10.08 – NIEDZIELA
Wstaliśmy
wcześnie, bo o 7.00, żeby zdążyć na 8.30 na autobus jadący do Nalczika. Kiedy
szliśmy na przystanek, ok. 8.15, ku wielkiemu zaskoczeniu Mikiego, Rimma
wyszła, żeby go spotkać i pożegnać. Miki został więc nieco w tyle. Mówi, że nie
było zbyt czule, ale za to jak romantycznie...
Władowaliśmy
się z plecakami do środka. Aż do Tyrnyauza starałem się nie zasnąć, ale potem
odemknąłem ślepia dopiero tuż przed Nalczikiem. Ponieważ dworzec autobusowy w
tymże jest 2-3 km od dworca kolejowego, po wysiąściu z autobusu musieliśmy się
opędzić od stad sępów zmotoryzowanych, którzy próbowali nas zawieźć
gdziekolwiek, byleśmy zapłacili. Poszliśmy pieszo, po drodze podziwiając jakieś
lipne drzewa, z których gałęzi zwisały dorodne... jeżyny, ale baliśmy się to-to
jeść.
Tuż
przed dworcem jeszcze chwilę podebatowaliśmy nad ewentualnym noclegiem w jakimś
częściowym, dziesięciopiętrowym pustostanie, ale bez rezultatu. Żaba z Adasiem
usiedli na skwerze przed dworcem z plecakami, a ja z Mikim poszliśmy do budynku
tegoż, żeby zasięgnąć języka w sprawie taniego noclegu. Mieliśmy bowiem cynk od
Toruńczyków, że na lub w pobliżu dworca jest najtaniej. Niestety okazało się,
że jest odwrotnie: przy drzwiach wyraźnie nudziło się dwóch milicjantów. Na
dzień dobry nas wylegitymowali, na drugie dzień dobry stwierdzili, ze nie mamy
„pieriewoda pasporta”. Po krótkiej dyskusji, z której nic nie wynikło, zabrali
nas na dworcowy komisariat. Tam, po niezłej kłótni, w której staraliśmy się im
z Mikim wytłumaczyć, że są nieukami, bo nie znają języków, a oni nam, że my
przestępcami, skończyło się na „kompromisie” – sztraf wyniósł na naszą czwórkę
250 rubli. Po drodze były jeszcze osobiste przeszukania i podejrzenia, że
aviomarin to jakieś prochy.
Jak
niepyszni wynieśliśmy się z okolic dworca. Ponieważ nie mieliśmy żadnych
sensownych namiarów na tani nocleg, po rozpytaniu miejscowych ostatecznie
trafiliśmy do budynku, w którym kiedyś był hotel, a teraz jest remont. Morale
sięgnęło dna, a Miki zjadł placek. Wtedy zagadała nas jakaś przekupka z rynku
otaczającego budynek dawnego hotelu. Poskarżyliśmy się jej i wypłakali na
milicję miejscową, a ona nas pożałowała i zaczęła dzwonić tu i tam, żeby nam
znaleźć nocleg. W końcu okazało się, że w hotelu „Alpinist” możemy zanocować za
350 rubli (niecałe 12 $) za cztery osoby. Nie zastanawialiśmy się więc długo,
zwłaszcza, że zaczęło się robić późno, a my mieliśmy jeszcze na dziś w planie
Czegiemskie Wodospady. Po zameldowaniu się w hotelu zjedliśmy resztki, które
nam pozostały oraz policzyliśmy kasę. Mnie np. zostało 36 rubli i 15$... Może
by tak okraść jakiegoś Rumuna?... Chłopaki poszli na miasto znaleźć kantor,
który byłby czynny w niedzielę i dowiedzieć się o jakąś tanią (hehe) marszrutkę
do Wodospadów, a ja czekam z Żabą na nich i już jest 15.15. Jak tak dalej
pójdzie, to chyba z tych Wodospadów nici... Co za fatalny dzionek...
Wrócili
chłopaki z wymienionymi dolarami na ruble. Zamiast kantoru była babuszka. Potem
wszyscy
wyruszyliśmy na spotkanie z Wodospadami. Zamiast nich Adaś z Mikim
poszli parkiem i spotkali kilka rozrywkowych Len. Samaja Gałownaja Lena akurat
miała dziś siedemnaste urodziny i w związku z tym dała Żabie zwiędnięte
kwiatki, po czym pokazała nam, jak się żyje w Nalcziku, ciągnąc nas przez bazar
do parkingu marszrutek. Po drodze kupiliśmy trzy litry kwasu chlebowego i
kasetę niejakiego Szokuji-Husajna z dedykacją od niego samego i wsiej Kabardy.
Na postoju marszrutek chcieli do Wodospadów i z powrotem 1000 rubli od naszej
czwórki. Myśmy byli skłonni dać 600 i nawet mediacja Leny nie pomogła, więc
zamiast na Wodospady poszliśmy na coś w rodzaju Rynku Bałuckiego razy pięć.
Zakupiliśmy likiery 0,7 l po 30 rubli (!), ajran, warzywa. Część warzyw chcieli
nam dać za darmo, tośmy zostawiali po jednym rublu. Podziękowaliśmy też pani,
która nam pomogła znaleźć nocleg – daliśmy jej bursztyn Żaby, a pani
zrewanżowała się torebką jabłek. Z wycieczki tej krajoznawczej wróciliśmy ok.
18 i mamy furę taniego żarcia.
Tekst,
który się podoba Mikiemu, a wyszedł ze środka Żaby: „Przełóż tego motylka na tę
truskaweczkę, bo i tak będziemy to pili!” i dotyczy to likieru.
Gdyśmy
zjedli i ułożyli masę życzliwych psalmów na nalczikową milicję (i nie tylko),
postanowiliśmy pójść już po ciemku na miasto. Była to, zapewniam Was, odważna
decyzja. Przed wyjściem zjedliśmy całą butelkę likieru „piniakolada”. Najpierw
była po drodze knajpa „Jazz” w ciemnym parku. W środku zaś całkiem przyjemnie –
elegancka knajpa z akwarium, piwo „Nalczikskoje” za 20 rubli, dobrze
schłodzone, do tego na zagryzkę suszone kalmary za 20 rubli. Żaba natomiast
zjadła loda. Potem nadal nie mieliśmy dość, więc ruszyliśmy zwiedzać Nalczik by
night.
Najpierw
popodziwialiśmy niedoświetlony pomnik „żeńszczyny” koło hotelu „Rossija”.
Ponieważ był niedoświetlony, nie popodziwialiśmy go zbyt długo. Potem poszliśmy
główną ulicą Nalczika o nazwie Lenina. Czasem krzyżowała się ona – np. z
Sowiecką. Trafiliśmy na kino „Wostok”. Tam Adaś z Mikim bezskutecznie próbowali
odnaleźć Lenę (która mówiła, że tam będzie i żeby chłopaki nie przychodzili, bo
jej bracia gardło poderżną). Chwilę popatrzyliśmy na kolorową fontannę,
automaty do gry i przeboje box office’u i poszliśmy dalej w stronę majaczącej w
oddali ogromnej wieży TV. Do wieży nie doszliśmy, za to trafiliśmy na
gigantyczny pałac – chyba prezydenta tego państewka. Naprzeciwko, w kolejnym
parku stał postument z napisem „Lenin”, a zamiast Lenina spoczywała na nim kula
ziemska. Kula była ustawiona Kaukazem do pałacu, a Afryką – na resztę
społeczeństwa. Upojeni temi faktoma wracając przeszliśmy 5 metrów od posterunku milicji
(straceńcy z nas, co?!) do hotelu i poszliśmy spać.
11.08 – PONIEDZIAŁEK
Nasz
hotel pt. “Alpinist”. Ponieważ za chwilę się z niego wynosimy, więc słów parę
na jego temat. Z wierzchu jest nawet całkiem przyjemnym, czteropiętrowym
bloczkiem o dość wybujałej (jak na miejscowe warunki) architekturze. Przed
budynkiem jest parking ogrodzony ozdobnym, kutym płotem i kwietniki. W środku
jest recepcja z jedną panią i kawiarenka hotelowa z TV i bufetem. „Dwóch
ponurych ogląda w TV >Żandarma< po rosyjsku, z których jeden miał za żonę
Polkę z Białorusi” (cyt. za: Miki O. 2003, niepubl.). Korytarze są już gorsze,
a najgorszy prysznic. Wczoraj przeżyłem przykra przygodę podczas kąpieli –
zaczepiłem paznokciem o fugę między kafelkami. Drzwi od prysznica są od dołu
najpierw chyba podpieczone, a potem obgryzione. W kiblu cały czas sączy się
woda, ale pocieszyłem Żabę, żeby sobie wyobraziła, że to szmer potoku w
Bieszczadach. Zalaliśmy też łazienkę, gdy w umywalce chłodziliśmy napoje, ale w
związku z tym wszystkim powyższym raczej nie zauważą...
Spakowaliśmy
się, zjedliśmy kuskus z orzechami, miodem, jabłkami i cukrem, zostawiliśmy
raczej względny niż porządek i wyszliśmy z hotelu. Żaba, Adaś i Miki poszli
zrobić zakupy na drogę, a ja, siedząc na ławeczce przed hotelem, robię za
„kamerę chronienia” plecaków jeszcze pewnie ze dwie godziny...
Po
godzinie przyszedł Adaś, przyniósł alkohole, zostawił je i poszedł z powrotem
(naiwny). Spotkali też Małego! O
15.20 jesteśmy umówieni na dworcu w części
antypodalnej w stosunku do milicji, a o 15.40 – wyjeżdżamy pociągiem do Moskwy.
Po
jakimś czasie wróciła ekipa z jedzeniem. Najbardziej szczęśliwy Miki, który
kupił cały brykiet prasowanej herbaty (+/- 2 kg) za 50 rubli. Kupili mi też do
jedzenia dwie bułko-naleśniki z nadzieniem cebulowo-mięsnym na ostro (po 7
rubli) – pychota! (i
to był ten kulinarny hit, naprawdę polecamy każdemu, szkoda, ze tak
późno to odkryliśmy; nazywają się "hiczyny" - Miki) Z alkoholi jest Adasia Wódka Graniasta po 25 rubli za połówkę
(sic!) + 2, wina gruzińskie po 70 rubli i koniak Mikiego dla mamy tegoż w
butelce w kształcie szabli. Poza tym kilka toreb żarcia na drogę.
Poszliśmy
niespiesznie w kierunku dworca. Po drodze kupiliśmy hiczyny (naleśniki) z
mięsem i serem oraz kwas chlebowy, które następnie pożarliśmy na sklepowych
schodach. Jeszcze zakupy minwody, semiczki (prażone ziarna słonecznika w łupinach - mniam!) i już
byliśmy na dworcu, gdzieśmy spotkali Małego i Sokoła. Starając się nie wyglądać
przed milicją na inosrańców przemknęliśmy chyłko-bokiem prosto do pociągu,
który już stał na peronie i wydawał się nie mieć końca, gdyśmy z plecakami i
torbami z żarciem wlekli się do wagonu nr 12, wcale nieostatniego zresztą. W
końcu wpakowaliśmy się do środka i po kilku minutach pociąg ruszył (uff... na
peronie nie było milicjantów...) i takeśmy Kaukaz pożegnali, lecz jeszcze nie
Rosję.
Oczywiście
początkowo większość okien nie chciała się otworzyć i nic nie wskórała nasza
prowadnica, zamieniona tymczasowo na women-z-łomem. Łom nic nie dał, więc leżał
porzucony na środku korytarza i co chwila ktoś się o niego potykał z brzękiem,
więc zasnąłem. Gdy się obudziłem sałatka warzywna robiona tym razem przez
Adasia i Mikiego i kanapki z kiełbasą z Nalczika były prawie gotowe. Co
ważniejsze udało się komuś jakimś cudem otworzyć okno w moim i Adasia
„przedziale” i dojeżdżamy do MinWód, więc jest sanitarnaja zona, co oznacza
tyle, że przed, w trakcie i po jedzeniu nie ma jak umyć ubabranych w sałatce i
majonezie rąk.
Przed
MinWodami wypiliśmy już z tego gorąca połowę naszych minwód. Jutro jedziemy
chyba na niestygnącej herbacie. Dziś natomiast jedziemy na zmianę przez krzaki
i jakieś odłogi. Wygląda to na sukcesję wtórną, a nazywa się step. I oto
MinWody, chłopaki poszli więc po minwody dla ochłody.
Chłopaki
przynieśli minwody oraz jakiegoś strasznego zagazowanego jabola o dumnej nazwie
„sajder”. Tymczasem do mojego miejsca podszedł sympatyczny Rosjanin i z
rozbrajającym uśmiechem powiedział, że to jego miejsce. No i rzeczywiście – jak
popatrzyłem uważnie w swój bilet, okazało się to prawdą. Niestety okazało się
też, że moje właściwe miejsce jest 3 przedziały dalej od reszty i że okno się
nie otwiera. Próbowałem jakoś przetłumaczyć Timurowi (tak miał na imię), że tu
moja komanda, moje rzeczy, itp., ale sam go rozumiem, że wolał mieszkać przy
uchylonym oknie. Mimo niepowodzenia w negocjacjach nawiązała się między nami
konwersacja, bo był ciekaw co my za jedni, skąd przyszliśmy, dokąd jedziemy,
etc. Potem Mały z Żabą i Sokołem nawiązali konwersację z trzema Rosjankami, a
że język im kuleje, musiałem służyć za tłumacza. Jedna z ich interlokutorek ma
22 lata, skończyła fizykę, jest Kabardynką z Nalczika i właśnie jedzie do
Moskwy robić doktorat z filozofii. Dosiadł się jeszcze Timur i okazało się, że
kończył coś pośredniego między hydrologią a ekologią, więc resztę wieczoru
przegadałem o geografiach, ochronach środowiska, doktoratach, uczelniach w
Polsce i w Rosji, i wysokościach stypendiów tu i tam, a więc wieczór
spędziliśmy rozrywkowo. Z tego, co mówi SMS od Oli, ona również, bo ją przyjęli
do pracy w szkole! Szkoda, że jeszcze tak daleko do domu...
A
Miki wylał wodę z butelki na swoje posłanie i wygląda, jakby moczu nie
trzymał... Zaś godzina 23.00 to wg prowadnicy „dietskije wriemienia”, czyli
dobranocka i gasimy światła.
A potem przyszła pora, aby dwie zeschizmowane niegdyś grupy opowiedziały sobie nawzajem swoje przygody...