnomorskim czyli bez okien i ścian. Zamówiliśmy cziburiaki czyli hiczyny złożone na pół i wypełnione farszem (20 rubli), hiczyny (15 rubli) okraszane spora ilością piwa. Przynajmniej na początku. W knajpce bawi się młodzież z pobliskich obozów sportowych, trzeba przyznać ze nie różnią się niczym od naszej polskiej młodzieży czarowno pod względem ubioru, słuchanej muzyki (słuchali polskiego hip hopu) jak i ilości spożywanej wódki. W pewnym momencie właścicielka knajpki włączyła karaoki i się zaczęło. Suchy obiecał postawić Sokołowi flaszkę (bynajmniej nie piwa), jeśli zaśpiewa live. No i zaśpiewał. Kilka kieliszków później Jacek śpiewał Bielyje Rozy i inne takie po rosyjsku, Suchy nie gorszy. W pewnym momencie pojawił się Rammstein – Du Hast  zaśpiewany w trio: Jacek, Suchy, Sokół, a potem to juz się działo J. Lennon – Imagine, House of the Rising Sun and more. Koło północy mam dość alkoholu i kakofonii dźwięków. Razem z Kingą postanawiamy wracać na kemping.
 

11.08 - PONIEDZIAŁEK
 
Pobudka o 5.45. Sokół wciąż jeszcze pijany nie pamiętał, kiedy wrócił. O 7.16 po kaszce zwarci i gotowi podążyliśmy szybkim krokiem na przystanek do Elbrusa. Na miejscu byliśmy o 7.54, poznaliśmy parę Ukraińców, chłopak mieszkał przez wiele lat w Pradze, pracował z Polakami, więc porozumiewaliśmy się po polsku. Okazało się ze oni również zdobyli najwyższy szczyt Europy tyle ze od zachodu poprzez północne pola. Po kwadransie przyjechał autobus do Rostowa., Postanowiliśmy podjechać nim do krzyżówki Mineralne Wody-Dolina Baksanu-Nalczik. Bilet nas kosztował 50 rubli od galowy. Na miejscu postanowiliśmy stopować do Nalczika, po szybkiej porannej toalecie udaje nam się zatrzymać czarna Wołgę z 1999. Załadowaliśmy się do środka i nas zatkało. Przestronne wnętrze wykończone było skajem i drewnem. Od kierowcy dowiedzieliśmy się ile to to pali, a pali tylko 9l/100km. Po około 20 minutach byliśmy na dworcu w Nalcziku, postanowiliśmy zapytać się naszego dobroczyńcy skolko, spytał ile chcemy dać, odpowiedzieliśmy ze mamy tylko ostatnie 20 rubli i możemy je mu dać, bo my studenty, machnął tylko ręką, powiedział ze mu się one nie przydadzą a nam mogą iBazar w Nalcziku pojechał. Ledwo weszliśmy na dworzec i zostaliśmy wylegitymowani przez oficjera siedzącego za biurkiem przy drzwiach. Sprawdził nasze paszporty, registrancje, imiona, nazwiska, otczestwa czyli imiona ojców, daty urodzenia po czym zostaliśmy zapisani w knidze pod numerami 37 i 38.
  
Poszliśmy na pobliski ryneczek, Sokół został z plecakami a ja poszedłem na mały rekonesans. Ryneczek był podzielony na części w/g sprzedawanych artykułów. Stoiska z mięsem w jednej części, z nabiałem w innej, elektronika jeszcze w innej...

Wymieniłem ostatnie 7$ i poszedłem na zakupy. W księgarni pocztówki, a na rynku hiczyny z serem (po 5 rubli), kiełbasę (55 rubli) – i tu ciekawostka, jedną z najdroższych kiełbas była kiełbasa krakowska, ser żółtobiały wędzony (70 rubli), placki chlebowe (po 5 rubli), majonez w torebce z zakrętką (15 rubli), chleb (6 rubli). Podczas zakupów napotkałem Mikiego, Żabę i Adama. Gdy wróciłem do Sokoła ten poszedł dokupić jeszcze bananów (40 rubli). W sklepie monopolowym, niedaleko którego złożyliśmy nasze plecaki pokupowaliśmy płyny: koniaki Elbrus (po 98 rubli), soki (po 25 rubli), wodę mineralna 1,5l (7 rubli). Odpoczywając w cieniu i spijając soki, zdałem relacje z bliskiego spotkania z pozostałą częścią grupy. W chwile później nadszedł Miki z Żabą. Szybko zdał relacje z wczorajszego wydarzenia z milicją. W związku z czym umówiliśmy na 15.20 przed wakzal (dworcem - Miki), czyli na 20 minut przed odjazdem pociągu. Z konieczności powrotu do hotelu pożegnali nasze towarzystwo.
 
W jakiś czas później poszliśmy z Sokołem na dworzec via płatny kibelek dla narciarzy (3 ruble). Poczekaliśmy na resztę na przystanku autobusowym niedaleko bocznego wejścia na perony. Kiedy się pojawili, udaliśmy się wszyscy razem na peron via boczne wejście.


Elbrus 2003: Poprzednia
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 Następna