Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!


4.08     
– PONIEDZIAŁEK

Od 1.00 do 2.30 trwało chłopaków pakowanie na wyjście. Ja wymarzłem pod swoim śpiworkiem, ale ponieważ Mały użyczył mi dziś gościny w swoim namiocie mogłem skorzystać z okazji i z jego grubego śpiwora, gdy poszli i wreszcie się porządnie wyspać. Rankiem niestety, znacznie wzmógł się wiatr. Szarpie wściekle namiotami, wyrywając niekiedy szpilki i śledzie, mimo, że te są wmarznięte w śnieg i przywalone kamieniami. Nasi sąsiedzi rozbici dotąd po stronie zachodniej właśnie się zwinęli z namiotem, który stanowił dla naszego jedyną osłonę przed (zachodnim właśnie) wiatrem. Słońce wprawdzie świeci ładnie póki co, ale nad samym Elbrusem zaczepiła się chmura całkiem niesympatyczna, zwłaszcza o tej porze dnia, bo jest dopiero po ósmej. Z chłopakami mamy być na nasłuchu co godzinę przez komórkę Żaby, ale okazało się, że ma bardzo słabe baterie. Dodatkowo zapomnieli oni zabrać repik i nie mają się czym powiązać, co przy takiej chmurze i wichurze może być groźne. Na dziś więc raczej cienko to widzę... Ja z Żabą wychodzimy później łapać klimę przynajmniej na 4800-5000, bo jeśli Żaba ma iść jutro na szczyt, to jest to konieczne mimo pogody takiej, jaka jest.

"Obóz trzeci" - rozbudowa murków śnieżnychZjedliśmy z Żabą w namiocie śniadanie, wysłaliśmy SMS-a do chłopaków, żeby jednak wracali. Z drugiej strony wiatr jakby ciut odpuszczał, a oprócz białej czapy nad Elbrusem wszędzie bezchmurnie. Droga na szczyt dosyć zatłoczona (naliczyłem ok. 20 osób), co w razie, gdyby coś się działo jest bardzo korzystne. Zostawiliśmy resztkę herbaty chłopakom jak wrócą, a do pustego, ciepłego po herbacie, drugiego termosu zgodnie z pomysłem Żaby naładowałem śniegu, żeby się stopił to będzie woda do picia.

Śnieg się oczywiście nie stopił i nie było nic do picia, za to przyszedł SMS od chłopaków, że odpuścili i wracają. Co za ulga... Wrócili o 10.30. Byli na przełęczy na 5360, ale powyżej była taka mgła i wichura, że musieli zawrócić. Poza tym mieli silne objawy choroby wysokościowej w postaci bólu głowy (Mały) i ogólnego przysypiania w każdej pozycji w tym na stojąco (wszyscy, a najbardziej Mały i Sokół). Zaraz jak przyszli, poszli spać, tylko Sokół dzielnie próbował budować i podwyższać mury ze śniegu chroniące nasze namioty przed wichurą, ale też prędko go zmogło. Przeto Żaba wzięła czekan, ja łopatkę śniegową Małego (koniecznie zabierzcie ze sobą – oddaje nieocenione usługi!) i 1,5 godziny budowaliśmy ściany. Na tej wysokości (mało tlenu) to ciężka robota, choć poza tym niezła zabawa – coś jak budowanie igloo albo zamków na plaży. Szybko jednak człowiek ma dość. No, ale trzeba było dobudować boki. A oto plan obozu III:
   
 Plan "obozu trzeciego"5
No i wreszcie (po dwóch dniach) przyszedł SMS od Oli! Tymczasem pogoda się wyraźnie psuje...


Mikiego z pierwszego ataku szczytowego relacja:

Wstaliśmy o 1.20 4 sierpnia, teoretycznie przygotowawszy wszystko do wyjścia poprzedniego wieczora. Przygotowania te to zresztą osobna historia, bo jako że padły nam od brudnego paliwa oba palniki, to musieliśmy się ratować pożyczeniem maszynki gazowej od Polaków, którzy „wpadli zdobyć Elbrus” (po drodze z Ałtaju im było). Zużyliśmy cały ich gaz, ale dzięki temu mieliśmy wszystkie (hehe) termosy napełnione wrzątkiem bądź herbatą i nie trzeba było tracić czasu. Po burzliwej naradzie w godzinach 21-22 ustaliliśmy, że idziemy we czterech (Mały, Sokół, Adaś i Miki) i wstawszy o wspomnianej godzinie, spakowaliśmy się i o 2.40 ruszyliśmy w górę.

Byliśmy pierwsi na szlaku (większość osób szła z Prijuta i miała o 300 metrów więcej przewyższenia do pokonania), ale wśród gwiaździstej nocy dało się widzieć poniżej światełka ludzi, którzy wyruszyli ze schroniska. Było ich osiem – tych światełek. Szło się nam nieźle, zimno nie dokuczało, tylko na początku było mi lekko niedobrze – sądziłem, że to po „śniadaniu” (chrupkie pieczywo, pasztet, kiełbasa, kaszka mleczno-ryżowa!), ale okazało się, że ma to miejsce, kiedy tracę oddech. Wystarczyło wtedy zatrzymać się, wziąć kilka supergłębokich wdechów (polecam jako ogólne antidotum na minizaczątki choroby wysokościowej!) i już było OK.

Na Skałach Pastuchowa zobaczyliśmy rozbity namiot złotozębego kolesia, którego wczoraj mijaliśmy wracając z klimy. Twardy gość. Skały minęliśmy ok. 4 rano, niebo na wschodzie lekko się rozjaśniało.

Za skałami jest 300-400 metrów (przewyższenia) straszliwej wyrypy w „pionie” (35-40 stopni), musieliśmy więc przystawać co kilka metrów dla złapania oddechu. Dodatkowo opóźniło nas to, że ja musiałem przewiązać but, który mnie mocno uwierał (przewiązanie oczywiście nic nie dało i dalej szedłem wyłącznie na zębach atakujących raków, żeby to jakoś wytrzymać), Adaś musiał się odlać (co nie jest łatwe na tym mrozie i wietrze, kiedy się ma na sobie dwie pary spodni, na szczęście bez uprzęży), a poza tym wciąż wymienialiśmy się plecakami (mieliśmy dwa na cztery osoby). Wskutek opóźnienia światełka z dołu powoli nas doganiały. Około piątej było już na tyle widno, że powyłączaliśmy czołówki. Zrobiłem też kilka zdjęć (Zorką pięć, oczywiście ;-) Kaukazowi o wschodzie słońca. Jako że zadyszka spowodowana wspomnianą wyrypą nas nie opuszczała, jak mantrę powtarzałem w myślach „byle do trawersu, byle do trawersu”. Wydawało się, że trawers po stokach wschodniego wierzchołka będzie łatwiejszy... Płonne nadzieje! Nadal było ostro pod górę, tyle że prawa noga stawała trochę wyżej niż lewa :p Łagodniej zrobiło się dopiero gdzieś na 5150 m n.p.m., kiedy to już wyraźnie obchodziliśmy wschodni wierzchołek od południa. Zapomniałem dodać, że mniej więcej od Pastuchowa towarzyszył nam narastający zachodni wiatr, był on tak zimny, że założywszy na siebie wszystko (polar, windstopper i gore-tex – wcześniej szedłem w samym windstopperze) i tak z chęcią niosłem plecak, żeby go – podczas nadal częstych postojów – wystawiać do wiatru i trochę redukować w ten sposób utratę energii.

Byliśmy wszyscy już strasznie zmęczeni – Mały zasypiał na stojąco, oparty o kije – kiedy ten cholerny wiatr wreszcie, zgodnie z oczekiwaniami, ucichł. Do przełęczy było już blisko, a zachodni wierzchołek – nasz cel –  pięknie lśnił w promieniach wschodzącego słońca. Było ok. siódmej, a my mieliśmy w nogach 4,5 godziny marszu bez odpoczynku dłuższego niż kilka minut (dotychczas wiatr skutecznie zniechęcał do dłuższych postojów). Dlatego też bardzo liczyliśmy na brak wiatru i słońce na przełęczy, co pozwoliłoby nam na ok. półgodzinny popas we względnym cieple (gdy wychodziliśmy z obozu było –2 stopnie, na górze pewnie z –10 stopni), napicie się gorącej herbaty, zjedzenie czekolady i nabranie sił na dalszy marsz. A tych zaczynało nam naprawdę brakować.

Na przełęczy byliśmy tuż przed ósmą, ale jak na złość tuż przedtem weszła tam chmura i o słonecznym ciepełku można było zapomnieć. Chłopaki rzucili plecaki, jak stali i sami się na tych plecakach rozsiedli, po czym natychmiast zapadli w półsen. Nalewałem im po kolei herbatę i krzycząc kazałem im ją pić zagryzając czekoladą. Zupełnie nie mieli na to ochoty. Jakoś im jednak wmusiłem po kawałku gorzkiej oraz po dwie aspiryny i wtedy właśnie padła propozycja, żeby owinąć się grupowo enercetą i przeczekać niepogodę. Mnie również oczy same się zamykały, ale wiedziałem, ze nie wolno nam zasnąć, bo zamarzniemy – tym bardziej, że znowu zaczęło wiać. Dlatego zdecydowanie poparłem Małego, który rzucił hasło do odwrotu. Zagoniłem chłopaków w rząd i przy widoczności ok. 20 metrów (tyczki wyznaczające szlak są rozmieszczone co ok. 50 metrów) poprowadziłem z powrotem, nakazawszy Adasiowi, który w międzyczasie skręcił rozpadającego się raka, aby szedł ostatni i nie pozwolił nikomu zostać w tyle.

Podobnie jak my postąpiła większość osób, które dotarły na przełęcz, choć kilka postanowiło zostać i przeczekać tę pogodę. Kilka godzin później z dołu wygląda, jakby musieli nadal czekać. Pewnie zeszli...

My tymczasem, czując się coraz lepiej, podążaliśmy w dół. Początkowo szło to jeszcze opornie, ale potem wyszliśmy z chmury i przy niezłej widoczności nabraliśmy otuchy, że wszystko będzie OK. Podczas jednej z przerw wysłałem SMS-a do Żaby, a potem już tylko mozolnie traciliśmy wysokość zazdroszcząc tym, którzy mając czekan, mogli go wykorzystać jako hamulec przy zjeżdżaniu na tyłku. W okolicy Skał Pastuchowa"Obóz trzeci" - Mały na pasku sponsora ;) stwierdziliśmy z Sokołem, że w sumie i bez czekana można spróbować i w związku z tym ostatnia część zejścia „upłynęła” nam o wiele szybciej. Wreszcie ok. 10.30 cali i zdrowi, choć potwornie zmęczeni, ale za to bogatsi w nową wiedzę o własnych organizmach i nowe doświadczenia, wylądowaliśmy w obozie. Uff...

Miki trochę odpoczął i zeszliśmy po wodę do Prijuta, a dokładniej do hiżyny. Po drodze zaszliśmy do dwóch chatek ratowników – obie otwarte i nikogo w środku. W hiżynie wytłumaczyliśmy miłej pani, jaki mamy problem z gotowaniem i za 50 rubli udało nam się zdobyć ponad 10 l wrzątku, który częściowo nalaliśmy do termosów, a częściowo do półtoralitrowych butelek. W hiżynie mieszka pies chow-chow o imieniu Masza bądź Macha i jagodowym języku. W międzyczasie Miki odwiedził naszą toruńsko-pabianicką parę rozbitą opodal i okazało się, że jutro atakują oni szczyt. Może się z nimi zabiorę, wstępnie umówiliśmy się na 3.00. Poszliśmy z powrotem (i z Mikim), a deszcz padający przy Prijucie zamienił się w śnieg. W ogóle próbowałem się dowiedzieć o pogodę na jutro i kilka następnych dni, ale nikt nic nie wie oprócz pana, który ma w zegarku barometr i powiedział, że „lekko spada, ale nic strasznego”. Po powrocie do "bazy" (obozu trzeciego) zaczęło nam wiać porządnie i nieść śniegiem. Zaczęliśmy we czwórkę (Mały, Miki, Sokół i ja) w Małego namiocie-świetlicy "Obóz trzeci" po nocnej burzy śnieżnejburzliwą dyskusję, co robimy w związku z brakiem wody w perspektywie dalszej i brakiem perspektywy pogodowej obecnie, a tu się rozpętała burza połączona ze śniegiem i wichurą grożącą porwaniem namiotów! Teraz trwa akcja ratunkowa w postaci podwyższania i wydłużania murków śniegowych, a że nie chcą, żebym kogoś zmienił, siedzę w namiocie i piszę te słowa.

Chwilę popisałem i też popędziłem na zewnątrz. W niezłym tempie rosły wokół mury. To, co zbudowaliśmy z Żabą, okazało się znacznie za małe. W zapadających ciemnościach robota posuwała się szybko. Mury zostały podwyższone przeciętnie o pół metra, miejscami o metr i przedłużone dodatkowo od zachodu i północnego zachodu o kilka metrów. Potem siedzieliśmy w piątkę (oprócz Żaby, która się obraziła nie wiadomo o co) w świetlicy jedząc, gadając i grając na organkach (które się zapchały, bo Sokół się uczył grać i je zaślinił, i grałem „Wlazł kotek”, żeby odetkać dźwięk „F” i dopiero po czwartym „Kotku” się odetkało) i jedząc puszki mięsno-pasztetowe z pieczywem chrupkim Wasa, a potem poszliśmy spać, a wichura szarpała namiotem.

 
Elbrus 2003: Poprzednia
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 Następna