Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!


Elbrusięta 2003
wyprawa górska, 20 dni

PROLOG /ok. 1999 (?) – 27.07.2003/

Sprawa Elbrusu chodziła mi po głowie mniej więcej od zimowo-wiosennej wyprawy Leszka i Słonia w kwietniu 1999 roku. Tak samo chodziło mi po głowie co najmniej z 10 innych wypraw. I pewnie byłoby tak do dziś, gdyby nie Miki z Piotrkiem, którym też chodziło, tylko konkretniej i zapewne dużo intensywniej. Z Piotrkiem przy różnych okazjach omawialiśmy Sprawę i po ładnych paru latach zaczęło się to jakoś krystalizować na wakacje 2003 roku. W międzyczasie Miki dał mi znać, że organizuje wyjazd na... Elbrus... w wakacje tegoroczne. Reszta potoczyła się gładko – trzeba było tylko dogadać Mikiego z Piotrkiem i zebrać resztę Ekipy.

Przygotowania ruszyły pełną parą w marcu/ kwietniu i szły, jak to przy tego typu przedsięwzięciach, kilkoma, jeśli nie kilkunastoma, torami. Ja grzebałem w Internecie poszukując wszelkich wieści o Górze (w tym zwłaszcza wiadomości praktycznych i relacji z wypraw), a jednocześnie kompletowałem Ekipę. Z potencjalnej dziewiątki chętnych ostatecznie jest nas szóstka. Z osób, które miały jechać, a nie pojadą, najdłużej „wytrwała” Agnieszka „Siejka”, której kilka dni przed wyjazdem okulista zabronił jechać, bo stwierdził... jaskrę.

Szóstka która jedzie to:


od lewej: Żaba, Mały, Sokół, Wódz, Miki
i Janusz (Kiero)
Elbrusięta w komplecie

Agnieszka „Żaba” (lat 20; żeński rodzynek ekipy; studentka geografii na Uniwersytecie Łódzkim (jeszcze trafi na Kiera! :p); dokooptowana przez Janusza trzy tygodnie przed wyjazdem, wcześniej nikomu z nas nieznana. Dotychczasowe szczytowe osiągnięcie nieznane. Jako jedynej nie udało jej się zdobyć Elbrusu, dotarła do wysokości ok. 4700 m.n.p.m. Robi świetną jajecznicę i sałatkę warzywną)

Piotrek „Mały" (lat 27; absolwent Finansów i Bankowości na Uniwersytecie Łódzkim; dusza towarzystwa; obieżyświat i ekscentryk; obecnie zamieszkały w Londynie, ale kto wie, gdzie go poniesie…; był między innymi: na Malcie, w Hondurasie oraz Kostaryce. Dotychczasowe szczytowe osiągnięcie: ok. 4200 m.n.p.m. gdzieś w Nikaragui. Jeden z dwóch łojantów w ekipie. Bezkompromisowy i szczery do bólu, za co niektórzy go cenią, a inni się boją. Kiedy poweźmie jakieś postanowienie, nic nie jest w stanie go powstrzymać- zrobi swoje, choćby stawiając czoła przeważającej większości. Niesamowicie ambitny, niewątpliwie wielkie rzeczy przed nim)

Miki (lat 26; absolwent Finansów i Bankowości na Uniwersytecie ponownie Łódzkim; erotoman gawędziarz i jajarz o surrealistycznym poczuciu humoru; dotychczasowe szczytowe osiągnięcie: Similaun w Alpach Austriackich (3606 m n.p.m.), poza tym był m. in. w górach  Rumunii, Słowenii, Korsyki, Szkocji i (wraz z Małym) na Etnie. Drugi z łojantów w ekipie. Na mróz, śnieg i wszystkie niedogodności, jakich zaznaliśmy w środku lata zawsze reagował z uśmiechem. Śnieg zresztą bardzo polubił, do tego stopnia, że jako jedyny mył się w nim (niemal) w całości. Człowiek gór, którego ciężko będzie przed czymkolwiek powstrzymać. Miejmy nadzieję, że zabierze nas ze sobą)

Grzesiek „Sokół” (lat 21, student; wszechstronnie utalentowany, błyskawicznie wszystkiego się uczy. Ewidentnie nosi buławę w plecaku. Dotychczasowe szczytowe osiągnięcie: ok. 5000 m n.p.m. na pokładzie samolotu wojskowego. Sportsmen i przystojniak, za którym obejrzy się niemal każda niewiasta i może dlatego ma tak wielu kolegów. Jako jedyny miał na lodowcu problemy z oczami, ale chyba z powodu marnych okularów. Twardziel, gentleman i najprawdopodobniej najsilniejszy człowiek w ekipie. W przeciwieństwie do innych sokołów, z całą pewnością żadnej góry nie ominie…)

Adaś z Wrocławia (późniejszy "Wódz", lat 21; student matematyki na Uniwersytecie dla odmiany Wrocławskim; na samym początku robił wrażenie lekko spiętego, ale jak się rozkręcił to hoho… Dotychczasowe szczytowe osiągnięcie: Civetta w Dolomitach (3218 m n.p.m.) Jako jedyny wlazł z plecakiem całą drogę od Prijuta na sam szczyt, na którym był zresztą w szpicy przedniej (wraz z Mikim); przyczynił się (swoim zajebistym telefonem marki SONY) do powstania hymnu całego wyjazdu, świetny kumpel i godny zaufania towarzysz, na pewno niejedno jeszcze razem załoimy, bo znając go, Korona Ziemi, to plan minimum...)

i Ja – w jednej osobie kronikarz Wyprawy i Kiero, którym mnie zrobili... (Kiero - lat 29; doktorant geografii na Uniwersytecie Łódzkim; pasjonat wiedzy o Matce Ziemi  (o czym ja, czyli Adaś miałem okazje się przekonać podczas wykładu o kamyczkach nad rzeczką Baksan, opodal krzaczka); odjechane poczucie humoru, grube okulary i jeszcze grubsze okugogle. Po górach chodzi od zawsze albo jeszcze dłużej. Dotychczasowe szczytowe osiągnięcie- Rysy (2499 m.n.p.m.). Kierownikiem został wybrany przez aklamację na propozycję Małego. Sprawdził się rewelacyjnie. Był siłą napędową, dobrym duchem i Matką Teresą całej ekipy z Kalkuty. Bardzo tęsknił za swoją Huanitą, której jako tej Penelopie ze szczytu potelemachał. Twardziel jakich mało, zasuwał po górach ze skręconą kostką, napychał śnieg do butelek gołymi rękami, zajadał się kaszkami mlecznymi, ale też, co najbardziej godne podziwu, jako jedyny umiał wytrzymać z Żabą ;) Urodzony przywódca i mediator, każdej ekipie życzymy takiego kierownika!!)

Gdy obowiązki zawodowe mnie oderwały od sprawy Elbrusu, dzielnie zastąpił mnie Miki (jako pełniący obowiązki Kiera), a także cała reszta Ekipy, w tym Siejka, której tym bardziej żal, że w końcu nie pojedzie!

Roboty mieli w bród: Siejka sprawdzała pociągi przez Białoruś i Rosję, załatwiła vouchery (które dziś po drodze poda mi w Koluszkach, a które się w końcu nie przydały), Miki załatwił taniej ubezpieczenie, Piotrek szukał w Arco (Włochy!) dla mnie gogli; pozostałej części Ekipy póki co nie wymieniam, bo nawet nie było czasu, żeby o wszystkim pogadać... Nagadamy się jeszcze po drodze!

Szczególnie ze sprzętem, a także z dobrymi, cennymi radami, pomógł Leszek. Dzięki niemu mam buty (Chiruca Nepal, zresztą Miki też), składane kije trekkingowe (Salewa), również Salewy raki aluminiowe.

22.07 wróciłem z robót terenowych do Łodzi i zaczął się na dobre cały młyn przedwyjazdowy. Każdy miałKaukaz - podział administracyjny coś jeszcze do załatwienia/ kupienia. Jeśli chodzi o mnie, to największy kłopot sprawiły mi „oku-gogle”, a właściwie ich brak. W Łodzi można zapomnieć latem o tego typu ustrojstwie. Dzięki uprzejmości Łukasza (brata Huanity) udało mi się zdobyć około 20 numerów telefonów do sklepów turystycznych i narciarskich w Warszawie. W jednym jedynym mieli jedną jedyną parę firmy Salice... kazałem odłożyć w sekund 5 i efekt jest taki, że dziś muszę o 16 jechać do Warszawy, by (trochę w – nomen omen – ciemno) kupić owe gogle (175 zł). Reszta ekipy wsiada o 19.35 i spotykamy się na Wschodniej. Czeka mnie więc dzisiaj Odyseja ze wszystkimi gratami po Warszawie, a temperatura od kilku dni nie schodzi poniżej 30 st. C... Na szczęście Łukasz mnie ugości między 18 a 23 w domu!

Tak naprawdę to już mam jedną parę okularów – trochę przedpotopowe UVEX-y bez gąbki dookoła (gniotą!). Awaryjnie, gdyby te z Warszawy okazały się niezbyt, to jakoś się przemęczę... Mam je przez przypadek od Maćka N. – kolegi z olimpiad geograficznych, którego już nawet nie pamiętałem, ale dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności udało się odnowić znajomość. Okazało się, że Maciek jeździ na nartach w Alpach i może mi je pożyczyć! Dzięki!
Kolejne podziękowania dla kolegi Banana za pożyczenie czołówki i znów dla Leszka za rękawice ocieplone i z gore-texem!

W dniu 26.07 (sobota) odbyło się u Mikiego zebranie przedwyjazdowe, na którym w 5/6 zjawiła się Cała Ekipa. Zabrakło Adasia z Wrocławia, co zrozumiałe. Na zebraniu omówiliśmy wszystko (mam nadzieję!), począwszy od sprzętu, poprzez ciuchy, żarcie, a kończąc na sprawach formalno-transportowych. Największe kontrowersje wzbudziła kwestia liny, uprzęży i wszystkiego, co się z tym – nomen omen – wiąże. Ostatecznie stanęło na tym, że jednak nie bierzemy. Przeważył argument, że i tak w razie sytuacji kryzysowej moglibyśmy mieć kłopot z prawidłowym użyciem. Kolejnym argumentem było to, że z liną możemy poczuć się zbyt... pewnie. Zamiast więc pchać się z całym alpinistycznym osprzętem (który też jednak sporo waży), mamy kilka dni w zapasie, GPS i będziemy dodatkowo mierzyć azymuty wychodząc na aklimatyzacyjne rekonesanse. Przy ładnej pogodzie okaże się to oczywiście zbędne, przy załamaniu pozwoli nam wrócić do bazy ze szczytu, bez groźby pobłądzenia w uszczelinione strefy lodowca. Przynajmniej taką mamy nadzieję!

Kolejnym problemem z cyklu nie-do-rozwiązania okazała się sprawa waluty ($). W Łodzi $ w wydaniu jednodolarowym (i to wypuszczonym po 1993 roku) to deficyt taki, że lej depresyjny to przy tym może nie Everest, ale Elbrus z pewnością. Inni z Ekipy poradzili sobie z tym różnie – jedni lepiej, inni gorzej. Ja, po wizycie w chyba szesnastu kantorach uciułałem:
10$ w dziesięciodolarówce
90$ w pięciodolarówkach
50$ w jednodolarówkach
Oprócz tego zabieram 500 zł (w tym 175 na oku-gogle).

W niedzielę w Tesco zakupiłem prowiant w góry i na drogę za łączną kwotę 125 zł. Na akcję górską (max. 8 dni) mam:
1 opakowanie sucharów
8 różnych puszek (tych 110 gram)
8 czekolad (5 białych i 3 gorzkie)
4 opakowania ziemniaków puree z cebulką i grzankami
4 różne gorące kubki
2 kaszki mleczno-ryżowe

Miki natomiast wziął:
2 opakowania sucharów
11 puszek (110 gram)
6 zupek „chińskich”
3 porcje kuskusu
4 kaszki mleczno-ryżowe 250 gram
3 gorące kubki
3 tubki zagęszczonego mleka słodzonego
mleko w proszku 250 gram
suszone owoce (banan, marakuja, rodzynki, ananas) 600 gram
8 czekolad (mleczne i gorzkie)

No i musi starczyć. Za to na całą drogę wielka reklamówka pyszności!
Pierwszym moim prywatnym sukcesem wyprawowym jest to, że upychając wszystko niemiłosiernie, udało mi się spakować w moją Gardę Natalexa – łączna pojemność 55 litrów!!!
Aha, dwa dni po nas, na Elbrus wybiera się Zbyszek A. (wraz z dwudziestopięcioosobową ekipą z całej Polski). Pewnie się gdzieś tam spotkamy


Elbrus 2003:
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 Następna