Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!

5.08 – WTOREK

O 1.40 obudziło mnie straszliwe szarpanie namiotem i wycie wichru. Dodatkową atrakcją były błyski i huki, gdyż była to po prostu burza śnieżna. Momentami były same błyski i jednocześnie suche trzaski, takie jakby z bicza, a czasem waliło ciut dalej – mijała sekunda-dwie między błyskiem a hukiem. I tak to trwało przynajmniej z godzinę. Potem mi się znudziło obserwowanie tych zjawisk, zwłaszcza, że zrobiło się naprawdę zimno, więc pożyczyłem od Piotrka trzeci polar (warto wziąć naprawdę dobry śpiwór – Miki ma puchowy Małachowskiego, zaskakująco lekki zresztą – 600 gram, i mówił, że w jednym polarze było mu akurat) i poszedłem spać.

"Obóz trzeci" po odśnieżeniu (i Miki w mackach sponsora ;)Rano nieco przestało wiać. Pierwszy wstał Miki, który zabrał się do odkopywania namiotów. Kiedy już odkopał wyjście z naszego, ruszyłem mu z odsieczą. Namioty, mimo murków ochronnych (które prawdopodobnie uratowały nas od zdmuchnięcia), były zasypane przeciętnie na pół metra od poziomu gruntu. Miejscami prawie na metr, więc na wysokość murków sprzed podwyższenia. Najgorzej mieli w nocy Żaba z Mikim, bo im prawie namiot złożyło z dwóch stron i trochę poddusiło, i jedno musiało spać na drugim tylko nie wiem, które na którym.

Powoli odszuflowaliśmy z Mikim trzy namioty, reszta się zwlekła i zaczynamy się pakować. Zwijamy nasz obóz III na 4378 i schodzimy do Prijuta, żeby trochę się wysuszyć i mieć wrzątek na miejscu. Toruniacy, którzy mieli się po mnie zjawić o 3.00, żeby iść na Elbrus, nie przyszli oczywiście, może nie trafili? Tak to jest, jak się człowiek umawia na atak szczytowy w śnieżycę...
Mieżdunarodnyj Bałwan pod Prijutem

Zeszliśmy do Prijuta/hiżyny, a tam tłok. W końcu mieszkamy w szóstkę w Prijucie za 200 rubli od osoby w pięcioosobowym pokoju. Nim przenieśliśmy się tam, spotkaliśmy Toruniaków, z którymi umówiliśmy się nazajutrz na atak szczytowy (znowu!). Opodal miejsca, gdzie oni są rozbici, zbudowano międzynarodowego bałwana z plecakiem i wszystkim, co niezbędne do przetrwania w górach (m.in. komórką). Kilka pamiątkowych fotek z Rosjanami i Ukraińcami i poszliśmy się zagospodarować w Prijucie. Po śniadaniu Miki z Sokołem poszli do Beczek naładować komórki (to najwyżej położone miejsce na trasie, gdzie bywa prąd). Tam spotkali część grupy Zbyszka A., ale jeszcze bez niego samego. Zaś ja, Mały i Agnieszka postanowiliśmy znów pójść do góry, głównie po to, aby zaaklimatyzować Żabę powyżej 4500.

Szliśmy rządkiem w mieszanej ukraińsko-niemieckiej (a może austriackiej) grupie. Gdy dotarliśmy do naszego, opuszczonego rano obozu III, zaczęli go tamci podziwiać, więc przyznaliśmy się, że to w dużej mierze nasze dzieło. Powyżej z każdą chwilą zaczął wzmagać się wiatr i śnieżyca. Tamci stopniowo rezygnowali i zawracali, tylko myśmy twardo wdrapali się jeszcze na górny skraj Skał Pastuchowa (ok. 4680 – Małemu chwilowo wysiadły baterie w GPS-ie). Tam Żaba, która przez cały czas czuła się wyśmienicie (co było aż podejrzane) nagle spróbowała nam zemdleć, więc w związku z tym i pogodą, zawróciliśmy. Całą z droga z Prijuta (4080) na 4680 i z powrotem zabrała nam 2 godziny i 40 minut, a więc szliśmy całkiem szybko. Po przyjściu do Prijuta ja i Miki poszliśmy spać ze względu na planowany jutrzejszy atak szczytowy, a reszta siedziała na dole w „sali socjalnej”. Potem jeszcze było pakowanie plecaka na atak, trochę żartów po ciemku (w Prijucie nie ma, jak wspomniałem, prądu) i poszliśmy wszyscy spać.


6.8      – ŚRODA

Zgodnie z planem wstaliśmy z Mikim o 1.00, ale wnet stwierdziliśmy, że pośpimy jeszcze do 1.50. O 2.00 mieli być gotowi Toruniacy i przyjść po nas ze swojego namiotu. O 1.50 wyjrzeliśmy na dwór. Okazało się, że jest śnieżyca i wichura i że nie mam mowy o ataku. Toruniacy pewnie stwierdzili to samo, bo nawet nie przyszli. Poczekaliśmy z Mikim 15 minut w jadalni, po chamsku podjadając ze stołów przygotowanych dla innych grup na rano to to, to owo, ale nie doczekawszy się Toruniaków, znów poszliśmy spać.
W Prijucie - od lewej: Suchy, Sokół i KieroRano, czyli ok. dziewiątej, pogoda wydaje się być pokrewną do tej w nocy. Zapomniałem dopisać, że wczoraj do Prijuta przyszli w trójkę Polacy. Bez żadnego doświadczenia (tylko jeden z nich wcześniej miał do czynienia z linami) najpierw wspinali się po drogach w skale i mikstowych, a dziś mieli zaatakować Elbrus. Mamy nadzieję, że dali se na luz, hardkorowcy jedni...

Uzupełnienie: wczoraj zaginęło na Elbrusie ośmiu Polaków. W Beczkach budynek administracji to „Green wagończyk”, a napięcie prądu wynosi tam ok. 280 V (!), Miki wpadł stopą w szczelinę... między jednym kawałkiem złomu a innym (na stokach Elbrusu pełno tego leży), zaś w termosie mamy (według Żaby) „płyny nieznanego... żołnierza”.

Hardkorowcy zostali w nocy na szczęście w namiotach i w 2/3 przyszli do nas wraz z Toruniakami, którzy nawetZdjęcie Przyjaźni pod Prijutem próbowali się do nas o 2.00 z namiotów przedostać, ale zrezygnowali. Usiedliśmy w 10 osób w naszej komnacie i zaczęliśmy grać dwiema kośćmi w „Oszusta” wg pomysłu sprzedanego przez Mikiego. Do Adasia przyszły SMS-y od siostry w sprawie pogody – jeden mówi o ładnej pogodzie jutro, drugi – pojutrze. Jeszcze jedna, miejscowa, prognoza mówi o czterech dniach bez ładnej pogody.

Zjawiła się w Prijucie grupa Zbycha – 22 osoby. Przywitaliśmy się serdecznie – mieszkają w hiżynie. Zjawiło się też dwóch chłopaków ze Słupska – na rowerach! Też chcą zdobyć Elbrus – podziwiam. Zjedliśmy we trzech z Adasiem i Mikim 5 pasztetów i 2 mielonki. Siedzimy i gadamy w różnym składzie, zmiennym w różnych momentach.

Tłoczenie się w PrijucieCałą reszta dnia dzisiejszego polegała na tłoczeniu się, bowiem przyszli do nas goście: dwójka toruńska, trójka z grupy Zbyszka (ale bez niego), dwójka z trójki hardkorowców. Graliśmy w mafię, żarliśmy na potęgę (posępnego czerepu), gadaliśmy to o wszystkim, to o niczym, a szczególnie o zaginionych Polakach, w których sprawie wciąż byliśmy zasypywani SMS-ami z kraju „czy to aby nie my”, a Miki dostał nawet SMSa z TVN (cytuję: „SMS od numeru 502 555 350: PANIE MIKOLAJU. CZY WIECIE COS O ZAGINIONEJ GRUPIE 8 POLAKOW Z GDANSKA I WARSZAWY. CZY SA Z WAMI W SCHRONISKU. PAWEL GADOMSKI. FAKTY TVN.”, co go tak zdenerwowało (skąd mieli jego numer, a przede wszystkim wiedzieli, że tu jest??!!), że nie wyszedł oglądać zachodu słońca, który był jednym z tych niezapomnianych, gdyż wreszcie przestało padać i wiać, mgły się unosiły na wysokości 3000-4000 metrów, a Elbrus po raz pierwszy od dwóch dni znów był jak na dłoni.

Poszliśmy z Piotrkiem i Andrzejem z Torunia pożyczyć od Zbycha 4 termosy, ponieważ oprócz naszej piątki (Żaba zdecydowała, że nie idzie) jutro szczyt zaatakuje dwójka Toruniaków (mamy od nich kawę), trójka hardkorowców i dwóch superhardkorowców z rowerami, którzy najpierw je na górę wciągną, a potem na nich zjadą. Krejzi...

My mamy za to potencjalny kłopot z następnym noclegiem pod dachem Prijuta, bo Sasza - kierownik się krzywi, że przyjdzie duża grupa jutro. Na szczęście pozwoli nam tu być (czyli de facto Żabie z rzeczami) do powrotu ze szczytu, a potem „się zobaczy”. Zrobiliśmy picie na atak szczytowy, trochę znów śnieg pada, ale nie wieje. Jutro wstajemy o 1.00 i o drugiej ruszamy na szczyt.


Elbrus 2003: Poprzednia
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 Następna