![]() |
3.
Wjechać
kolejką przynajmniej pierwszy odcinek, żeby się nie zmęczyć (jak dla mnie do
d(...) rada).
Ja, Piotrek i Adaś szybkośmy złapali
czarną wołgę. Kierowcą był dziadek – Bałkar. Po krótki targu wziął 500 rubli za
przejazd tam i z powrotem i pojechaliśmy. Po drodze wyprzedziła nas rozrywkowa
para w czerwonym volkswagenie golfie z przyciemnionymi szybami (za to na wpół
odkręconymi). Na milicji nie było żadnych problemów – trwało to 5 minut,
polegało na wbiciu pieczątki na karteluszku, który nam dali celnicy na granicy
i uiszczeniu opłaty w wysokości 60 rubli (2$, 8 PLN) od osoby. W drodze
powrotnej ponownie odwiedziliśmy bazar, gdzie kupiliśmy znów ich wspaniałe
„sezamki” – ziarno słonecznika sklejone miodem w formę batonika – a także
równie wspaniały ser – zupełnie jak nasz bundz. Nasz dziadek zawiózł nasz potem
przez Terskoł do Azau, gdzie czekała już reszta ekipy ze swoimi i naszymi
plecakami. Dziadek opowiadał nam różne historie, np. jak to w latach 30-tych budowano
Prijut 11, a budulec wciągano na 4000 m n.p.m. przy pomocy osiołków oraz że
zimą w Terskole było 2-3 metry śniegu i –27 st. C. W drodze towarzyszyły nam
też pordzewiałe rury gazowe. Itp., itd.![]() |
![]() |
![]() |
| Pierwsza (i ostatnia) prawdziwa przepaść | Na stacji kolejki w Azau | Elbrus po raz pierwszy... (w chmurach, na lewo od Stacji Mir) |
ferworze
„zdobywania gór” droga odbiła w prawo, a my poszliśmy prosto. Kiedy się (sporo
później) zorientowaliśmy, postanowiliśmy nie wracać, tylko kierować się na
doskonale widoczną stację kolejki „Mir” na 3450 m n.p.m. Najpierw
przeprawiliśmy się przez strumienie płynące z lodowca, który zaczął nam
towarzyszyć z lewej, potem szliśmy przez pylisto - kamieniste piargi ruchome,
wreszcie weszliśmy już całkiem stromo między wielkie, a przy tym często
ruszające się za dotknięciem głazy i płyty skalne z melafirów, porfirów, tufów,
bazaltów, andezytów i szkła wulkanicznego (te ostatnie bardzo gładkie i
śliskie). Żabie się to spodobało, choć wcześniej źle jej się szło i nawet
zamieniliśmy się na plecaki. Wciąż pnąc się do góry po skałach doszliśmy do
skalnego śmietnika składającego się w równych proporcjach z kamieni, butelek,
puszek i wszystkiego innego (m. in. wielkich kości wołowych). Wkrótce potem
ostatnie metry do Mira pokonaliśmy już po śniegu i pierwszymi ludźmi spotkanymi
pod Mirem okazali się:
Zjedliśmy m.in. rozbabrany smalec z
adasiowego plecaka, zrobiło się ciemno i wszystkie gwiazdy i księżyc (o taki: ﺯ) rozbłysły pełnym blaskiem. Usłyszeliśmy,
że ktoś się do nas zbliża. Okazało się, że to stary elbruski przewodnik z długą
białą brodą. Gdy usłyszał, żeśmy Polacy od razu przeszedł na śpiewny polsko -
rosyjski. Znał m.in. Andrzeja Zawadę z czasów, kiedy ten jeszcze po Kaukazie
chadzał. Zaprosiliśmy dziadka na herbatę, więc nam opowiedział o
rozprzestrzenianiu się gazów wulkanicznych na Elbrusie. Minusem jest to, że
jest to głównie czad – bezzapachowy i trujący gaz. Plusem, że musi się
przenieść z północnych stoków (gdzie są jego źródła) na południowe, a przy
przeważających tu wiatrach zachodnich zdarza się to stosunkowo rzadko. Tak więc
nocleg przy Skałach Pastuchowa jest możliwy, a dziadek tam nocuje „bardzo
często”, bo tropi w pobliżu dwa potoki lawy spływające z południowych zboczy
Elbrusu, o których nawet sejsmolodzy nie wiedzą. Pokazał nam jeszcze Mars
świecący żółtawo nad horyzontem i pożegnaliśmy się, bo trzeba było iść spać.
Już w namiocie pogadaliśmy z Adasiem o różnych górach, a potem wszyscy spali
różnie – lepiej bądź gorzej. Ja np. budziłem się ładnych parę razy i
ostatecznie od 6 już nie spałem. Na namiocie osadziła się cieniutka warstewka
lodu, bo wieczorem była intensywna rosa, a noc pogodna.
GOPR-owcy w Terskole. W międzyczasie pojawił się Rosjanin - turysta z Azowa
(nad Morzem Azowskim, skąd nazwa), który znał polskie filmy: Vabanki, Deja-vu,
Kapitana Klossa i Czterech Pancernych (nie licząc psa!). Pytał, ile w Polsce
kto zarabia i w ogóle trochęśmy pogadali, a teraz trzeba się pakować, więc póki
co kończę.
wytłumaczyć, że są
durne, ale poleciały dalej, a mi się nie chciało za nimi z plecakiem dymać.
Chłopaki poszli przodem do Chaty Glacjologów, ale okazała się zamknięta, więc
wrócili po Żabę i jej plecak i śpimy poniżej chaty na 3830 m n.p.m.
widzenia. Dongozorun i Czhara oraz Uszba w pełnej krasie, a to przecież tylko
połowa widnokręgu, bo drugą zasłania potężny masyw Elbrusu. Na głównym szlaku
na szczyt, oddalonym z tego miejsca o jakieś 200 metrów może nie kolejka
chętnych, ale kilkadziesiąt osób co najmniej w zasięgu wzroku. Aha, od rana
idziemy wszyscy w naszych oku-goglach, a ja się przeglądam w okularach reszty,
patrzę głęboko w oczy Żabie i Mikiemu i widzę kosmitę kiera.
Poniżej Prijuta i 4000 m n.p.m.
śnieg przeszedł niestety w mokrą kaszę śnieżną pomieszaną z obfitą mżawką, a
mgła zgęstniała. W strugach tego czegoś zeszliśmy do naszych namiotów, które na
szczęście w międzyczasie chłopaki z Żabą rozbili na 3830 m n.p.m. Okazało się,
że wskutek ich wycieczki aklimatyzacyjnej na chodzie jest tylko Adam, który
wszedł z Żabą zalewie 100 metrów pod górę, bo ta niestety nadal kiepsko się
czuje. Chłopaki – Sokół i Piotrek – też poczuli się marnie po powrocie i poszli
spać, ale już dochodzą do siebie. Żaba chce jeść (mimo mdłości) i jest to chyba
dobry znak, ale Miki z Adamem mokną, gotując dla niej kuskus. Deszcz powoli
przechodzi w śnieg, więc idzie na lepsze, bo zawsze mniej mokro... Adam zaś
jest gotów moknąć dla barszczyku, Ten to ma zdrowie!| Elbrus 2003: | Poprzednia |
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | Następna |