Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!


25.01.2004

Do pierwszej z minutami nie mogłem spać z powodu kłopotów z oddychaniem. Zasypiając zwyczajnie (!?) zaczynałem się dusić! W sumie nic dziwnego, barometr pokazywał 445 hPa. Tlenu pewnie było ok. 40% tego, co na poziomie morza... Wreszcie zdecydowałem się wziąć dwie tabletki Dexamethazonu, które dość szybko pozwoliły mi paść w objęcia Morfeusza.

Pobudka o 4.30. Godzinę przed czasem, bo po obozie na cały głos nawoływali się jacyś Anglicy. Osobiście po kłopotach z zaśnięciem miałem ochotę ich walnąć, poprzestałem jednak na donośnym „Shut uuup”. No cóż, za mną 3,5 godziny snu przed atakiem zamiast siedmiu. Chyba nie tak miało być...

Kaszka na śniadanie smakowała nawet OK., ale z trudem ją w siebie wmusiliśmy (na tej wysokości generalnie nie chce się jeść). Dudi i Marek wyszli o 6.30, a my z Tomkiem o 7.10. Startując miałem wrażenie, że jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak zmęczony, a przecież prawdziwa walka jeszcze się nie zaczęła!

W Campo IndependenciaPierwsze metry dały nam w kość stromizną i nierozchodzeniem. Na ok. 6000 Tomek zrezygnował z powodu powrotu kłopotów z oczami. Do poprzednich dolegliwości dołączyło rozmazane widzenie. Rzeczywiście, lepiej żeby nie ryzykował. Wziąłem jego aparat fotograficzny, termos i dalej poszedłem sam. Jeden odpadł, pozostało trzech...

O 8.00 spotkałem Dudiego i Marka na postoju w pierwszych promieniach słońca. Zrobiło się cieplej w stopy, ale zaczęło razić w oczy. W związku z tym podkleiłem dolną krawędź okularów (gdzie miałem nad policzkiem około milimetrową szczelinę) plastrem. Był to jedyny pomysł, na jaki wpadłem dla zwiększenia ochrony oczu. Na szczęście okazał się skuteczny!
W Campo Independencia

Aż do Camp Independencia (ok. 6400) szło się ciężko i bez poczucia „szczytowania”. Po prostu walka o metry: 10-20 powolnych kroków i minuta pauzy na wyrównanie oddechu. W Independencii Dudi powiedział „Tu już pachnie szczytem” – to zdanie dodało nam skrzydeł. Co nie przeszkodziło nam zrobić sobie niemal godzinny postój – zjedliśmy batona i poczekaliśmy na Marka. Umówiliśmy się z nim, że dalej idziemy każdy swoim tempem i spotykamy się na szczycie lub podczas naszego zejścia.

Powyżej Independencii do przejścia jest dwugodzinny trawers – bardzo wietrzny (ok. 80 km/h) i dość stromy, więc znów więcej staliśmy niż maszerowaliśmy. Za trawersem zrobiliśmy ponownie krótki postój, zostawiliśmy jeden z u wylotu Canaletyplecaków pod skałą (postanowiliśmy odciążyć Dudiego, który poczuł się gorzej od zmęczenia i wysokości) i ruszyliśmy na podbój słynnej Canalety. Jest to, moim zdaniem, bardziej kocioł niż żleb, a choć jego ściany są bardzo strome, to nam najbardziej dała w kość operacja słoneczna. W ciągu 10 minut zdjęliśmy gore-texy i bluzy pozostając w jednym polarze i czapce dla ochrony przed udarem. Temperatura w słońcu wynosiła orientacyjnie ok. 15-20 ºC.

Canaleta to około 2,5 godziny stromej ścieżki, gdzie marzeniom o tlenie nie dorównują nawet te o wygodnym łóżku. Walka idzie o każdy metr przewyższenia, a kolejne 5-10 kroków jest okupione długim dyszeniem na postoju. Szczyt cały czas zdaje się być na wyciągnięcie ręki, a jednak minuty dzielące odeń dziwnie rozciągają się w godziny.Dudi i Miki na szczycie Aconcagua

krzyż szczytowyWreszcie o 15 znaleźliśmy się na grani i od razu jak grom poraził nas widok południowej ściany Aconcagua. Faktycznie jest niesamowita. Nawet bardziej niż na zdjęciach. Jeszcze 20 minut i nareszcie osiągnęliśmy SZCZYT! Nasz altimetr pokazał co prawda 6860 m, ale to najwyraźniej błąd pomiaru, bo krzyż i skrzynka z książką szczytową powiedziały wyraźnie, że weszliśmy na Dach Ameryk na 6962 m n.p.m.! Uściski i okrzyki, a nawet śpiew na bezdechu – to właśnie tam wyprawialiśmy. Taką euforię można przeżyć tylko w Górach. Było też co podziwiać. Oprócz Południowej Aconcagua największe wrażenie robił widok Cordilliera de la Ramada wraz ze zdobytym po raz pierwszy przez Polaków Mercedario. Fotki, wpisy do książki i zebranie kilku kamyków na pamiątkę zabrały nam w sumie ze 40 minut.

O 16 ruszyliśmy w dół. Po 20 minutach spotkaliśmy Marka, który nadal mozolnie piął się w górę. Szacunek! Sądziliśmy, że odpuścił!

Zejście było męczące, ale zajęło tylko dwie godziny. Wreszcie Berlin, mata, śpiwór i ciepła zupka. Natomiast Marek coś długo nie wracał, zaczęliśmy się już martwić, tym bardziej, że nie mieliśmy już na czym gotować (skończył się gaz) i nie mogliśmy nawet wyjść mu naprzeciw z termosem herbaty. Wreszcie o godz. 22 przyszedł – kompletnie wyczerpany, ale jednak OK. Aconcagua zdobyty! (Aconcagua to słowo wywiedzione z języka Inków, w którym oznacza :Kamiennego strażnika”. Stąd użyty przeze mnie rodzaj męski.)
Słynna południowa ściana Aconcagua widziana ze szczytu


Aconcagua 2004: Poprzednia 1 2 3 4 5 Następna