3.08
– NIEDZIELA
Spałem dobrze, ale krótko, bo już od
3.00 nie spałem. Najważniejsze, że ani mnie łeb nie boli, ani nie mam zawrotów
głowy, ni innych symptomów złej aklimatyzacji (oby tak wszyscy!), no, ale nasza
wysokość (3830 m n.p.m.) też jeszcze do wybitnych nie należy. Namioty mamy
rozbite na ostatniej grzędzie skalnej przed Prijutem, z trzech stron w
odległości kilku-kilkudziesięciu metrów otaczają nas brzegi lodowca. Jest
pokryty świeżym śniegiem i wygląda po prostu jak świeży śnieg. Ktoś
zapobiegliwy zbudował na naszej grzędzie kamienne murki z luźno leżących
głazów, które częściowo chronią przed wiatrem.
Ranek wstał bezchmurny. Jacyś
kolesie jeździli o 6.00 zwykłymi motorami przez lodowiec po drodze zrobionej
przez ratraki (rat rak, czyli nowotwór u szczura), potem szło kilku do góry,
więc wyszedłem przed namiot. Roztoczył się przede mną imponujący widok
przynajmniej kilkadziesiąt kilometrów na wschód, południe i zachód – na główny
grzbiet Kaukazu. Tym razem ponadtrzytysięczników naliczyłem przy idealnej
pogodzie ponad 130! Dokończyłem pierwszą kliszę i napocząłem kolejną, robiąc
kilka zdjęć niezwykłym widokom. Sfotografowałem np. groźne szczeliny lodowca,
który sąsiaduje z naszym obozem od zachodu. Elbrus, rzecz jasna (bo ośnieżona)
jak na dłoni. Ponieważ jest już po siódmej, więc mimo zimna trzeba wstawać i
powoli pakować się w dalszą drogę.
Czy kuliście kiedyś wodę na herbatę?
Wziąłem od Małego czekan i zrobiłem dwie zgrabne kopalnie odkrywkowe wody w
formie zlodzonego śniegu. Urobek w formie stałej był ładowany do transporterów
– garnków, a następnie przetapiany na wodę. Po śniadaniu i ględzeniu
bóg-wie-o-czym wreszcie ruszyliśmy dalej. Najpierw ja z Żabą,
która uparła się,
że dziś niesie plecak co najmniej do Prijuta, a może i wyżej. W międzyczasie
wyprzedził nas Miki, jacyś Finowie i w ogóle tłum dziki. Miki pomógł Żabie na
ostatnich metrach przed Prijutem, a tam nasza para z Mira, czyli Pabianic/Łodzi/Torunia/geografii.
Dzisiaj idą na lekko do Skał Pastuchowa. My zdecydowaliśmy spać dziś w pobliżu
miejsca, gdzie wczoraj doszli na lekko wszyscy oprócz Żaby. Chłopaki poszli
szybciej, a ja, dziś średnio dysponowany (ale chyba bardziej z powodu ciężaru plecaka
niż wysokości) powlokłem się za nimi tak, żeby mieć zamykającą pochód Żabę
najdalej kilkadziesiąt metrów z tyłu.
Ponieważ szedłem wolno, chłopaki
zdążyli rozbić namioty, a ja popodnosić trochę plecak Żabie, co mnie setnie
umęczyło (takie kursowanie tam i z powrotem raz z tym raz z tamtym plecakiem).
Obóz trzeci położony jest całkowicie na śniegu (dwa poprzednie były na skałach)
na wysokości 4378 m n.p.m. Z jednej strony osłania go półtorametrowej wysokości
mur ze śniegu chroniący przed wiatrem, z drugiej sąsiadują z nim podnóża Skał
Pastuchowa.
Wszyscy chcą się aklimatyzować idąc
dalej na lekko, ale Piotrek jest wypompowany, Żabie drugi dzień z rzędu leci
krew z nosa i boli ją brzuch, ale generalnie najgorszy kryzys ma już chyba za
sobą. Ja, póki co, jestem lekko kołowaty (uczucie jak np. przy narastającej
gorączce), ale w sumie jest nieźle, nie licząc Sokoła, który sobie chyba porządnie
załatwił oczy (ma coś niehalo okulary) i siedzi
w ciemnym namiocie z koszulką
na głowie. W najlepszej formie są Miki i nieco przypieczony słońcem Adaś. Już
było ustalone, że ewentualny jutrzejszy pierwszy atak szczytowy poprowadzą
Miki, Adaś i Sokół, ale tego ostatniego ze względu na oczy raczej już na pewno
zastąpi Piotrek, który mimo słabości chce dziś jeszcze (jest 16.30) wejść na
5000 i zejść z powrotem. Trochę się moim zdaniem za bardzo uparli na atak
szczytowy już jutro, ale z drugiej strony póki jest pogoda, trzeba – jak mówi
Mały – ataken! Jeśli będą wieczorem w miarę żwawi – pójdą jutro, jeśli nie –
trzeba się będzie jeszcze poaklimatyzować. Ja też jeszcze dziś zamierzam się
trochę wdrapać, na 4500-4600, bo wyżej już nie zdążę. Noc więc może być ciężka,
bo ponoć jest reguła mówiąca, że trzeba w wysokich górach wejść danego dnia
przynajmniej 300 metrów wyżej niż się nocuje. Jutro znów tą samą drogą spróbuję
wejść na 5000, ale muszę z samego rana, żeby móc wypocząć przed ewentualnym
pojutrzejszym atakiem naszego drugiego zespołu, który będzie się składać z
Sokoła (jak sobie oczy podreperuje) i ze mnie (jak nie padnę). Metr od nas
rozbili się trzej goście, którzy wyszli na szczyt dziś o 8 rano, byli tam o 14,
a zeszli przed 16. Pozazdrościć klimy! No, ale chłopaki jadą do Polski z Ałtaju
i wstąpili na Elbrus, bo po drodze im było...
Ponieważ z trójki naszej, co została
w namiotach ja jestem stosunkowo najbardziej na chodzie, więc dostałem (jako
kiero!) odpowiedzialne zadanie zagotować tyle wody, ile się da i zrobić 4
termosy herbaty na dwóch maszynkach, póki tamci z aklimatyzacji na Skałach
Pastuchowa nie wrócą. Pogoda jest wysoce (4378)
oryginalna – naszła chmura,
zrobiło się jak w szklarni, ale jednocześnie bucha para z ust i przebija
wyjątkowo rozproszone promieniowanie słoneczne, które dosłownie piecze w skórę.
Może stąd częściowo kłopoty Sokoła z oczami. Jest przy tym wszystkim zazwyczaj
bezwietrznie (jak zawieje, to lodowato) i totalna mgła – prawie nic nie widać.
Twarz mnie piecze, a przy tym jest mi zimno, ot – uroki obozu III...
Żeby uciążliwości było jeszcze nie
dość, w moim plecaku wystąpił syndrom smalcowy, czyli wybabranie się żarcia z
puszki (nazwa od smalcu Adasia w Mirze). U mnie była to jedna jedyna zabrana
sałatka rybna Neptun, którą wziąłem dla urozmaicenia monotonii
pasztetowo-smalcowej. No i se urozmaiciłem...
Chłopaki (prócz Sokoła i Żaby)
poszli się aklimatyzować, a ja zostałem przy palnikach. Oczywiście zaraz
zaczęły się z nimi kłopoty. Palnik Mikiego zgasł, ale udało się go uruchomić
przy pomocy naszych namiotowych sąsiadów. Co z tego, skoro do powrotu chłopaków
(czyli przez ok. 3 godziny) nie udało się zagotować nawet jednego garnka wody!
Z palnikiem Piotrka było jeszcze gorzej – buchał wielkim płomieniem i czarnym
dymem przez sekund 5, po czym zgasł i wielokrotne próby uruchomienia go spełzły
ostatecznie na niczym, a ja tylko niepotrzebnie wymarzłem.
Chłopaki wrócili o 18.00. Ponieważ
światło było już stosunkowo słabe, Sokół także postanowił iść łapać klimę, za
to Żaba stwierdziła, że nie idzie. Poszliśmy więc we dwóch. Mimo wysokości i
mgły szło się bardzo dobrze, tyle że powoli. Minęliśmy skały Pastuchowa i na
4700 dostrzegliśmy rozbity niedaleko szlaku namiot. Okazało się, że był to
samotny Rosjanin ze złotymi zębami. Postanowiliśmy z Sokołem wejść ponad 4812 –
taką wysokość osiągnęli poprzednio chłopaki. Już od Skał mgła zaczęła się
przerzedzać, a na 4700 roztoczyły się niezwykłe widoki. Wszystko poniżej było w
rozświetlonych słońcem chmurach, a nad nami czyściutki Elbrus. Mimo że słońce
już zachodziło, pognaliśmy (w miarę możliwości) jeszcze do góry i ostatecznie
osiągnęliśmy 4819 m n.p.m. Potem biegiem w dół, by zdążyć przed nocą. Po drodze
znaleźliśmy jeszcze czyjeś wełniane rękawiczki i w niecałe dwie godziny byliśmy
z powrotem przy namiotach.
Nastąpiła teraz dyskusja na mrozie,
kto idzie jutro na górę. Ponieważ czułem się bardzo dobrze, po cichu
myślałem,
żeby pójść na pierwszy atak. Z Sokoła oczami jest kiepsko, Mały też nie w pełni
sił, ale się uparli iść, więc ostatecznie pierwszy zespół do ataku szczytowego
okazał się następujący:
1.
Miki
2.
Adaś
3.
Mały
4.
Sokół
Ponieważ miały iść po 3 osoby przez dwa dni, zgodnie z
sugestią Piotrka postanowiliśmy, że drugiego dnia pójdzie także czwórka w
składzie:
1.
Ja +
Mały
2.
Żaba +
Miki
Oczywiście, jeśli Mały i Miki będę mieli siły...
Ogromnym
problemem może okazać się sprawa palników. Kiepska, ruska benzyna je zatyka i
dlatego nie chcą grzać. Ponadto zostało jej nam już bardzo mało – maksymalnie
na dwa dni. Rozwiązaniem może okazać się Prijut, tylko że tam za gotowanie
trzeba płacić. Póki co jednak udało nam się wyżebrać od naszych sąsiadów
Polaków maszynkę gazową z pełnym cartridge’m (pozwolili nam wypalić cały!) i
dzięki temu chłopaki mają gorące napoje na jutrzejszy atak.