![]() |
Od
1.00 do 2.30 trwało chłopaków pakowanie na wyjście. Ja wymarzłem pod swoim
śpiworkiem, ale ponieważ Mały użyczył mi dziś gościny w swoim namiocie mogłem
skorzystać z okazji i z jego grubego śpiwora, gdy poszli i wreszcie się
porządnie wyspać. Rankiem niestety, znacznie wzmógł się wiatr. Szarpie wściekle
namiotami, wyrywając niekiedy szpilki i śledzie, mimo, że te są wmarznięte w
śnieg i przywalone kamieniami. Nasi sąsiedzi rozbici dotąd po stronie
zachodniej właśnie się zwinęli z namiotem, który stanowił dla naszego jedyną
osłonę przed (zachodnim właśnie) wiatrem. Słońce wprawdzie świeci ładnie póki
co, ale nad samym Elbrusem zaczepiła się chmura całkiem niesympatyczna,
zwłaszcza o tej porze dnia, bo jest dopiero po ósmej. Z chłopakami mamy być na
nasłuchu co godzinę przez komórkę Żaby, ale okazało się, że ma bardzo słabe
baterie. Dodatkowo zapomnieli oni zabrać repik i nie mają się czym powiązać, co
przy takiej chmurze i wichurze może być groźne. Na dziś więc raczej cienko to
widzę... Ja z Żabą wychodzimy później łapać klimę przynajmniej na 4800-5000, bo
jeśli Żaba ma iść jutro na szczyt, to jest to konieczne mimo pogody takiej,
jaka jest.
Zjedliśmy
z Żabą w namiocie śniadanie, wysłaliśmy SMS-a do chłopaków, żeby jednak
wracali. Z drugiej strony wiatr jakby ciut odpuszczał, a oprócz białej czapy
nad Elbrusem wszędzie bezchmurnie. Droga na szczyt dosyć zatłoczona (naliczyłem
ok. 20 osób), co w razie, gdyby coś się działo jest bardzo korzystne.
Zostawiliśmy resztkę herbaty chłopakom jak wrócą, a do pustego, ciepłego po
herbacie, drugiego termosu zgodnie z pomysłem Żaby naładowałem śniegu, żeby się
stopił to będzie woda do picia.

Byliśmy pierwsi na szlaku (większość
osób szła z Prijuta i miała o 300 metrów więcej przewyższenia do pokonania),
ale wśród gwiaździstej nocy dało się widzieć poniżej światełka ludzi, którzy
wyruszyli ze schroniska. Było ich osiem – tych światełek. Szło się nam nieźle,
zimno nie dokuczało, tylko na początku było mi lekko niedobrze – sądziłem, że
to po „śniadaniu” (chrupkie pieczywo, pasztet, kiełbasa, kaszka
mleczno-ryżowa!), ale okazało się, że ma to miejsce, kiedy tracę oddech.
Wystarczyło wtedy zatrzymać się, wziąć kilka supergłębokich wdechów (polecam
jako ogólne antidotum na minizaczątki choroby wysokościowej!) i już było OK.
Na Skałach Pastuchowa zobaczyliśmy
rozbity namiot złotozębego kolesia, którego wczoraj mijaliśmy wracając z klimy.
Twardy gość. Skały minęliśmy ok. 4 rano, niebo na wschodzie lekko się
rozjaśniało.
Za skałami jest 300-400 metrów
(przewyższenia) straszliwej wyrypy w „pionie” (35-40 stopni), musieliśmy więc
przystawać co kilka metrów dla złapania oddechu. Dodatkowo opóźniło nas to, że
ja musiałem przewiązać but, który mnie mocno uwierał (przewiązanie oczywiście nic nie dało
i dalej szedłem wyłącznie na zębach atakujących raków, żeby to jakoś wytrzymać), Adaś musiał się odlać (co nie
jest łatwe na tym mrozie i wietrze, kiedy się ma na sobie dwie pary spodni, na
szczęście bez uprzęży), a poza tym wciąż wymienialiśmy się plecakami (mieliśmy
dwa na cztery osoby). Wskutek opóźnienia światełka z dołu powoli nas doganiały.
Około piątej było już na tyle widno, że powyłączaliśmy czołówki. Zrobiłem też
kilka zdjęć (Zorką pięć, oczywiście ;-) Kaukazowi o wschodzie słońca. Jako że
zadyszka spowodowana wspomnianą wyrypą nas nie opuszczała, jak mantrę
powtarzałem w myślach „byle do trawersu, byle do trawersu”. Wydawało się, że
trawers po stokach wschodniego wierzchołka będzie łatwiejszy... Płonne
nadzieje! Nadal było ostro pod górę, tyle że prawa noga stawała trochę wyżej niż lewa :p
Łagodniej zrobiło się dopiero gdzieś na 5150 m n.p.m., kiedy to już wyraźnie
obchodziliśmy wschodni wierzchołek od południa. Zapomniałem dodać, że mniej
więcej od Pastuchowa towarzyszył nam narastający zachodni wiatr, był on tak
zimny, że założywszy na siebie wszystko (polar, windstopper i gore-tex –
wcześniej szedłem w samym windstopperze) i tak z chęcią niosłem plecak, żeby go
– podczas nadal częstych postojów – wystawiać do wiatru i trochę redukować w
ten sposób utratę energii.
Byliśmy wszyscy już strasznie
zmęczeni – Mały zasypiał na stojąco, oparty o kije – kiedy ten cholerny wiatr
wreszcie, zgodnie z oczekiwaniami, ucichł. Do przełęczy było już blisko, a
zachodni wierzchołek – nasz cel –
pięknie lśnił w promieniach wschodzącego słońca. Było ok. siódmej, a my
mieliśmy w nogach 4,5 godziny marszu bez odpoczynku dłuższego niż kilka minut
(dotychczas wiatr skutecznie zniechęcał do dłuższych postojów). Dlatego też
bardzo liczyliśmy na brak wiatru i słońce na przełęczy, co pozwoliłoby nam na
ok. półgodzinny popas we względnym cieple (gdy wychodziliśmy z obozu było –2
stopnie, na górze pewnie z –10 stopni), napicie się gorącej herbaty, zjedzenie
czekolady i nabranie sił na dalszy marsz. A tych zaczynało nam naprawdę
brakować.
Na przełęczy byliśmy tuż przed ósmą,
ale jak na złość tuż przedtem weszła tam chmura i o słonecznym ciepełku można
było zapomnieć. Chłopaki rzucili plecaki, jak stali i sami się na tych
plecakach rozsiedli, po czym natychmiast zapadli w półsen. Nalewałem im po
kolei herbatę i krzycząc kazałem im ją pić zagryzając czekoladą. Zupełnie nie
mieli na to ochoty. Jakoś im jednak wmusiłem po kawałku gorzkiej oraz po dwie
aspiryny i wtedy właśnie padła propozycja, żeby owinąć się grupowo enercetą i
przeczekać niepogodę. Mnie również oczy same się zamykały, ale wiedziałem, ze
nie wolno nam zasnąć, bo zamarzniemy – tym bardziej, że znowu zaczęło wiać.
Dlatego zdecydowanie poparłem Małego, który rzucił hasło do odwrotu. Zagoniłem
chłopaków w rząd i przy widoczności ok. 20 metrów (tyczki wyznaczające szlak są
rozmieszczone co ok. 50 metrów) poprowadziłem z powrotem, nakazawszy Adasiowi,
który w międzyczasie skręcił rozpadającego się raka, aby szedł ostatni i nie
pozwolił nikomu zostać w tyle.
Podobnie jak my postąpiła większość
osób, które dotarły na przełęcz, choć kilka postanowiło zostać i przeczekać tę
pogodę. Kilka godzin później z dołu wygląda, jakby musieli nadal czekać. Pewnie
zeszli...
My tymczasem, czując się coraz
lepiej, podążaliśmy w dół. Początkowo szło to jeszcze opornie, ale potem
wyszliśmy z chmury i przy niezłej widoczności nabraliśmy otuchy, że wszystko
będzie OK. Podczas jednej z przerw wysłałem SMS-a do Żaby, a potem już tylko
mozolnie traciliśmy wysokość zazdroszcząc tym, którzy mając czekan, mogli go
wykorzystać jako hamulec przy zjeżdżaniu na tyłku. W okolicy Skał Pastuchowa
stwierdziliśmy z Sokołem, że w sumie i bez czekana można spróbować i w związku
z tym ostatnia część zejścia „upłynęła” nam o wiele szybciej. Wreszcie ok.
10.30 cali i zdrowi, choć potwornie zmęczeni, ale za to bogatsi w nową wiedzę o
własnych organizmach i nowe doświadczenia, wylądowaliśmy w obozie. Uff...
Miki
trochę odpoczął i zeszliśmy po wodę do Prijuta, a dokładniej do hiżyny. Po
drodze zaszliśmy do dwóch chatek ratowników – obie otwarte i nikogo w środku. W
hiżynie wytłumaczyliśmy miłej pani, jaki mamy problem z gotowaniem i za 50
rubli udało nam się zdobyć ponad 10 l wrzątku, który częściowo nalaliśmy do
termosów, a częściowo do półtoralitrowych butelek. W hiżynie mieszka pies
chow-chow o imieniu Masza bądź Macha i jagodowym języku. W międzyczasie Miki odwiedził naszą
toruńsko-pabianicką parę rozbitą opodal i okazało się, że jutro atakują oni
szczyt. Może się z nimi zabiorę, wstępnie umówiliśmy się na 3.00. Poszliśmy z
powrotem (i z Mikim), a deszcz padający przy Prijucie zamienił się w śnieg. W
ogóle próbowałem się dowiedzieć o pogodę na jutro i kilka następnych dni, ale
nikt nic nie wie oprócz pana, który ma w zegarku barometr i powiedział, że
„lekko spada, ale nic strasznego”. Po powrocie do "bazy" (obozu trzeciego) zaczęło nam wiać porządnie
i nieść śniegiem. Zaczęliśmy we czwórkę (Mały, Miki, Sokół i ja) w Małego
namiocie-świetlicy
burzliwą dyskusję, co robimy w związku z brakiem wody w
perspektywie dalszej i brakiem perspektywy pogodowej obecnie, a tu się
rozpętała burza połączona ze śniegiem i wichurą grożącą porwaniem namiotów!
Teraz trwa akcja ratunkowa w postaci podwyższania i wydłużania murków
śniegowych, a że nie chcą, żebym kogoś zmienił, siedzę w namiocie i piszę te
słowa.
Chwilę
popisałem i też popędziłem na zewnątrz. W niezłym tempie rosły wokół mury. To,
co zbudowaliśmy z Żabą, okazało się znacznie za małe. W zapadających
ciemnościach robota posuwała się szybko. Mury zostały podwyższone przeciętnie o
pół metra, miejscami o metr i przedłużone dodatkowo od zachodu i północnego zachodu
o kilka metrów. Potem siedzieliśmy w piątkę (oprócz Żaby, która się obraziła
nie wiadomo o co) w świetlicy jedząc, gadając i grając na organkach (które się
zapchały, bo Sokół się uczył grać i je zaślinił, i grałem „Wlazł kotek”, żeby
odetkać dźwięk „F” i dopiero po czwartym „Kotku” się odetkało) i jedząc puszki
mięsno-pasztetowe z pieczywem chrupkim Wasa, a potem poszliśmy spać, a wichura
szarpała namiotem.
| Elbrus 2003: | Poprzednia |
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | Następna |