![]() |
25.01.2004
Pobudka o 4.30. Godzinę przed czasem, bo po obozie na cały głos nawoływali się jacyś Anglicy. Osobiście po kłopotach z zaśnięciem miałem ochotę ich walnąć, poprzestałem jednak na donośnym „Shut uuup”. No cóż, za mną 3,5 godziny snu przed atakiem zamiast siedmiu. Chyba nie tak miało być...
Pierwsze
metry dały nam w kość stromizną i nierozchodzeniem. Na ok. 6000
Tomek zrezygnował z powodu powrotu kłopotów z oczami. Do
poprzednich dolegliwości dołączyło rozmazane widzenie.
Rzeczywiście, lepiej żeby nie ryzykował. Wziąłem jego aparat
fotograficzny, termos i dalej poszedłem sam. Jeden odpadł,
pozostało trzech...
Aż do Camp Independencia (ok. 6400) szło się ciężko i bez poczucia „szczytowania”. Po prostu walka o metry: 10-20 powolnych kroków i minuta pauzy na wyrównanie oddechu. W Independencii Dudi powiedział „Tu już pachnie szczytem” – to zdanie dodało nam skrzydeł. Co nie przeszkodziło nam zrobić sobie niemal godzinny postój – zjedliśmy batona i poczekaliśmy na Marka. Umówiliśmy się z nim, że dalej idziemy każdy swoim tempem i spotykamy się na szczycie lub podczas naszego zejścia.
plecaków
pod skałą (postanowiliśmy odciążyć Dudiego, który poczuł
się gorzej od zmęczenia i wysokości) i ruszyliśmy na podbój
słynnej Canalety. Jest to, moim zdaniem, bardziej kocioł niż żleb,
a choć jego ściany są bardzo strome, to nam najbardziej dała w
kość operacja słoneczna. W ciągu 10 minut zdjęliśmy gore-texy i
bluzy pozostając w jednym polarze i czapce dla ochrony przed udarem.
Temperatura w słońcu wynosiła orientacyjnie ok. 15-20 ºC.
Canaleta
to około 2,5 godziny stromej ścieżki, gdzie marzeniom o tlenie nie
dorównują nawet te o wygodnym łóżku. Walka idzie o
każdy metr przewyższenia, a kolejne 5-10 kroków jest
okupione długim dyszeniem na postoju. Szczyt cały czas zdaje się
być na wyciągnięcie ręki, a jednak minuty dzielące odeń dziwnie
rozciągają się w godziny.
Wreszcie
o 15 znaleźliśmy się na grani i od razu jak grom poraził nas
widok południowej ściany Aconcagua. Faktycznie jest niesamowita.
Nawet bardziej niż na zdjęciach. Jeszcze 20 minut i nareszcie
osiągnęliśmy SZCZYT! Nasz altimetr pokazał co prawda 6860 m, ale
to najwyraźniej błąd pomiaru, bo krzyż i skrzynka z książką
szczytową powiedziały wyraźnie, że weszliśmy na Dach Ameryk na
6962 m n.p.m.! Uściski i okrzyki, a nawet śpiew na bezdechu – to
właśnie tam wyprawialiśmy. Taką euforię można przeżyć tylko w
Górach. Było też co podziwiać. Oprócz Południowej
Aconcagua największe wrażenie robił widok Cordilliera de la Ramada
wraz ze zdobytym po raz pierwszy przez Polaków Mercedario.
Fotki, wpisy do książki i zebranie kilku kamyków na pamiątkę
zabrały nam w sumie ze 40 minut.
O
16 ruszyliśmy w dół. Po 20 minutach spotkaliśmy Marka,
który nadal mozolnie piął się w górę. Szacunek!
Sądziliśmy, że odpuścił!
![]() |
| Aconcagua 2004: | Poprzednia | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | Następna |