Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!


28.07 – PONIEDZIAŁEK i 29.07 WTOREK

Już od rana ostatnie gorączkowe przygotowania. Miałem pożyczyć dla Żaby czołówkę od Kolbiego, ale ten wyjeżdża gdzieś tam i niestety nie pożyczy. Mamy więc na 6 osób 5 czołówek. Może i wystarczy. Po pożegnaniu z Olą wyprawa w okolice Rynku Bałuckiego po ostatnie dolary, kartę telefoniczną, do apteki, żeby skompletować apteczkę i po jeszcze 1001 innych drobiazgów. Teraz wydaje się, że wszystko już chyba jest... oby! Do wyjścia na pociąg do Warszawy zostało 3 godziny. Termometr na dworze wskazuje w półcieniu 39 st. C, w domu chłodniej – 29 st. A za kilka dni zobaczymy śnieg i (zo)staniemy się na lodzie!

O 15 rozpoczęła się burza i ulewa. Wyszedłem w strugach deszczu, dojechałem na Fabryczną, kupiłem bilet i... okazało się, że pociąg nie jest (jak wg mojego rozkładu) o 16.04 tylko o 16.35. Przesiedziałem w poczekalni prawie 50 minut obmyślając, jak szybka będzie musiała być taryfa, która zdąży mnie dowieźć w pół godziny z Warszawy Centralnej do sklepu z oku-goglami nim go zamkną...

Wsiadłem do pociągu i 3 minuty przed odjazdem (dramaturgia musi być!) przypomniało mi się, że w domu zostawiłem wszystkie ważne papiery na wyjazd!!! Szybka decyzja i zmoknięty jestem znowu w domu....
 
Telefony, telefony... ileż to już w ciągu ostatnich dni?! Tym razem sprawa jest... naoczna – nie mam wyjścia – pociąg pojechał i po oku-gogle już nie zdążę. Szybka akcja via Łukasz i będą oku-gogle! O ku...gogle z tym wszystkim! Zjadłem i ponownie na Fabryczną heja bynajmniej!

Wysiadam Ci ja z tramwaju, a tu ktoś mnie klepie po ramieniu. Pijany Karol w pomarańczowym koszulku. Nie wiem, kto to, chce na piwo... Jakoś się od niego odczepiamy z Olą, która już czeka na Fabrycznym. Wcześniej na przystanku tramwajowym jakaś babcia odradza mi „obóz” w górach, bo ostatnio zginęli „ludzie”, a także „młodzież” (Miki: Kononowicz to czytał przed kampanią?!), ale tej ostatniej się „nie dziwi”, bo „jest pijana”. Krejzi East by Łódź...

Koło 19.00 zjawiła się cała Ekipa wraz z całymi rodzinami i z torbami, i z całym dobytkiem. Kilka fotek, ostatnie przedwyjazdowe uściski i o 19.35 pojeeeeechali!

Koluszki. Z gardeł wyrwało nam się tęskne wycie: SIEJKAAA!!! Prorocy jacyś, czy co...? Była. Z voucherami w języku przyjacielskim i bananami suszonymi w opakowaniach trzech. SIEJKAAA, JEDŹ Z NAMI!!! Nie mogła. My pojechaliśmy dalej.

W Warszawie wysiedliśmy najpierw na Centralnym, gdzie Mały spotkał wujka z pączkami od Bliklego, piwem i jeszcze czymś, co wypijemy już po zdobyciu Elbrusu! Potem wsiedliśmy do ekspresu na Wschodnią, do przedziału na rowery i zaraz wysiedliśmy. Faktycznie ekspres. Potem zjedliśmy po 3 pączki i jeszcze zostały, więc Piotrek nakarmił jakieś przechodzące dziecko z mamą tak skutecznie, że potem „z ciastkiem” do taxi nie wsiedli! Ostatni pączek zjadł Łukasz, który niebawem się zjawił z bardzo (na pierwszy rzut oka) udanymi oku-goglami. Chwilę pogadaliśmy i ruszyliśmy na ruski pociąg.

Już wcześniej było wiadomo, że będzie śmieszno, bo okazało się, że nie ma pociągu do Terespola, a miał być. Ruski pociąg relacji Berlin-Brześć-Mińsk-Moskwa byłby idealny, gdyby nie kanary ruskie. Zamiast biletów chciały po 10$ od osoby... Pertraktacje przerwał odjazd ruskiego pojezda. Następny pociąg (polski) do Terespola mamy za 3,5 godziny o 3.47.

Siedzimy na peronie, pojadamy kabanosy, popijamy piwkiem. Przyjechał kolejny pociąg z Berlina, tymNudne początkli nudnej wyprawy ;) razem niemiecki, bardzo piękny, popatrzyliśmy więc przez szybkę na WARS ichniejszy i tyle...

Mały wyciągnął skarpetki na sznurku i zaczął nimi machać niczem macha-radża. W tym czasie w ramach zajęć w podgrupach Żaba z Mikim rozmawiali o Mongolii i niepotrzebnych częściach ludzkiego ciała, np. kości ogonowej i ślepej kiszce. A wszystko to na samym końcu peronu Warszawa Wschodnia. Było im chłodnawo i miło. A my z Adasiem bardzo pożytecznie spędziliśmy czas w cafe-internet i oto wyniki:

W Terespolu jesteśmy o 8.23, z Terespola do Brześcia odjazd 8.52, z Brześcia 12.21 do Mińska, w Mińsku 16.53, z Mińska do Mineralnych Wód 19.19.

Najważniejsze: staraliśmy się wymienić grupowo z pamięci wszystkie 14 ośmiotysięczników (ach, ten przerost ambicji) i za Shisha Pangmę nie mogliśmy sobie przypomnieć tego ostatniego. Dopiero cafe-internet rozwiązała zagwozdkę: CHO OYU...

Przenieśliśmy się na właściwy peron i jakoś przebiedowaliśmy, przysypiając co poniektórzy. Pociąg do Siedlec miał fotele ze skaju, a ten z Siedlec poza fotelami z plastiku do Terespola niczym się nie różni. Na zewnątrz jest mgła zaś.Trasa podróży pociągiem
Wypogodziło się, no i jakoś dotelepaliśmy się do Terespola. Tam kupiliśmy bilety Terespol-Brześć. Próbowałem dodzwonić się do Oli, ale aparat był zepsuty. Po krótkich deliberacjach pieniężno-kantorowych ruszyliśmy do pociągu i jeszcze przed wsiąściem odprawili nas celnie. W środku białoruskie baby mundurowe pomogły nam wypełnić deklaracje, pociąg trochę postał i ruszył, i wjechał do Brześcia. Zaś tu zaczęły się lepsze deliberacje biletowo-rublowo-ładnowidokowe, gdyż panie kasowe z okienek kolegom wyraźnie wpadły w głazy. Skutek tego był taki, że prawie się powymieniali adresami kupując bilety 1,5 godziny... Za to udało nam się od razu kupić od pań bilety przez Mińsk aż do MinWód (177 zł za osobę). No i prawie się zgubiliśmy po tych wrażeniach na dworcu dużym i z wieżyczkami, ale dotarliśmy tam, gdzie trzeba chwilę przed odjazdem pociągu. Pociąg jest płackartnyj i ma różowe zasłonki. Wszyscy już padli, bądź zaraz padną, tylko Miki jest biedny, bo toaleta zamknięta, bo „sanitarnaja zona” (występuje w okolicach każdego większego miasta, trzeba to brać pod uwagę planując korzystanie z toalet – wszystko zresztą jest szczegółowo wyłuszczone na rozpisce obok przedziału „prowadnic”), ale w końcu przyszła prowadnica i otworzyła."Cityruiner" w Mińsku

Wszyscy się w skwarze pospali, tylko ja twardo wyglądałem poleskich krajobrazów.
Jechaliśmy przez gęste, ale mizerne grubizną lasy z przewagą brzozy i innych liściastych w miejscach podmokłych i nędznych borów sosnowych na wydmach. Od czasu do czasu pojawiały się ogromne łąki i nieużytki. Przez dwie godziny było też kilka stacji kolejowych: Kosów Poleski, Bereza (z dymiącą fabryką w tle), Iwacewicze. Typowych bagien zbytnio nie było, więc w Baranowiczach poszedłem spać na górną koję, gdzie przyjemnie wieje. Do Mińska 10 minut, ale póki co jakieś stepy akermańskie i trochę drewnianych mieszkalnych. Udało się też umyć pod kranem chlapiącym, który się uruchamia od spodu.

W Mińsku ostatecznie wysiedliśmy o 17.30, więc nieco ponad pół godziny później niż było w planie. Dworzec w Mińsku robi wrażenie i to pod różnymi względami. Budynek kubaturą, wieżyczkami i całym otoczeniem przypomina Pałac Kultury, tyle że o nieco innych proporcjach i rozłożeniu akcentów bardziej na poziomy niż na piony, a właściwie skosy. Skosy polegają na tym, że zamiast schodów są podejścia z peronów po równiach pochyłych, zaś okna są przy tym tak umieszczone, że wydaje się, że cały budynek się odchyla i wali się do tyłu. Wrażenie potęgują pociągi stojące prosto, ale przy „odchyleniu” budynku wygląda to tak, jakby wjeżdżały pod ziemię.
W Mińsku "wszystko" było Wielkie i DostojnePoszliśmy z Żabą i Adasiem na miasto. Wydaliśmy 8500 BYR (ok. 18 zł) i kupiliśmy: 7,5 l wody mineralnej, 2 l Sprite’a, 2 l Coca-Coli. Żar dziś okropny. Miasto w okolicach dworca to socrealizm w czystej zarówno formie jak i treści. Brak jakichkolwiek reklam, aleje szersze niż dłuższe, ale długie jak cholera; jeżdżą jak szaleni, przejścia dla pieszych to tylko światła, właściwie bez zebry, w sklepie zaczepili nas żołnierze z Brześcia i taka to egzotika... Chłopaki (Miki i Sokół) poszli i wrócili, a Piotrek na dodatek pożarł shoarmę. Na takie dictum kupiłem wszystkim pozostałym gorące kanapki a’la pizza po 610 BYR (ok. 1,5 zł) i władowaliśmy się do kolejnego pojezda.
Tłok dużo większy i było trochę perturbacji z ulokowaniem nas. Mimo prób najpierw u prowadnicy, a potem nawet u Naczelnego Składu nic nam się nie udało zdziełat’ i jesteśmy cokolwiek rozstrzeleni wzdłuż korytarza. Po wypiciu ostatnich Żywców-Okocimiów i pożarciu kanapek, najprzyjemniejszym miejscem w wagonie okazał się korytarzyk na końcu naprzeciwko WC. Miał kosze na śmieci z przykrywką, która mogła służyć za stół/krzesło. Nie to decydowało jednak o wybitnej atrakcyjności tego zakątka, tylko to, że wyłącznie tu tak naprawdę dało się otworzyć okno! Spędziłem tam resztę wieczoru oglądając po drodze m. in. martwe lasy brzozowe. Pociąg z Mińska nie pojechał wcale prosto na Smoleńsk, tylko wykręcił na południowy wschód na Asipowicze i przeciął Wielką Rzekę Berezynę, a potem zrobiło się ciemno i pani kanarzyca kazała zapłacić za pościel dodatkowo i robimy się bez rubli białoruskich w związku z tem faktem.


Elbrus 2003: Poprzednia
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 Następna