Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!


7.08 – CZWARTEK – DZIEŃ ZDOBYCIA ELBRUSU
 

Dongozorun o świcie
Nie spałem już gdzieś od północy. W ciemnościach nasłuchiwałem i próbowałem zgadnąć, jaka jest pogoda. Z początku było bezwietrznie, potem zaczęło dąć coraz bardziej. O 1.00 rozdzwoniły się nasze budziki. Kazałem chłopakom jeszcze pospać (jestem kiero, to mogę kazać, nie? Wszyscy go za to "kazanie" jeszcze bardziej kochali - pomyślcie tylko kwadrans snu więcej! - Miki), a sam zszedłem na dół i wyjrzałem na zewnątrz. Rzeczywiście, wiać – wiało, ale jednocześnie niebo było całkowicie bezchmurne! Decyzja mogła być tylko jedna – ataken!
W pośpiechu zjedliśmy po kilka łyżek kaszki i wypiliśmy trochę herbaty i kakao. O 2.00 zjawili się Toruniacy i hardkorowcy. Podzieliliśmy między nich pożyczone termosy, bo ani jedni, ani drudzy takowych jadąc na Elbrus nie zabrali! Hardkorowców to rozumiem, ale Toruniacy? Jeszcze trochę szarpaniny przy zakładaniu raków i o 2.40 wyszliśmy. Razem z nami, przed i po nas, wyszło zdobywać szczyt chyba pół schroniska. Gdy wspinaliśmy się ponad Prijut, przed i za nami rozciągał się w ciemności gdzieniegdzie tylko poprzerywany wąż światełek. Zwłaszcza powyżej wyglądało to całkiem efektownie, bo najwyższe światełka sąsiadowały z najniższymi gwiazdami. Tymczasem wiatr prawie ustał i szłoby się dobrze, gdyby nie dość ciężki plecak. Zabraliśmy ich na pięciu trzy. Najwięcej ważyło 5 termosów i 6 półtoralitrowych butelek z różnymi isostarami i redkicksami (objawy choroby wysokościowej są najbardziej odczuwalne przy niewielkim nawet odwodnieniu). Do Skał Pastuchowa dotarliśmy po dwóch godzinach. Po drodze minął nas ratrak z „prawdziwymi” turystami. Powyżej Skał zaczęło się przejaśniać. Początkowo szliśmy w dwóch grupach – przodem poleciał Mały z Sokołem, bardziej z tyłu szedł Adaś (któremu bardzo dokuczał pęcherz na pięcie), na końcu szedłem ja z plecakiem i Mikim. Do wysokości 5000 szło mi się całkiem dobrze, choć – głównie ze względu na plecak – dość powoli. Stopniowo jednak oddychało się coraz ciężej i coraz częściej musiałem się zatrzymywać. Reszta chłopaków powoli zaczęła mi znikać z przodu. Prawdopodobnie procentowała im teraz klima złapana podczas pierwszego ataku szczytowego przed trzema dniami, kiedy to dotarli na 5360. Ja natomiast, idąc swoim, dość wolnym, tempem, wyprzedziłem ładnych kilka grupek. Może to byli „chłopcy-ratrakowcy” i dziewcząt parę... Po wschodzie słońca stopniowo odsłoniły się niezwykłe widoki. Idąc aż do przełęczy cały czas w cieniu potężnego wschodniego wierzchołka, mogliśmy obserwować grę światła na głównym grzbiecie Kaukazu kilkanaście kilometrów na południe, powoli oświetlanym przez wschodzące słońce. Nie omieszkałem zrobić kilku fotek. 

Wiedząc, że najbardziej uciążliwym odcinkiem podejścia jest (paradoksalnie!) stosunkowo łagodny trawers na 5100-5300, który wydaje się ciągnąć bez końca, byłem mile zaskoczony, kiedy przed ósmą ukazała się zalana słońcem przełęcz. Chłopaki już tam na mnie czekali. Posiedzieliśmy do 8.30 pijąc herbatę i trochę jedząc, po czym zaczęliśmy ostatni i najbardziej stromy etap wspinaczki śnieżnym trawersem po zboczu zachodniego wierzchołka pod kątem chwilami dochodzącym do 45 stopni. W pewnym momencie nagle się nieomal wypłaszczyło i ujrzałem śnieżny kopiec na środku tego wypłaszczenia. Pomyślałem, że to już to! Ale otyczkowana droga omijała ten kopczyk w odległości kilkudziesięciu metrów i falując podążała dalej. Spojrzałem w tamtym kierunku i wreszcie zobaczyłem NAJWYŻSZY PUNKT w odległości ok. 200 metrów. Odcinek ten zabrał mi dobre 10 minut – co kilka kroków postój, ale po pierwsze, przyspieszyć się nie dało, a po wtóre wiedziałem, że już mi Elbrus nie umknie, więc nie musiałem się spieszyć.

Tuż pod właściwym szczytem (o wysokości względnej ok. 10 metrów) spostrzegłem siedzącą i czekającą na mnie od ok. 20 minut resztą ekipy. Razem wdrapaliśmy się na 5642 m n.p.m. (według GPS-u Małego 5650 m). Była godzina 10.02 (8.02 czasu polskiego). Radości nie było końca – zdobyliśmy NAJWYŻSZĄ GÓRĘ EUROPY!!!

Posiedzieliśmy tuż pod szczytem godzinkę robiąc zdjęcia. Wokół widoki godne Dachu Europy. Słoneczko pięknie przypiekało, nawet wiatr – pod osłoną ścisłego wierzchołka – zbytnio nie wiał. Na szczycie i wokół, na równi podszczytowej, dużo ludzi. Zebrałem kamyczki na pamiątkę, zjedliśmy czekoladę, popiliśmy (herbaty i kawy!) i zaczęliśmy schodzić. Tuż nad przełęczą minęliśmy się z Toruniakami i jednym z rowerzystów ze Słupska (z rowerem). Poniżej przełęczy ostro sieknęło mnie po głowie. Dodatkowo zaczęły się pode mną uginać nogi, miałem wrażenie, że każda w inną, dowolną stronę. Ponadto zejście utrudniały zaczepiające się ciągle o siebie nawzajem raki i kopny śnieg nawiany na ścieżkę. Doszło do tego, że Miki szedł równolegle do mnie poniżej, żeby chronić mnie przez ewentualnymi skutkami mojej nierównowagi. Powoli jednak, wraz z obniżaniem się (i działaniem Panadolu Extra) czułem się coraz lepiej. W końcu zdjąłem raki, ale właśnie wówczas zrobiło się bardziej stromo, a śnieg ubity! Schodząc znaleźliśmy też jedną, maleńką, ale za to głęboką szczelinę lodowcową na środku ścieżki. Gdy rano wchodziliśmy chyba jej jeszcze nie było...
Podczas ataku szczytowego zastał na świt...
Widok na pasmo graniczne spod Wschodniego Wierzchołka
A jednak Elbrus JEST wulkanem! ;)
"Kolejka na szczyt"
Przełęcz między wierzchołkami Elbrusu
Elbrus po raz trzeci...
... zdobyty!
Sjesta tuż pod wierzchołkiem



Akcja ratownicza - rowerzysta w potrzebie!Nad Skałami Pastuchowa dostrzegliśmy jakieś zamieszanie na szlaku. Gdy podeszliśmy bliżej, okazało się, że to drugi z rowerzystów ze Słupska. Siedzi na śniegu, bo zrobił sobie zjazd, ale na tyłku i w rakach i efektem jest noga podwinięta najpierw pod tułów, potem pod rower i wreszcie uszkodzona w kolanie. Wyjęliśmy repik z plecaka i zaczęła się akcja ratunkowa. Miki skonstruował z repiku uprząż Thomasa i już mieliśmy Krzyśka zwozić głową w dół (żeby nie uszkodzić wyprostowanej i usztywnionej między kijami trekkingowymi nogi), kiedy przez przypadek pojawili się spasatieli – rosyjscy GOPR-owcy, więc Miki szybko oddalił się z rowerem (lepiej nie ryzykować, że nie wypłacą Krzyśkowi odszkodowania za nogę, bo uprawiał „sport ekstremalny”). Po dłuższych debatach delikwent został w końcu obrócony głową w dół i zaczęło się opuszczanie. Ratownicy próbowali przez telefon wezwać ratrak, ale ratraki służą tu tylko „prawdziwym turystom” za prawdziwe pieniądze. Ciągnięcie w dół było na tej wysokości nieźle męczące. W końcu, tuż koło Prijuta, zjawili się na pomoc inni ratownicy z toboganem i z nimi już szybko dotarliśmy doAkcja ratownicza - rowerzysta w potrzebie! schroniska. 

Tam reszta ekipy już pozostała, a ja, jako „znający język”, musiałem dalej służyć jako opiekun kaleki. Za 100 rubli zjechaliśmy ratrakiem do Beczek. Tam czekali już na nas kolejni ratownicy – z Terskoła. Kazali nam zjeżdżać z nimi tamże, bo musieli coś tam spisać. Cóż było robić? Najpierw krzesełkami do Mira, potem dwoma wagonikami (z przesiadką) do Azau. Na szczęście wszystko za darmo. W Azau czekała już na nas karetka MCzS-u, którą po półgodzinie byliśmy w Terskole. W ciągu pięciu godzin różnica wysokości 3500 metrów...

Połamaniec był biedny podwójnie, bo nie znał rosyjskiego, a w pewnym momencie stwierdził, że nie chce do ruskiego szpitala, bo nie ma pieniędzy. Zamieszania zrobił sporo, ale jakoś mu wytłumaczyłem, że skoro ratownicy chcę go zawieźć na rentgen do Tyrnyauz, a potem przywieźć z powrotem, to może jednak warto. Na wszelki wypadek podałem mu adres naszej kwatery w Terskole i zostawiłem w głębokiej rozterce. Musiałem tak zrobić, bo miałem już bardzo niewiele czasu do ostatniego wagonika na górę, a nie uśmiechało mi się wchodzić Widok ze szczytupo zdobyciu Elbrusu tego samego dnia jeszcze 1800 metrów do Prijuta.

Do Azau jechał ładą ratownik, więc mnie gratis podrzucił. Tam kupiłem sobie colę, bo bardzo mi się już pić chciało (1 litr – 23 ruble). Do kolejki wlazłem bez biletu – wytłumaczyłem panu, że ratowałem druga i teraz wracam do domu (czyli Prijuta). Chwilę później dosiadł się ratownik, który wiózł mnie ładą – okazało się, że dziś jeszcze musi być w Beczkach, więc droga do góry nie była nudna, bośmy sobie trochę pogawarili. Jechało z nami również dwóch turystów z Ukrainy z trzema plecakami. Na Mirze okazało się, że krzesełka na Beczki już nie jeżdżą, a do Prijuta wciąż 600 metrów podejścia. Mimo „lekkiego” zmęczenia postanowiłem pomóc Ukraińcom w dźwiganiu trzeciego plecaka. Okazali się bardzo mili – młodszy był ze Lwowa, starszy bodajże z Równego.Elbrus po raz czwarty - pożegnanie Gdybym był z Równego, to też bym po Nierównym chodził, a że jestem z Łodzi, to mi nie szkodzi. Byli dziennikarzami i dobrze rozmawiali po polsku, więc w ramach uprzejmości ja mówiłem po rosyjsku, a oni odpowiadali po polsku. Droga nam szybko upływała. Poczęstowali mnie ajranem – miejscowym kefirem, a ja ich colą z Azau. Okazało się, że na Elbrusie jeszcze nie byli, za to dużo łazili po trzy- i czterotysięcznikach w pobliżu. Ostatecznie do Prijuta dotarliśmy przed 20, Ukraińcy poszli się rozbić, a ja do schroniska. Na szczęście chłopakom udało się załatwić jeszcze jeden nocleg pod dachem. Wszedłem do naszego pokoju, zdałem reszcie ekipy (i koledze kaleki, Tomkowi), którzy się już nieźle o mnie martwili, czy dam radę wrócić na noc (a komórki przy sobie nie miałem) relację z akcji ratowniczej, zjadłem jeszcze jakąś kanapkę i padłem...


Elbrus 2003: Poprzednia
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 Następna