Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!

26.01.2004

Tomek spędził noc na Nido, gdzie go spotkaliśmy ok. 9.30 podczas schodzenia. Zwinęliśmy namiot, który stał tam równo tydzień i z całym dobytkiem zjechaliśmy po piargu do Plaza de Mulas. Tym razem nawet to było wykańczające...

Nazajutrz zaplanowaliśmy zejście do Los Penitentes, a jeszcze tego dnia zjedliśmy pierwszy od dwóch tygodni normalny posiłek: kurczak z ziemniakami w sosie i piwo. W sumie po targach zapłaciliśmy po 14 dolarów od osoby. Zdzierstwo...


27.01.2004

Wstaliśmy o 7.30 i po spakowaniu dowiedzieliśmy się, że... nie możemy iść na dół! Rio Horcones miała w Confluencii zbyt wysoki poziom – zalała most i nie było przejścia. Przynajmniej tak powiedzieli strażnicy. Mimo to byliśmy przekonani, że dalibyśmy sobie radę, ale Guarda Parque zabroniła wyjścia z bazy! Cóż było robić? Nie mieliśmy najmniejszej ochoty na jeszcze jeden dzień w Plaza de Mulas. Po jakiejś pół godzinie deliberacji wszyscy przystali więc na moją propozycję, żeby nie wdawać się w dyskusję ze strażnikami (bo nic nie wskóramy), tylko wymknąć się chyłkiem. Wraz z grupą Anglików wprowadziliśmy zatem w czyn Wielką Ucieczkę. Wyszliśmy jak gdyby nigdy nic w kierunku sąsiedniego schroniska i doliną strumienia, zasłonięci od strony bazy, okrążyliśmy ją aż do miejsca, skąd już nas nie było widać. Tam wróciliśmy na normalną ścieżkę.

Przeprawa przez wezbraną Rio HorconesDroga do Confluencii była długa i męcząca, a Rio Horcones jakby rzeczywiście trochę wezbrana, ale i tak kilka razy bez większego trudu ją przeskoczyliśmy. Wreszcie w Confluencii spojrzeliśmy na Żywioł. Tam, gdzie przedtem była ścieżka tym razem przewalała się rycząca spieniona woda o barwie kawy z niewielkim mlekiem. Ale most wciąż było widać! Zeszliśmy do wąwozu i przeprawiliśmy się brodząc w butach w wodzie po uda. Nurt okazał się silny, ale przy pomocy kijów teleskopowych wcale nie było tru8dno przejść! Czemu chcieli nas z takiego powodu zatrzymać w bazie?!

Potem było już tylko nudne „nabijanie kilometrów” do bram Parku, ból stóp i pleców, aż wreszcie koniec. Oddaliśmy swoje worki ze śmieciami (ich ewentualna utrata kosztowałaby nas 100 dolarów) i grzecznie, albo raczej bezsilnie, poczekaliśmy aż Osualdo z firmy Lanko przyjedzie po nas autem. Następnie wsunęliśmy obiad w knajpie (dla odmiany po 4 dolary od osoby), by zaraz potemPrzygotowania do raftingu wskoczyć pod pierwszy od dwóch tygodni PRYSZNIC. Nareszcie...

28.01.2004 – 2.02.2004

Trochę odpoczynku, trochę przygody. Między innymi zabawiliśmy się w spływ pontonem na Rio Mendoza – tak zwany rafting. Rzeka jest trudna (4+ w sześciostopniowej skali), więc zabawa była przednia, choć nie dla Marka, który spadł z łodzi i po odłowieniu nie miał już specjalnej ochoty kontynuować przejażdżki. Cena 55 USD od osoby. Wylegiwaliśmy się też trochę na plaży w Isla Negra w Chile, ale że pogoda była nieszczególna a ocean zimny, to Rafterzy w komplecie10wróciliśmy do Santiago, gdzie odwiedziliśmy jeszcze ponoć największy na świecie pchli targ. Noc spędziliśmy w schronisku u Scotta zwanym też SCS Habitat na San Vincente 1157 róg Av. Ramon Sobercaseaux. Polecamy je serdecznie, atmosfera wspaniała, a ceny niewygórowane (w przeliczeniu ok. 7 USD za nocleg ze śniadaniem). Schronisko jest naprawdę kultowe, więc z żalem udaliśmy się 1.02 na lotnisko, skąd nasz Airbus zabrał nas ku zimie...

Aconcagua okazał się przy dobrej pogodzie nie być specjalnie trudnym do zdobycia szczytem. Największy kłopot sprawiła nam znaczna wysokość nad poziomem morza i związane z nią niedotlenienie. Nawet dla dobrze zaaklimatyzowanej osoby, która spędziła kilka dni w bazie, a potem nocowała w kolejnych obozach, atak szczytowy to znaczny wysiłek. Trzeba jednak podkreślić, że nie jest to góra wyłącznie dla zaawansowanych alpinistów, bo w zasadzie każdy człowiek o dobrej kondycji i, powiedzmy, alpejskim doświadczeniu trekkingowym może się z nią zmierzyć. Czy z sukcesem? To zależy od wielu czynników, a najważniejsze z nich to pogoda i zdolność aklimatyzacyjna organizmu. Dodam jeszcze z myślą o naszych potencjalnych następcach, że koszt całej wyprawy wyniósł w naszym przypadku ok. 6500 PLN od osoby, z czego nieco ponad połowę stanowiła cena biletu lotniczego z Warszawy do Santiago. 

Cordiliera de la Ramada widziana z samolotu
Zdjęcia: Tomek, Miki
Tekst: Miki

Aconcagua 2004: Poprzednia 1 2 3 4 5 Strona główna