Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!


31.07 – CZWARTEK

„Promienne zorze budzą mnie ze snu”. Patrzę, a tu step jak okiem zasiał! Pięknie porzeźbiony w jakieś miniparowy i wąwozy. I aż do horyzontu nic, na czym by się wzrok zaczepił, nie licząc setek słupów elektrycznych, dużych i małych, wzdłuż i w poprzek. Na samym końcu widzę na północy jakby górę stołową. Po paru minutach odzywają się nasze budziki. Pora wstawać. Mycie, kilka w pośpiechu robionych fotek stepu i już trzeba się pakować, bo Mineralne Wody nadciągają z szybkością wodospadu. Po prawej z płaskiego stepu wyłaniają się kolejne ostańce – kształtem przypominają mi naszą Lackową z Beskidu Niskiego. Są zupełnie płaskie u góry i mają stoki pod kątem 45-60 st.

Zaraz wysiadamy. Żeby nie mikroklimat (w pociągu nawet zegarek zaparował) i przeboje z celnikami, jeśli ktoś lubi długą jazdę pociągiem, szczerze polecamy! I chyba oto Mineralnyje Wody...

WTRĘT: Pociągi do domu z MinWód:
(z Nazrania) (co cztery dni) 1.54 à Moskwa 11.35
(z Kisłowodska) (w parzyste dni) 13.40 à Kijów 18.34
(z Nalczika!) (codziennie!) 19.45 à Moskwa 5.35
(z Władykaukazu) (codziennie) 23.26 à Moskwa 6.25
 
Dworzec w MinWodachDworzec tutejszy przypomina nasze Łazienki Królewskie. Jest cały w kolumnach i marmurach. Już na peronie przyczepił się jakiś Walerij, który chciał 100$ do Nalczika za grupę, więc go obśmialiśmy nomen omen setnie. Wcale się tym nie przejął i podreptał za nami. Podczas dreptania obniżył cenę po ½ minuty do 60$, więc znów go obśmialiśmy, ale jak widać, sprawy szybko tanieją. Pokazał nam dworzec, wyjaśnił co i gdzie (łącznie z bankiem), sam nam chciał wymienić dolary, ale oczywiście mu nie daliśmy. Teraz siedzimy z Małym w dworcowej informacji – jest tu „Фито-Бар”, akwarium z rybkami i telewizor z włączonym kanałem Euronews (ale po rosyjsku). Miki z Sokołem poszli na miasto się rozejrzeć za innym bankiem. Pociąg do Nalczika dopiero koło 14, więc trzeba się będzie ostro potargować z tym czy innym Walerim. Na razie nasz zapoznany oferuje nam dojazd do samego Azau (dolna stacja kolejki powyżej Terskoła) już dziś za 2700 rubli od grupy. Osobiście wolę na spokojnie dziś się umyć, zameldować i przenocować w Nalcziku. Pogoda dla Władykaukazu na dziś (z TV): 22 st. C i deszcz. Znaczy, że w górach może być nieciekawie...

Zapytywanie o pojezd na powrót zajęło nam ładną godzinę. W międzyczasie do Walerego dobił drugi Borys, za tę samą cenę oferuje Azau via Nalczik. Musiał jeden z drugim poczekać, bo bank koło dworca nie posiadał na sprzedaż ani jednego rubla! Następny bank był pół godziny dalej, w miejscu, gdzie nawet MinWody przypominają wieś. Bank był gigantyczny, szklano-metalowy w półszczerym polu. Sąsiadował ze szczerozłotą cerkwią, a tle miał czubatą, skalistą, jedną z tych stołowych, górę. Później dowiedzieliśmy się, że jest to „5 gór” i stąd nazwa Piatigorsk. W banku za 1$ dostaliśmy 30,18 rubli. Wymieniliśmy za łączną kwotę 18100 rubli, a wracając kupiliśmy do żarcia gorącą kukurydzę gotowaną i dwa litry kwasu chlebowego. Po pośpiesznym pożarciu na dworcu owych ruszyliśmy wreszcie busem z Borysem-kierowcą i jeszcze jednym Kabardyńcem przez Piatigorsk do Nalczika. Po drodze mijaliśmy wyschnięte na wiór rzeki i niekończące się pola słoneczników oraz przydrożne ryneczki z dywanami i miotłami. Widzieliśmy moskwicza podjeżdżającego „na kapciu” pod wysoką górkę i drugiego, co na naszych oczach staranował słupek robót drogowych i pojechał dalej. Drogi znów szerokie, pod górę dwa pasy ruchu, na zjazdach jeden (a z naprzeciwka podobnie!). Kabardyniec okazał się gadułą, a Żaba za kwasem chlebowym nie przepada, bo śmierdzi piwem.

W Nalcziku okazało się, że pogranicznicy są chwilowo zamknięci, więc podjechaliśmy na dworzec kolejowy, aby tutaj dokonać zakupu biletów na 10.08 relacji Nalczik à Moskwa à Brześć (nie mogliśmy wracać tym samym pociągiem ze względu na problem z brakiem wizy, który ujawnił się na granicy ukraińsko-rosyjskiej). Obsługa kas jest po prostu nieudana i wszyscy wpychali się w kolejkę. Kiedy kolejka przyszła wreszcie na nas, najpierw pani nie chciała spisu uczestników naszej wyprawy (spis był bukwami), tylko paszporty, a gdy zrozumiała, że nic nie rozumie, zażądała... spisu uczestników naszej wyprawy. Po czym się na nas wydarła, że nic nie rozumiemy. Hm...

Na 10.08 nie było już miejsc. Kupiliśmy więc powrót na 11.08. Tego dnia mamy pociąg o 15.40 do Moskwy. Tam jesteśmy 13.08 o 5.35. O 15.14 pociąg z Moskwy wiezie nas do Brześcia, gdzie lądujemy 5.36. Mam nadzieję, że zdążę 14.08 załatwić jeszcze bank w Łodzi.

Wróciliśmy do jednostki pograniczników. Tam oprócz nas chętna na Elbrus grupa sześciu Czechów. Zresztą już na dworcu większość podróżnych to ludzie z plecakami jadący tam bądź stamtąd wracający (można to poznać po łuszczeniu się skóry na twarzy, co ciekawe, nam przy powrocie się nie łuszczyła, jednak filtr UV 35 robi swoje). Chłopaki zagadali, że wczoraj, po kilku dniach niepogody, weszła na szczyt grupa ok. 100 osób!

U pograniczników czas oczekiwania dłużył się bez końca, więc wreszcie z Mikim oraz kierowcą i jego pomagierem wyszliśmy z ich dyżurki, a przepustki mają być za pół godziny, więc czekamy i czekamy, iOkolice Baksanu czekamy...

W końcu dali nam i Czechom, i pojechaliśmy dalej. Zaraz za Baksanem zaczęły się góry. Początkowo przypominały nasze bieszczadzkie połoniny, potem Tatry Zachodnie, Wysokie, a gdy dno doliny znalazło się na wysokości 1500 m n.p.m. i wyżej, to już nie przypominały niczego, co było mi do tej pory znane. Już na samym początku stukilometrowego kanionu pojawiły się jaskinie, a wnet drogę zastąpiły nam stada bydła i osły. Fotki na postoju i znów w drogę. Skały spiętrzały się piramidalnie nad drogą, tworząc przewieszki, to znów rozstępowały się ukazując urokliwe boczne dolinki z małymi wodospadzikami. Niekiedy chmury zawieszały się na przydrożnych dwutysięcznikach tworząc zjawisko meteo zwane „zawieszaniem się chmur na przydrożnych dwutysięcznikach”.
TyrnyauzMiasto Tyrnyauz: w szczerych górach o roślinności najwyżej krzaczastej nagle wyrastają dziesięciopiętrowe bloki, nie tylko w dolinie, ale również na stokach, a nawet na przydrożnych szczytach! Na jednym ze szczytów gigantyczne zabudowania kopalni wolframu i molibdenu. W centrum miasta obraz nędzy i rozpaczy – kilkusetmetrowa wyrwa w mieście, ślad po katastrofalnej powodzi. Na dnie leja sterta śmieci i malutkie z oddali spychacze i kopary. Zupełnie nowa droga omija wielkim łukiem ten cały bałagan. Zresztą często droga i tak szła zupełnie nową trasą, a gdzieś w oddali pojawiały się resztki zawieszonych nad przepaściami mostów starej „autostrady”, jak mawia nasz Kabardyniec Misza. Misza w ogóle bardzo przeżywał to, co myśmy podziwiali. Widoki zapierały pierś w dechach! W Tyrnyauz zrobiliśmy postój na targu, który znajduje się na „Stadionie Trud”. Zakupy i banany, jabłka, jakieś jedzeniowe drobiazgi, kilka fotek zrobiliśmy i dalej pojechaliśmy. Nie ujechaliśmy jednak zbyt daleko. Drogę zastąpiła nam atrapa bramy z cementowymi lwami po bokach i dwoma gierojami. Okazało się, że ten z lewej to Kabardyniec – pierwszy zdobywca Elbrusu w 1829 roku, a ten z prawej to Bałkar – drugi zdobywca (z Anglikami)Tyrnyauz - efekty zeszłorocznej powodzi jakieś 50 lat później.

Przede wszystkim jednak okazało się, że na przydrożnym parkingu opodal trwa kabardyńska balanga. Nie ma przebacz i już Mały z Sokołem muszą tańcować, Agnieszka nie mogła odmówić (tańca) podpitemu Kabardyńcowi, a wszyscy walnęli przynajmniej po 2-3 pięćdziesiątki za „drużbę mieżdu narodami” i takie tam... Żarcie też mieli niezłe – gotowaną baraninę, coś jak placki na słodko i nie na słodko, a do tego ekstra ogórki małosolne!

Ledwo po ostatnich pożegnalnych toastach udało nam się odczepić i pojechać dalej, gdy znów postój. Tym razem jednak trzy przydrożne źródła wód mineralnych o różnych smakach. Nabraliśmy i pojechaliśmy dalej przez bór sosnowy. Wkrótce w lesie ukazały się nam jakieś niedokończone Pierwsi zdobywcy Elbrusubudowle, GPS Piotrka przekroczył magiczne 2000 m n.p.m. i pojawił się w całej swej niekrasie Terskoł. Na góry osiadły chmury bardzo nisko, a myśmy pojechali dalej aż do Azau (2348 m n.p.m.), gdzie skończyła się w jakimś błocie droga, a robociarze przydrożni powiedzieli, że w Azau nie ma gdzie nocować. Powrót do Terskoła, chwila konwersacji z Białorusinami, którzy też się wybierają na górę i sprzedali nam za 15 RUB 1,5 litra benzyny z baku ich samochodu do gotowania na maszynce (zapomnieliśmy zatrzymać się przy stacji) i już zaczepiamy dwie baby, które mają dla nas kwaterę (adres: Posiołok Terskoł 1, kwartira 33) za 1000 RUB za grupę za noc, co wychodzi za osobę ok. 20 PLN. Nie zastanawiamy się zbyt długo, zwłaszcza, że jest już godz. 20, a na kwaterze dwa duże pokoje i kuchnia oraz łazienka z ciepłą wodą.
Impreza z Kabardą
Nasi kierowcy chcą nas na koniec upalić opium, ale się wymigujemy (wcześniej pokazywali nam całe plantacje dziko rosnącej marihuany). Idę po chodniku pod naszym blokiem (kwatera jest w normalnym, czteropiętrowym bloku!) z pełnym obciążeniem i nagle... trach! Prawa stopa pod dziwnym kątem ląduje na ziemi. Jakoś wchodzę do naszego pokoju, zdejmuję skarpetkę i aż parskam śmiechem – w miejscu, gdzie powinna by kostka, ekspresowo rośnie gula bez mała wielkości jabłka! Nu, wot... Z nieco markotną miną obserwuję to zjawisko i robię się głodny. Na kolację ostatnie polskie salami i cebula z Tyrnyauza, która ostrością przypomina raczej chili niż cebulę. W pokoju jest telewizor z samymi Putinami. Dobre duszki częstują moją kostkę Altacetem w kremie i opaską elastyczną oraz środkiem przeciwzapalno-przeciwbólowym (chociaż boli w sumie umiarkowanie). Ale jutro trzeba nam w góry iść! Póki co chłopaki prócz Mikiego, którego od kilku godzin boli głowa i Żaby poszli na miasto, jeśli to tak można nazwać, a ja idę się wreszcie po trzech dniach w pociągu umyć i spaaać...


Elbrus 2003: Poprzednia
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 Następna