 |
8.08
– PIĄTEK

Po
dniu poprzednim chciałoby się wyspać, a tu Sasza puka, żeby się
wynosić. Spakowaliśmy
graty, zeszliśmy do jadalni, zjedliśmy, co się dało, resztę
wpakowaliśmy do
dwóch dużych toreb, które podarowaliśmy
spotkanemu wczoraj przez Mikiego
polskiemu turyście Marcinowi i jego dwóm towarzyszkom,
którzy jeszcze nie
weszli na Elbrus, a już nie mieli co jeść. Po
czym o 12 pożegnaliśmy Prijut i
wraz z hardkorowcami i nieuszkodzonym
rowerzystą oraz dwoma rowerami zaczęliśmy
schodzić/zjeżdżać po śniegu w dół. W naszej grupie na
rowerze zjeżdżał Miki. W
pewnym momencie bardzo malowniczo przeleciał przez kierownicę lądując nosem w
głębokim - na szczęście - śniegu, aż rower mu
stanął dęba, a przechodzący opodal chow-chow z hiżyny zapewne się
zdziwił, choć
nie dał tego po sobie poznać. Do Beczek schodziliśmy wszyscy razem, do
Mira już
w grupkach. Z Mira Żaba z Małym zjechali do Azau kolejką, rowerzysta
Tomek –
rowerem, a ja i reszta – dalej pieszkom. Po drodze na stację
pośrednią 2920
zostałem nieco z tyłu, żeby porobić zdjęcia. Schodząc do stacji
natknąłem się
na rwący strumień. Zamiast iść do góry, tam gdzie szansa na
przeprawę była
większa, zacząłem schodzić w dół, a potok potężniał z każdą
chwilą.
W pewnym
momencie zobaczyłem grupę turystów idących do
góry z naprzeciwka. Już
wiedziałem, że później nie da się przeprawić, bo tamci też
próbowali.
Postanowiłem przeskoczyć. Gdy podeszli turyści, na migi im
pokazałem, żeby
chwycili najpierw mój plecak, a potem mnie. No i skoczyłem
dwa metry nad rwącym
strumieniem, i przeskoczyłem, i okazało się, że turyści są z Polski.
Pogadaliśmy chwilę i zszedłem do stacji 2920. Tam przepłaciłem za
Coca-colę 0,5
litra (20 rubli), a ponieważ chciałem całą trasę Azau - Elbrus zrobić
sobie na
piechotę (pierwszego dnia wjechaliśmy pierwszy odcinek), w dalszym
ciągu
schodziłem z 2920 na 2356, Po drodze pracowały nawet spychacz i
koparka. I znów
musiałem się przeprawić przez ten sam potok, ale poszło już łatwiej.
Około
16 byłem w Azau, gdzie spotkałem całą resztę, która zjechała
kolejką. Siedzieli
i jedli szaszłyki. Był też
nasz kontuzjowany rowerzysta.
Okazało się, że po
moim jego opuszczeniu u ratowników, bojąc się, że zapłaci za
lekarza nie
wiadomo ile, po prostu im nawiał, złapał dźwig na stopa i podjechał do
Azau,
gdzie jacyś dobrzy ludzie przenocowali go w pakamerze.
Zdjąłem
plecak i zamówiłem szaszłyk. Siedzieliśmy na zewnątrz. W
momencie gdy wbijałem
zęby w pierwszy prawdziwy obiad od 10 dni, lunął rzęsisty deszcz.
Zamiast
spokojnie zjeść musieliśmy ratować plecaki przed potopem. Przenieśliśmy
się
wszyscy do baru. Hardkorowcy, którzy byli opodal, dołączyli
do nas. Pojawiła
się też sympatyczna para – Karol i Karolina (on z Kłodzka,
ona ze Strzelina),
która niemal natychmiast została przez Mikiego ochrzczona
mianem Dynastii
Karolingów.
Tymczasem
ekipa hardkorowców wyjawiła swe dalsze plany. Jeszcze tego samego dnia
zamierzali jechać w boczną dolinę do jakiejś bazy przy lodowcu Sheldy.
Mały z
Sokołem byli za tym, żeby jechać z nimi, ja i reszta ekipy –
przeciwko. Ja
osobiście chciałem się wreszcie umyć, najeść czegoś normalnego i wyspać
w
cieple. Po burzliwej dyskusji Mały z Sokołem postanowili się odłączyć
od nas na
te 3 dni – spotkamy się 11.08 na dworcu w Nalcziku.
Wreszcie
przestało padać, więc pożegnaliśmy dwójkę rowerową w ich
pakamerze (gdzie
zrobiliśmy zdjęcie z Leninem na obrazie o wymiarach +/- 1,5 na 1,0 m),
zabraliśmy ze sobą Karolingów, kupiliśmy jeszcze mapy okolic
Elbrusu i w
szóstkę pojechaliśmy busikiem z Azau do Terskoła.
Niestety,
okazało się, że nasza poprzednia kwatera jest zajęta i chwilę dobrą
trwało, nim
w tym samym bloku znaleźliśmy inną. W końcu się udało – za 6
osób zapłaciliśmy
za dwie noce 2000 rubli. Dodatkowo, wkrótce zjawili się nasi
rowerzyści, którym
widocznie pakamera bez wygód nie służyła. Łącznie za 8
osób wyszło 80 dolarów.
Adaś
cały wieczór był nieszczęśliwy, bo potieriał swój
aparat (ros. potierat’ –
zgubić) fotograficzny, co gorsza, wraz ze zdjęciami ze szczytu i nie
tylko. Ja
byłem potwornie głodny, a Miki miał nastrój do zabawy, więc
koniec końców,
wylądowaliśmy w jedynej ponoć w Terskole disco-knajpie z ciepłym
jedzeniem
(wygląda jak kopuła stacji kosmicznej). Gdy po jakiejś
półgodzinie wreszcie nam
podano menu, okazało się, że i tak niedostępne jest przynajmniej
¾ dań z karty,
więc chłopaki zamówili pierwsze, które było
(baranina z ryżem), a ja
powtórzyłem szaszłyk barani. Adasia i Mikiego porcje były
całkiem spore, ale ja
– wygłodniały – dostałem danie jak dla
przedszkolaka (i to też chyba tylko do
zabawy). W menu stało, że szaszłyk ma ważyć 200 gram, ale jak ważył 80
to już
cud. Do tego wszystkiego kosztował 60 rubli (2$). Zagroziłem wręcz, że
nie
zapłacę, ale cóż było robić – głód
zwyciężył i wtrąbiłem go na raz. Na
szczęście zamówiliśmy też naleśniki z serem na kwaśno (z
ciekawości – najtańsze
danie w menu i nic nie mówiąca nazwa
„hiczyny”, a
okazały się kulinarnym hitem wyjazdu, ale o tym potem).
Chłopaki popijali też
puszkowany gin z tonikiem (produkt roku 2002!).
Do
sąsiedniego stolika przysiedli się natomiast polscy GOPR-owcy z
25-osobowej
grupy, którą spotkaliśmy na stokach Elbrusu. Początkowo było
nawet miło
pogawędzić z rodakami, ale w pewnym momencie ich szef – stary
dziad –
stwierdził, że robimy za dużo hałasu i żebyśmy sobie poszli. A np.
Belgowie,
którzy też się (świetnie zresztą – brawo Belgia!)
bawili w tej samej knajpie
robili co najmniej tyle samo! Ale cóż – Polak
Polakowi wilkiem...
Ja,
wciąż głodny, postanowiłem zjeść jeszcze taką samą baraninę jak
chłopaki i
dopiero wtedy udało mi się najeść. Tymczasem Miki zatańczył parę
tańców z – jak
się później okazało pół-Tatarką z Uralu. Potem
przyszła kelnerka z rachunkiem
za jedzenie – 352 ruble (ok. 11$). Zapłaciłem z napiwkiem
360. Potem, jakeśmy
policzyli z Adasiem, maksymalnie powinnyśmy byli zapłacić 270-280. a
więc nas
nacięła na prawie 3$!
Wkrótce
Miki był już w zażyłej komitywie z Tatarką Rimmą, więc z Adasiem
grzecznie
wróciliśmy na naszą kwaterę, a Miki po odbyciu
rimmantycznego spaceru pod
gwiazdami (jak twierdzi) – jakąś godzinę później...
9.08
– SOBOTA
Gdy
się obudziłem, stwierdziłem, że Miki wrócił cały i zdrowy,
bez bliższych
spotkań z Tatarami i Kabardyno-Bałkarcami. Wstaliśmy przed dziewiątą, a
ja
stwierdziłem, że moja kostka znów jest spuchnięta,
prawdopodobnie od wczorajszego,
1800-metrowego zejścia. W drugim pokoju spali rowerzyści z Karolem i
Karoliną.
Rowerzyści zaraz z rana nas opuścili, natomiast Karolingowie jeszcze
zostają.
Adaś
z Mikim poszli na zakupy (głównie warzywne) i zdarzył się
cud – odnaleźli
aparat fotograficzny Adasia! Był za siedzeniem w busiku,
którym jechaliśmy z
Azau do Terskoła. Z radości Adaś kupił kierowcy busika (za sugestią
jego
kolegi) pół litra wódki.
Żaba
zrobiła na śniadanie pyszną sałatkę z cebuli,
ogórków zwykłych i małosolnych,
pomidorów, papryki i majonezu. Zjedliśmy, chłopaki
znów poszli po zakupy
(chleb), a ja się zabieram za zmywanie. No po prostu jak w
domu!
Przedwczoraj
Miki miał sen, w którym występowały dwa rosyjskie miasta:
Workuta i
Magnitogorsk. Śniło mu się, że tylko przez te miasta są połączenia do
Polski, a
oba położone są na Uralu. Wczoraj Miki poznał Rimmę z Uralu. Dziś
Adasiowi
śniło się, że Miki umówił się z Rimmą tylko po to, żeby
zabrać jej papier
toaletowy! (cierpimy na chroniczny niedobór). Aż się boję,
co mi się dzisiaj
przyśni w związku z tym, żeśmy dziś grzyby jedli...
Rano,
czyli koło 13, po zjedzeniu pysznej żabiej sałatki, poszliśmy do
kafejki
internetowej. Tam zostawiliśmy Mikiego, a sami zakupiliśmy arbuza (6 kg
– 36
rubli), duże placko-chlebki (po 10 rubli) i ogórki małosolne
– chyba drugie
najlepsze jakie miałem okazję jeść w życiu – pierwsze były
podczas imprezy z
Kabardyńcami na szosie do Terskoła. Potem poszliśmy nad rzekę. Rosło
tam dużo
poziomek, więc żeśmy wszystko to pozżerali, a dodatkowo jeszcze
nazbieraliśmy
wyżej wspomnianych grzybków – zajączków
i maślaków.
Wzburzona
rzeka Baksan gnała z góry w dół, a na brzegu
leżały przeróżne głazy – bazalty,
andezyty, granity,
gnejsy i wiele innych. Ze
skórek od arbuza robiliśmy
łódeczki i puszczaliśmy je na fale. Zrobiłem trochę fotek i
wróciliśmy z Żabą i
Adasiem na kwaterę robić obiad. Po chwili zjawił się ze spotkania z
Rimmą Miki.
Byliśmy trochę zdziwieni, że tak wcześnie. Chodził z nią po jakiejś
łące i
parku, „gdzie się pasły konie”.
Na
obiad była jajecznica z grzybami i cebulą oraz kanapki z pomidorem i
też
cebulką. A potem siedzieliśmy w szóstkę (z Karolingami) u
nas w pokoju i było
dużo śmiechu, zwłaszcza gdy Miki znalazł obwisłą świeczkę,
która wyglądała
jak... no, niezwykle komicznie.
Na
naszej kwaterze jest też w kiblu zamiast deski klozetowej mięciutka
gąbko-podusia z dziurą pośrodku. Może to być prawdopodobnie
również koło
ratunkowe w razie Zamoczenia Niespodzianego...
Krótka
Mikiego ze z Rimmą spotkania relacja (dla zainteresowanych jego
nigdysiejszymi "podbojami" :p)
Umówieni
byliśmy o 14 przed pensjonatem
„Wolfram”, gdzie Rimma mieszkała. O dziwo, wyszła
punktualnie i przystała na
propozycję spaceru w stronę rzeczki. Nad tąże okazało się, że nie
bardzo
skłonna jest brodzić ku wyspie, więc poszliśmy wpierw kawałek w
dół rzeki,
gdzie usiadłszy na kamieniu (jak się później okazało ok. 200
metrów powyżej
miejsca, gdzie bawiła reszta kompanii) dyskutowaliśmy (z pewnymi
przerwami na
nabranie oddechu) o podobieństwach i różnicach między
językami polskim a
rosyjskim ubierając je często w niemieckie słowa, jako, że niekiedy
mowa
Göthego była jedyną płaszczyzną realizacji werbalnej naszej
świeżo
zadzierzgniętej друзйи между народами. Mowa była też o lodowcu w
kształcie
„siódemki” i o pięknie kaukaskiego
krajobrazu tudzież jego – czasowej –
mieszkanki.
Potem poszliśmy
w górę rzeki i kilka
fotek uczyniwszy, przekroczyliśmy jedną ze zbiegających się tu rzeczek,
wchodząc na teren urokliwego parku leśnego z pasącymi się końmi i
wszelkiej
roślinności obfitością. Tam też w końcu zdrożeni usiedliśmy na trawie,
by oddać
się kontemplowaniu uroków okolicy. Nie trwało to jednak
długo, bo już ok. 15.10
Rimma zaczęła przebąkiwać o konieczności powrotu i wreszcie, kiedy jej
siła
perswazji przeważyła nad moją, ok. 15.30 zebraliśmy się przez bezdroża
parku
tegoż ku szosie.
Znalazłszy w
końcu mostek,
uderzyliśmy przez dzikie pole namiotowe i boisko szkolne z wejściem
wyposażonym
w rasowy, stadionowy krzyżak, wprost na szosę główną
Terskoła. Stamtąd
niedaleko już było do „Wolframu”, gdzie w sklepie z
pamiątkami zakupiłem malutki
kalendarzyk z widokiem Elbrusu i – zaznaczywszy pieczołowicie
wczorajszą datę
(poznania) – wypisałem na nim króciutką dedykację
po niemiecku. Potem jeszcze
tylko wymiana adresów @ i rozeszliśmy się każde w swoją
stronę...
No
a wieczorkiem wszyscy razem (czyli wraz z Karolingami) poszliśmy
znów do knajpy
jak dnia wczorajszego mimo, że nas tam wczoraj oszwabili (czy raczej
obałkarzyli). Najpierw jednak nasza pani gospodyni powiedziała nam, że
wcale
nie musimy jechać nazajutrz do Nalczika marszrutką (jej sąsiad
gotów jest nas
zawieźć za 2000 rubli za grupę), tylko autobusem o 8.30 za 60 rubli od
osoby.
W
knajpie zabawa była mniej intensywna od poprzednio-wieczornej, za to
przyplątał
się Szkot-komunista i nawijał dość długo i nudno... Posiedzieliśmy
trochę i poszliśmy,
ale za to nad rzeczkę (oprócz Mikiego). Udało się rozpalić
ognisko (na
popiołach jakiegoś wcześniejszego), Karolingowie i Żaba szybko się
zmyli, a my
z Adasiem dopiekliśmy znalezione w popiele nieco nadgryzione kukurydze
i
ziemniaki i takeśmy się tym nasycili...