Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!


 1.08 – PIĄTEK

O 2.30 wrócili z „miasta” chłopaki. Przynieśli wiele cennych informacji, bo spotkali polskich GOPR-owców z Zawoi, którzy dziś zaczynają trasę w 25 osób. GOPR-owcy doradzili:
1.      Kupić repik, żeby się jednak jakoś powiązać w razie załamania pogody (dobra rada)
2.      Nie spać na Skałach Pastuchowa, bo są tam wyziewy gazów wulkanicznych i możemy się nie obudzić (dobra
      rada, ale do szczytu będziemy mieli 1500 metrów podejścia...)
Na kwaterze w Terskole3.      Wjechać kolejką przynajmniej pierwszy odcinek, żeby się nie zmęczyć (jak dla mnie do d(...) rada).

Decyzję odłożyliśmy do rana. O 8.00 obudziło mnie piękne słonce, ale postanowiłem się wyspać na maksa. Ostatecznie wszyscy wstaliśmy po 10, zjedliśmy, spakowaliśmy i przegłosowaliśmy stosunkiem głosów 3 za, 2 wstrzymujące, 1 przeciw (Piotrek), że jednak twardo idziemy bez podjeżdżania. Chcieliśmy oddać klucz naszej pani gospodyni, ale jej nie było. Ponieważ zostawiamy część rzeczy, które nam będą niepotrzebne w górach, napisałem długi i czuły list po rosyjsku, żeby się zajęła nimi. Baby nie ma, ale ustaliliśmy z jej sąsiadką, że jej przekaże. Mały z Sokołem poszli po repik, a my czekamy.  Czekamy, a moja kostka mówi mi, że istnieje. Na szczęście weszła do buta, choć zabandażowana i zaltaceciała. Dlatego też założyłem tylko jedną parę skarpet, najwyżej się trochę poobcieram.
Terskoł
Przyszli chłopaki z repikiem i można było iść z plecakami do kolejnej registrancji – tym razem ichniejszego GOPR-u. Wyszliśmy za róg naszej noclegowni i między sosnami ukazał się widok, którego nie zapomnę. Pomiędzy koronami drzew oraz zrujnowanymi bloczyskami i drutami elektrycznymi ukazały się skaliste i oblodzone trzytysięczniki otaczające Terskoł! Pogoda wspaniała, lekki wietrzyk, ostre słońce. Nic, tylko iść w góry. Niestety najpierw był kłopot z ustaleniem, jak dzwonić w razie wypadku do ichniejszego GOPR-u (MCzS) i jak oni mają dzwonić do nas. Chwilkę później Piotrek – tym razem najbardziej przytomny z nasz wszystkich – przypomniał, że nie mamy trzeciej registrancji, tej z Milicji. A nie mamy jej, bo spaliśmy nie w hotelu (który ma obowiązek nas zameldować) lecz u baby. Okazało się ponadto, że najbliższy posterunek jest w Tyrnyauz, a więc 50 km z powrotem w kierunku Nalczika. Cóż było robić...

Jeszcze raz TyrnyauzJa, Piotrek i Adaś szybkośmy złapali czarną wołgę. Kierowcą był dziadek – Bałkar. Po krótki targu wziął 500 rubli za przejazd tam i z powrotem i pojechaliśmy. Po drodze wyprzedziła nas rozrywkowa para w czerwonym volkswagenie golfie z przyciemnionymi szybami (za to na wpół odkręconymi). Na milicji nie było żadnych problemów – trwało to 5 minut, polegało na wbiciu pieczątki na karteluszku, który nam dali celnicy na granicy i uiszczeniu opłaty w wysokości 60 rubli (2$, 8 PLN) od osoby. W drodze powrotnej ponownie odwiedziliśmy bazar, gdzie kupiliśmy znów ich wspaniałe „sezamki” – ziarno słonecznika sklejone miodem w formę batonika – a także równie wspaniały ser – zupełnie jak nasz bundz. Nasz dziadek zawiózł nasz potem przez Terskoł do Azau, gdzie czekała już reszta ekipy ze swoimi i naszymi plecakami. Dziadek opowiadał nam różne historie, np. jak to w latach 30-tych budowano Prijut 11, a budulec wciągano na 4000 m n.p.m. przy pomocy osiołków oraz że zimą w Terskole było 2-3 metry śniegu i –27 st. C. W drodze towarzyszyły nam też pordzewiałe rury gazowe. Itp., itd.
Pierwsza (i ostatnia) prawdziwa przepaść Stacja kolejki w Azau Elbrus po raz pierwszy...
Pierwsza (i ostatnia) prawdziwa przepaść Na stacji kolejki w Azau Elbrus po raz pierwszy... (w chmurach, na lewo od Stacji Mir)

W Azau powitały nas kanapki i decyzja większości (4 do 2), że jednak pierwszy odcinek wjeżdżamy kolejką. No trudno... Przeważył argument, że jest już 16.00 i szkoda dnia, a także ten, że na pierwszym odcinku szlaku właśnie trwają roboty drogowe przy pomocy ciężkiego sprzętu i lecą kamienie, i się kurzy. Kupiliśmy więc bilety (po 100 rubli od osoby - można kupić tylko bilet w obie strony, w drodze powrotnej można kupić na sam zjazd – za 50 rubli) na pierwszy odcinek kolejki na 2920 m n.p.m. Wagonik był świeżo malowany i trochę niezamykany. Właściwie był zamykany przy pomocy ścisku dłoni kilkunastoletniej dziewczynki (!), która jechała z nami. Dojeżdżając do 2920 wreszcie po raz pierwszy ujrzeliśmy ELBRUS. Wysiedliśmy, zrobiliśmy fotki i poszliśmy dalej drogą raczej pylistą. Pękła bariera 3000, droga stała się jakoś mało znaczna i stało się to, co musiało... WSokół - wali prosto na nas! (by Adaś) ferworze „zdobywania gór” droga odbiła w prawo, a my poszliśmy prosto. Kiedy się (sporo później) zorientowaliśmy, postanowiliśmy nie wracać, tylko kierować się na doskonale widoczną stację kolejki „Mir” na 3450 m n.p.m. Najpierw przeprawiliśmy się przez strumienie płynące z lodowca, który zaczął nam towarzyszyć z lewej, potem szliśmy przez pylisto - kamieniste piargi ruchome, wreszcie weszliśmy już całkiem stromo między wielkie, a przy tym często ruszające się za dotknięciem głazy i płyty skalne z melafirów, porfirów, tufów, bazaltów, andezytów i szkła wulkanicznego (te ostatnie bardzo gładkie i śliskie). Żabie się to spodobało, choć wcześniej źle jej się szło i nawet zamieniliśmy się na plecaki. Wciąż pnąc się do góry po skałach doszliśmy do skalnego śmietnika składającego się w równych proporcjach z kamieni, butelek, puszek i wszystkiego innego (m. in. wielkich kości wołowych). Wkrótce potem ostatnie metry do Mira pokonaliśmy już po śniegu i pierwszymi ludźmi spotkanymi pod Mirem okazali się:
1.      Para naszych
2.      Studenci geografii! (studiują w Toruniu) 
3.      z Pabianic! (i z Kutna!) 
Dojechali tu za 140 zł (my za 280), za to jechali 5 dni (my 3). Chwila gadania i zaczęliśmy rozstawiać namioty. Gdyśmy się już jako tako urządzili, przyszedł Rosjanin z Mira i powiedział, że możemy się rozbić wewnątrz na podłodze, bo tam trochę cieplej, ale już nam się nie chciało przenosić.

Miki to jest kość!Zjedliśmy m.in. rozbabrany smalec z adasiowego plecaka, zrobiło się ciemno i wszystkie gwiazdy i księżyc (o taki: ) rozbłysły pełnym blaskiem. Usłyszeliśmy, że ktoś się do nas zbliża. Okazało się, że to stary elbruski przewodnik z długą białą brodą. Gdy usłyszał, żeśmy Polacy od razu przeszedł na śpiewny polsko - rosyjski. Znał m.in. Andrzeja Zawadę z czasów, kiedy ten jeszcze po Kaukazie chadzał. Zaprosiliśmy dziadka na herbatę, więc nam opowiedział o rozprzestrzenianiu się gazów wulkanicznych na Elbrusie. Minusem jest to, że jest to głównie czad – bezzapachowy i trujący gaz. Plusem, że musi się przenieść z północnych stoków (gdzie są jego źródła) na południowe, a przy przeważających tu wiatrach zachodnich zdarza się to stosunkowo rzadko. Tak więc nocleg przy Skałach Pastuchowa jest możliwy, a dziadek tam nocuje „bardzo często”, bo tropi w pobliżu dwa potoki lawy spływające z południowych zboczy Elbrusu, o których nawet sejsmolodzy nie wiedzą. Pokazał nam jeszcze Mars świecący żółtawo nad horyzontem i pożegnaliśmy się, bo trzeba było iść spać. Już w namiocie pogadaliśmy z Adasiem o różnych górach, a potem wszyscy spali różnie – lepiej bądź gorzej. Ja np. budziłem się ładnych parę razy i ostatecznie od 6 już nie spałem. Na namiocie osadziła się cieniutka warstewka lodu, bo wieczorem była intensywna rosa, a noc pogodna.


 2.08 – SOBOTA

Ranek wstał prawie bezchmurny i zaczynamy się po małej przekąsce pakować, żeby szybko stąd wyjść. Pośpiech spowodowany jest tym, że ok. 8-9 lubią się tu zjawiać jacyś lewi niby-strażnicy przyrody i pobierać po 250 rubli od osoby (ponad 30 zł) na jakiś nieistniejący park narodowy (w końcu przez cały wyjazd ich nie spotkaliśmy, ale krążyły o nich ciągłe opowieści), co nam uświadomił nasz wczorajszy Dziadek, a wcześniejElbrusięta na Stacji Mir GOPR-owcy w Terskole. W międzyczasie pojawił się Rosjanin - turysta z Azowa (nad Morzem Azowskim, skąd nazwa), który znał polskie filmy: Vabanki, Deja-vu, Kapitana Klossa i Czterech Pancernych (nie licząc psa!). Pytał, ile w Polsce kto zarabia i w ogóle trochęśmy pogadali, a teraz trzeba się pakować, więc póki co kończę.

Wyszliśmy parę minut po 9. Plecak ciężki, a może to już wpływ wysokości – tak czy inaczej szło się ciężko, choć droga łatwa. Trochę zaczęła mnie męczyć zadyszka, ale póki co łeb nie boli. Gorzej z Żabą – czuje się coraz gorzej i coraz częściej zatrzymuje. Zostałem z nią i z Mikim trochę z tyłu, a reszta pogalopowała wyżej. Doszliśmy powolutku do Beczek Garabaszi, tam postój. Obok nas siedziało dwóch Duńczyków, którzy mieli tam rozbity namiot. Po paru minutach podreptaliśmy dalej, a tu grupa jakichś rosyjskich bab z dziećmi w klapkach i trampelówach zachrzaniają na szczyt Elbrusu po śniegu! Aż mnie zatkało. Próbowałem im Elbrus po raz drugi...wytłumaczyć, że są durne, ale poleciały dalej, a mi się nie chciało za nimi z plecakiem dymać. Chłopaki poszli przodem do Chaty Glacjologów, ale okazała się zamknięta, więc wrócili po Żabę i jej plecak i śpimy poniżej chaty na 3830 m n.p.m.
Piotrek, Adam i Sokół poszli na lekko na Prijut, do Hiżyny i Skał Pastuchowa, Żaba leży bez życia na karimacie pod enercetą, słońce piecze bardzo silnie, na Elbrusie ani jednej chmury, pojedyncze chmury typu cumulus rozsiane nad bez mała setką szczytów co najmniej trzytysięcznych, a nierzadko i czterotysięcznych, które się ścielą w poluUNIQA Elbrus Summer Expedition ;) widzenia. Dongozorun i Czhara oraz Uszba w pełnej krasie, a to przecież tylko połowa widnokręgu, bo drugą zasłania potężny masyw Elbrusu. Na głównym szlaku na szczyt, oddalonym z tego miejsca o jakieś 200 metrów może nie kolejka chętnych, ale kilkadziesiąt osób co najmniej w zasięgu wzroku. Aha, od rana idziemy wszyscy w naszych oku-goglach, a ja się przeglądam w okularach reszty, patrzę głęboko w oczy Żabie i Mikiemu i widzę kosmitę kiera.

Miki tymczasem właśnie dokonał wiekopomnego odkrycia. Otóż od rana zastanawiało nas, czemu nam tak bardzo spuchły torebki z kaszkami mlecznymi. I wreszcie, skonstatowawszy, że spuchły naprawdę wszystkim, Miki zakrzyknął EUREKA! To dlatego, że tu ciśnienie jest niższe niż tam, gdzie one były pakowane! Żeby tylko nie powybuchały...

Poza tym właśnie w akcie bezczynnej desperacji oczekiwania (Żaba śpi, chłopaki poszli) po raz pierwszy na wyprawie (a Miki to i w życiu) topimy wodę ze śniegu. Będzie cool 

Poleżeliśmy na słoneczku, nieźle nas przypiekło, wrócili chłopaki z 4234 (według innej wersji 4326) i poszliśmy my z Mikim. Szło się nieźle, tylko przyszły chmury. Przekroczyliśmy 4000 m n.p.m. (przy drewnianym krzyżaku) i stosunkowo stromo podeszliśmy pod Prijut. Część jakby odbudowana, wokół smród jak w kiblu, a obok wypalone mury i wejście do środka po starych kaloryferach. A w środku obozowisko namiotowe na błocie. Zaczął padać śnieg, więc trochę żeśmy się ubrali i poszliśmy do Hiżyny („hiżyna” to nie nazwa własna, jak sądziliśmy, tylko słowo oznaczające chatkę), a tam brak miejsc, bo grupa Anglików, a nawet gdyby, to i tak 200 rubli od osoby za noc. Z drugiej strony głównego szlaku niż Prijut są dwa metalowe fragmenty kadłuba samolotu przerobione na dyżurkę MCzS-u. Dziś były zapchane do granic możliwości, ale przez ratowników, z których przynajmniej część jutro schodzi, więc teoretycznie jakaś szansa na nocleg pod dachem jest. Cena zaś do negocjacji.

Poszliśmy wyżej w stronę Pastuchowa, a GPS pokazywał kolejno: 4100, 4200, wreszcie 4300. Ponieważ zaczęło być dość zimno i zgęstniał śnieg, postanowiliśmy z Mikim wracać, wpierw ubrawszy się we wszystko, co mieliśmy. Nieco wcześniej spotkaliśmy dziewczynę i chłopaka z Polski (jak się okazało, ona – dziennikarka Wyborczej, on – GOPR-owiec z zawojańskiej grupy spotkanej na dole), którzy dziś zdobyli Elbrus. Pogratulowaliśmy im serdecznie.

Nasza dzisiejsza maksymalna wysokość wyniosła 4334 m n.p.m. Schodząc napotkaliśmy niecałe 200 metrów przed Prijutem wykończoną setnie grupę Ukraińców, którzy za bardzo nie wiedzieli, gdzie są. Najbardziej kołowaty siadał co chwilę na czekanie. Trochę im dodaliśmy otuchy i zeszliśmy do Prijuta razem. Podziękowali nam i poszliśmy dalej, a tam obozowisko 25 Polaków (grupa GOPR-owska). Część była na szczycie dziś, część atakuje najbliższej nocy.

Okolice "obozu drugiego"Poniżej Prijuta i 4000 m n.p.m. śnieg przeszedł niestety w mokrą kaszę śnieżną pomieszaną z obfitą mżawką, a mgła zgęstniała. W strugach tego czegoś zeszliśmy do naszych namiotów, które na szczęście w międzyczasie chłopaki z Żabą rozbili na 3830 m n.p.m. Okazało się, że wskutek ich wycieczki aklimatyzacyjnej na chodzie jest tylko Adam, który wszedł z Żabą zalewie 100 metrów pod górę, bo ta niestety nadal kiepsko się czuje. Chłopaki – Sokół i Piotrek – też poczuli się marnie po powrocie i poszli spać, ale już dochodzą do siebie. Żaba chce jeść (mimo mdłości) i jest to chyba dobry znak, ale Miki z Adamem mokną, gotując dla niej kuskus. Deszcz powoli przechodzi w śnieg, więc idzie na lepsze, bo zawsze mniej mokro... Adam zaś jest gotów moknąć dla barszczyku, Ten to ma zdrowie!

W końcu przestało padać i zrobiliśmy kolację. Składała się z pokruszonych sucharów, rozbabranych serków topionych, napoczętej konserwy i pasztetu, a więc jak na warunki wysokogórskie była dość wykwintna. Później było jeszcze gotowanie dużej ilości herbaty, na którą by była woda, gołymi łapami zgarniałem śnieg do butelki i menażek (byłem chyba najmniej zmarznięty). Mały zrobił nawet kakao, a właściwie czekoladę na gorąco z mlekiem, a potem, około 22, poszliśmy spać.


Elbrus 2003: Poprzednia
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 Następna