Miki - Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!

Dzień 9, 1 czerwca (niedziela)

Monachium - (8 pociągów) - Berlin - (pociąg) [PL] - Kutno - Piątek - Biała - Zgierz - Łódź – dom; 65,46 km; AVS 23,80 km/h; ALT ok. 200 m

Noc w pociągach przeszła szczęśliwie tak jak poprzednia, czyli bez historii. W Berlinie byliśmy bodaj o 11 i trzy pozostałe nam godziny spędziliśmy na uściślaniu, jak kupić bilety na ekspres do Warszawy, skąd on odjeżdża oraz gdzie jest ten Berlin-Lichtenberg. Okazało się, że dojeżdża tam S-Bahn, więc z braku planu miasta i ochoty na błądzenie skorzystaliśmy z opcji z wnoszeniem rowerów na najwyższy poziom dworca głównego i przejechania się na maxa zatłoczoną kolejką miejską, na którą szczęśliwie obowiązuje bilet weekendowy, przy pomocy którego dotarliśmy aż tutaj. Po drodze zakupy picia na drogę, gdyż zrobił się upał.

Na stacji spędziliśmy jeszcze z godzinę, zanim podstawiono spóźniony (!) pociąg. Odjechał 20 minut po czasie, a my razem z nim. Teraz już tylko dotrwać do granicy i zacząć dzwonić ;)

Z telekonferencji uwidoczniło się nam (Markowi i mnie), że o pociągach do Łowicza i Łodzi o tej porze (ok. 22) możemy nawet nie marzyć. Najbliższe jakoś nad ranem. Cóż było robić, w Kutnie pożegnaliśmy się z Michałem obiecując sobie szybką wymianę zdjęć i jeszcze niejedną wyprawę w przyszłości i popedałowaliśmy do Piątku. Wieczór był chłodnawy, ruch niewielki, więc jechało się świetnie, dobrym tempem.

W Piątku na stacji benzynowej Marek postawił po Snickersie i nastąpiła chwila rozstania. Oczywiście, że jeszcze nie raz gdzieś razem pojedziemy! Może nie uda się już w tym roku, ale za rok...? Potem już tylko mrok, pęd, chłód i parę górek przez Zgierzem, które o dziwo dały nieco w kość. Przelot nocą przez miasto nie stanowił już problemu i około godz. 1 zameldowałem się w domu, by ostatecznie zamknąć niezwykle udaną wyprawę Giro d’Alpi 2008. Oj działo się! ;) 

Podsumowanie

Wyprawa okazała się stuprocentowym sukcesem. Ludzie sprawdzili się rewelacyjnie (dzięki Wam, Panowie, za ten wspaniały tydzień!), a z zadowoleniem dodam, że jeśli odstawałem poziomem od reszty ekipy to w każdym razie nie na tyle, aby chłopaki dali mi odczuć, że im to przeszkadza. Oczywiście Michał był poza zasięgiem, ale i to nie stanowiło bynajmniej jakiegoś problemu – po prostu kiedy miał ochotę jechać szybciej, to jechał, a potem spotykaliśmy się na postoju.

Podobnie dobrze sprawił się sprzęt – jedna pęknięta szprycha (Marek), jedno centrowanie (ja) i jedna regulacja hamulców (Michał) mówią same za siebie. No i NIKT nie złapał gumy! :)

Wreszcie trafiła się nam i pogoda, bo przecież jeden dzień deszczowy na 8 dni w takim miejscu i czasie jak Alpy w maju to wynik rewelacyjny, tym bardziej, że zlewa przypadła akurat tego dnia, kiedy mieliśmy możliwość wyspać się w łóżkach i wysuszyć :)

No i last but not least sceneria – cóż może być piękniejszego niż moje ukochane góry z ukochanego siodełka ukochanej Schwinnki? A przecież to nie byle jakie góry i muszę przyznać, ze duma mnie rozpierała, kiedy je ujeżdżałem wzdłuż i wszerz. Nie taję więc, że już nazajutrz po powrocie zacząłem wodzić palcem po mapie w poszukiwaniu kolejnych alpejskich tras... :)



Giro d'Alpi 2008: Poprzednia
1 2 3 4 5 6 7 Strona głowna