 |
30.07 – ŚRODA
Godzina 1.20. Jarzeniówka po oczach.
Kontrola graniczna. Najpierw Białorusini. W zielonych mundurach wyglądają jak
przerośnięci harcerze z naleśnikiem na głowie. Grożą, że nas z powrotem nie
wpuszczą bez wizy AB lub voucherów. Ale przecież mamy! Potem ponad 20 minut
jedziemy przez ziemie niczyje. Nie wszyscy. Pan, który najbardziej marudził na
nasze bagaże i umiarkowany porządek z tym związany, dalej nie jedzie. Miał
paszport ważny do września, a jest wciąż lipiec (!), więc go wysadzono w środku
nocy. Z rozmów współpasażerów wynika, że wyleciał dlatego, że oprócz paszportu
musiał mieć wkładkę, że jest obywatelem Białorusi (paszport był z czasów ZSRR),
a nie miał. Tak czy siak, moje IQ=120 jest w przypadku Wschodu bezradne. Jego
żona jedzie dalej... W wagonie temperatura powietrza wynosi zapewne 36,6 st. C,
a więc jest jak najbardziej naturalna i zgodna ze zdrowiem zdrowego cieławieka.
Po 20 minutach jazdy po ziemi
niczyjej wchodzą następni celnicy i już wiemy, że to nie Rosja lecz Ukraina,
przejście kolejowe koło Homla – jesteśmy mniej niż 100 km od Czernobylskiej
Zony! Z pewną dozą szczęścia udaje się bardziej skomasować naszą szóstkę razem,
bo się trochę miejsc pozwalniało (np. dzięki panu, który wyleciał). Celnicy
ukraińscy chwilę wątpią, dokąd jedziemy, ale szybko zagaduję, że „tolko tranzit
– MinWody” i puszczają dalej. W parówie takiej kongijskiej przysypiam mimo
pana, który dwa metry ode mnie zachowuje się w sensie odgłosów tak, jak traktor
na ciężkim ugorze...
Budzi mnie postój w Sumach. Jakoś
udaje się dostać do łazienki/WC (brak „sanitarnej zony”?). Miki idzie do
sąsiedniego wagonu i zaraz jest awantura od sąsiedniowagonowej kanarzycy, że im
wodę zabiera! Dostało się i kanarzycy naszej, aż Natalii szkoda. Może ktoś nam
nieopatrznie też wodę zabierze i będzie miała wnet okazję do wyprawy odwetowej
niczym Batory pod Pskowem...?
Zjedliśmy śniadanie, w termosie Żaby
jest nadal lód (jego zabranie do wszystkich termosów było pomysłem Mikiego, do
którego prawie wszyscy się zastosowali, pomysł był trafiony w dziesiątkę),
który ratuje nas przed wstępną fazą udaru cieplnego. Okna w wagonie dzielą się
na otwierane (w ¼) i wyjścia awaryjne, których się nie otwiera. Logiczne –
przecież te pociągi nigdy nie mają awarii!
Zatrzymaliśmy się na jakiejś
kolejnej stacji. Patrzę, a tu... Hubariwka! (jestem po kądzieli Hubarewicz,
jakby kto pytał). W ogóle mniejsze stacyjki, na których pociąg nie zatrzymuje
się, często noszą nazwy typu KM168. Teraz jesteśmy zaś pod Charkowem.
Jesteśmy nadal pod Charkowem i coraz
bardziej o nim marzymy, bo wyjść pono można będzie. Szczególnie cierpiący jest
Miki, bo dopadł go strasznie sienny katar w tym zaduchu i marzy, by odetchnąć
świeżym, wielkomiejskim powietrzem. Nie piszę dalej, bo strasznie telepie...
Dworzec w Charkowie. Tłumy na
peronach, ale to nie podróżni. To mobilny hipermarket. Są baby z kurczakami i
chłopy z lodami. Jest pani z całym zestawem pluszaków naturalnej wielkości.
Strzelamy fotkę za fotką. Chłopaki idą na miasto. Tam ich legitymują, a
przecież nie mamy prawa poruszać się po Ukrainie poza pociągiem!. Jakoś tam się
wykręcili, bo Mały miał papierek, z którego nic nie panimał. Dostał go na
granicy od celników w nocy, kiedy spał. Jeszcze kilku handlarzy „prawdziwymi”
łańcuszkami ze srebra (męskie i damskie) i znów ruszyliśmy w świat.
Świat jest Wielki. Po dłuższym
czasie w środku pola pojawił się wielki napis złożony z osobnych liter głoszący
„Donbas”. Po czym jeszcze z godzinę były lasy i krów stada. Wreszcie płynnie
przeszły w fabryki dymiące w kolorze czarnym i pomarańczowym oraz hałdy i
pasące się kozy. Fabryki są w 100% zardzewiałe, podobnie jak niekończące się
składy cystern na bocznicach, które wyczuwa się szybciej niż widzi, jako że się
opary z nich benzyny dobywają. Adaś się pląta już czas jakiś z herbatami, grają
we czterech (a w ilu?!) w brydża. Ciągle im ktoś stolik częściowo
zajmuje i chwilami grają pomiędzy wagonami – tam, gdzie są łączenia – na
stojąco. Teraz
zatrzymujemy się stosunkowo często, bo co 20-30 minut na tym
ukraińskim Górnym Śląsku.
Jakiś czas temu napisaliśmy z Mikim
SMS-a i po 40 minutach nawet poszedł. Ciekawe, czy do Tomka doszedł?
Stacja Iłorajsk. 60 km od granicy
Ukrainy z Rosją. Na dworcu sprzedawcy, np. chłopiec z upieczonymi rakami na
tacy. Robimy mu zdjęcie przez uchylone okno. Mały leci do drzwi wejściowych
robić zdjęcia egzotiki. W tym miejscu spotyka się vis-a-vis z celnikiem. No i
stało się... Piotrek jako szpion i ja jako „starszyj gruppy” uprzejmie jesteśmy
proszeni do pociągowej izolatki. Na dzień dobry okazuje się, że nie pojedziemy
dalej... Co tu robić? Zaczynamy skomlenie, a panowie piszą protokół. W końcu
jeden wychodzi, korzystając z okazji kujemy żelazo póki gorące. Najpierw
negocjacje polegają na wyciągnięciu kliszy z aparatu, dobrze, że tylko kliszy,
bo Mały w aparacie ma GPSa i jak by tak celnik coś takiego znalazł, to marny
nasz los! Część slajdów przepadła, ale to dopiero początek. Gdy Mały wspomniał
o kaucji, a w międzyczasie się okazało, że musi wysiąść już tylko Mały i będzie
nas gonił po stepach bez znajomości języka i wizy ukraińskiej, wiedziałem, że
koniec negocjacji będzie korzystniejszy niż to się z początku wydawało.
Chodziło de facto tylko o wysokość „opłaty”. Mały wyjął wszystko, co miał (w
portmonetce) – 20 i kilka $ luzem. Pan nas spytał, kto my i co to za żarty. My,
że studenci i więcej Piotrek nie ma. Negocjacje były zakończone, pan krzywiąc
się, jakby się kwasu niechlebowego napił, wziął wszystko, z obrzydzeniem oddał
Małemu te kilka dolarów luzem, sam zatrzymał dwie dychy i zaczął swą (zapewne
często powtarzaną) bajkę, że to tylko wyjątkowo i że gdyby to byli celnicy
rosyjscy to ho ho... Uff, można było jechać dalej.
20.40. Granica ukraińsko-rosyjska.
Kończę na razie pisać te notatki, bo postępuję niczym Джеймс Бонд, a po
ostatniej przygodzie już wiem, że zdecydowanie nie nada...
„Uff” było przedwczesne. Przyszli
celnicy rosyjscy. Oczywiście musiało następnie wydarzyć się to, co się
wydarzyło. Okazało się, że celnicy białoruscy, gdy wyjeżdżaliśmy z tego
pięknego kraju, niepotrzebnie wstemplowali nam stempelek. Wyszło z tego to, że
opuściliśmy wspólny obszar celny Rosji i Białorusi, a wiza AB uprawnia do
jednokrotnego wjazdu na jego teren... Do Rosji bez nowej wizy (z ambasady w
Kijowie, w której zresztą nie mogliśmy być, bo jedziemy przez Ukrainę
tranzytem!) nie możemy wjechać. Szczęki nam opadły i wyleciało 80$ za grupę...
A w radiu rusko-polo. No i wjechali. Nie mam zdrowia pisać dalej o tym całym
g...