![]() |

18.01.2004
Wyszliśmy całą czwórką, ale Dudi, Tomek i Marek czuli się nie najlepiej i zostali po drodze w obozie Canada (ok. 5000). Idąc szybciej i nie wiedząc o ich decyzji czekałem ponad dwie godziny w Camp Alaska (ok. 5350), gdzie poznałem dotkniętego przez ostatnie dwa dni całkowitą ślepotą śnieżną Anglika Jasona. Będąc sam musiał załatwiać się do garnka nie wychodząc z namiotu i nie zdejmując opaski z oczu. Byłem mu wybawieniem, bo mogłem wylać poza namiot to, co przez dwa dni „naprodukował”. Na szczęście, jak się później dowiedziałem, nazajutrz odzyskał normalne widzenie. Ok. godziny 18 wciąż nie widząc śladu chłopaków, zostawiłem depozyt i zszedłem na noc do Canady.

19.01.2004
Pogoda jak co dzień rano była świetna więc postanowiliśmy ruszać do góry, nie przejmując się kasandrycznymi prognozami z przedwczoraj. Jednak Dudi nie czuł się dobrze. Bolała go głowa. Postanowił wyjść tylko trochę do góry i zejść do bazy. Pozostała trójka mierzyła w przełęcz Nido de Condores (Gniazdo Kondorów), ostatecznie jednak dotarłem tam ja wraz z Tomkiem oraz łagodną postacią ślepoty śnieżnej – łzawienie i ból (zaraziłem się od Jasona, czy jak?!). Spędziłem więc wieczór w koszulce na oczach, co na szczęście pomogło i nazajutrz czułem się już normalnie. W międzyczasie Marek (wraz z Dudim, który poczuł się lepiej) doszli do Camp Alaska i tam przenocowali.

20.01.2004
Rano poczułem się – na oko – lepiej, a Tomek – na chorobę wysokościową – gorzej, więc o godz. 13 wyruszyłem sam do obozu Berlin (ok. 5950), gdzie dotarłem o 15 i zainstalowałem się do snu (w górach człowiek wcześnie chodzi spać) w całkiem wypasionej budzie Berliner Berghütte. Później dołączyła do mnie sympatyczna para Niemców, która nazajutrz planowała atakować szczyt. Poza tym w obozie roiło się od Rosjan z wyraźnie sponsorowanej przez znanego producenta namiotów wyprawy, którzy wśród innych bagaży mieli zeskładowane ok. 10 dużych butli z tlenem. No cóż, każdy ma swój styl wejścia, ale Aconcagua w maskach? Hmm...
W międzyczasie Tomek wyszedł i z Nido na spacer aklimatyzacyjny w kierunku Berlina, ale po dotarciu na ok. 5600 miał pewne kłopoty z oczami (niezdiagnozowana dotychczas dolegliwość polegająca na wrażeniu ucisku w kącikach, tym silniejszym, im większa wysokość i im intensywniejszy wysiłek).
Dudi i Marek zeszli z Alaski do bazy.
21.01.2004
Noc w Berlinie była przeraźliwie zimna (-20ºC, co jak na to miejsce i tak jest całkiem znośną wartością), ale przebiegła OK. Rano w szopie depozyt ze szturm-żarciem – żele i batony energetyczne, czekoladę, plusz i herbatę – oraz dwoma kartuszami gazu i bluzą polarową. O 12 zszedłem z powrotem na Nido, przy czym udało mi się zwalczyć rano
Po południu Dudi, Marek i Tomek udali się do położonego o 20 minut schroniska zadzwonić przez telefoniczny wrzutowy automat satelitarny do Polski (4 pesos za minutę), a ja moczyłem obolałe stopy w małym i brudnym oczku wodnym, w którym postanowiłem też wypłukać (bez mydła, bo nie wolno) przepoconą koszulkę. Po chwili przyszli panowie z Guarda Parque (Straż Parku) i powiedzieli, że moczenie koszulki i stóp kosztuje 100 dolarów. Tłumaczenia, że „bez mydła” nic nie dały i trzeba było zapłacić. Najdroższe pranie w życiu...
22.01.2004
Dudi i Marek wyszli do Alaski po zostawiony tam namiot i poszli spać do Nido. Tomek i ja – dzień bazowy.
23.01.2004
Dudi i Marek weszli z Nido do Berlina z planem noclegu i ataku nazajutrz, ale wieczorem Marek bardzo źle się poczuł z powodu wysokości i o 21 wykonali szybki odwrót na przełęcz. Tomek i ja – dzień bazowy.
24.01.2004
Pod
wieczór weszliśmy z Tomkiem na Berlin, gdzie spotkaliśmy
Dudiego i Marka, którzy dotarli tam ponownie z
Nido raptem pół
godziny wcześniej. Ja znów miałem lekką ślepotę śnieżną,
ale tym razem już wiedziałem, że szybko minie i nurtowało mnie
jedynie, jak jej zapobiec w przyszłości. W końcu okulary lodowcowe
nosiłem bez przerwy od świtu do zmierzchu. Co jeszcze mogłem
zrobić?
| Aconcagua 2004: | Poprzednia | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | Następna |