Miki - Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!


Dzień 7, 30.05 (piątek)

Ortisei - Plan - Passo di Sella (2.244 m) - Plan – Ortisei; 42,68 km; AVS 12,87 km/h; ALT 1.210 m

Rano pogoda była marna. Chmurzyło się i wyglądało, że wyżej będzie gorzej. Mimo to wyjazd nastąpił sprawnie (bo bez pakowania) i lekko po godz. 9 już pięliśmy się w górę doliny. Podjazd tym razem był rzeczywiście równomierny i dość łagodny, i dopiero za Selva Gardena zaczęły się serpentyny. Przed Planem trochę zacząłem czuć lewe kolano, chłopaki mnie wyprzedzili i straciłem ich z oczu. Jechałem sobie spokojnie, a tymczasem chmurzyło się coraz bardziej, a w Planie nawet spadło kilka kropel, więc zmieniłem spodnie na przeciwdeszczowe, żeby w razie czego móc szybciej się dostosować. Temperatura wynosiła (na oko) ze 12 stopni, więc w długich spodniach nie było jakoś specjalnie gorąco.

Im dalej w górę, tym mniej mi się podobały: zarówno pogoda, jak i moje kolano. To ostatnie nie bolało co prawda zbyt nachalnie, ale ja zdawałem sobie sprawę, ze mam w nogach bardzo poważną i ciężką wyprawę i być może właśnie teraz mój organizm mówi mi, że wystarczy. Trzeba przyznać, że okazja była nie lada, bo dziś nie było konieczności donikąd jechać. Dałem więc znać chłopakom, żeby na mnie nie czekali i że sam wybieram się tylko albo na pierwszą przełęcz (Passo di Sella) albo co najwyżej na najkrótszą pętlę (4 niezbyt poważne przełęcze, ok. 70 km).

Przed Sellą chwilę popasałem i kiedy kończyłem, zaczęło padać. Założyłem więc resztę stroju przeciwdeszczowego (kurtka i worki foliowe na buty) i w gęstniejącym deszczu podążyłem dalej. Zagrzmiało. Zawiało. I przyszedł grad. Zanim dojechałem na przełęcz, musiałem się jeszcze zatrzymać pod daszkiem nieczynnego schroniska, bo grad z deszczem tak siekły po twarzy, że ciężko było wytrzymać. Kiedy ustało gradobicie pojechałem w siąpiącym deszczyku wyżej, aż na Sellę. Nie muszę chyba dodawać, że w międzyczasie dojrzała we mnie decyzja, że prosto stamtąd wracam tą samą drogą na kwaterę :)

Na przełęczy spędziłem ok. godziny czekając aż się nieco przejaśni, żeby pocykać fotki, ale niezbyt wiele w ten sposób osiągnąłem, więc obfotografowawszy tylko najbliższą okolicę, w końcu popędziłem w dół. Na kwaterze byłem z powrotem po godz. 13 i postanowiłem coś dobrego sobie dziś ugotować (zupki chińskie precz! ;) Market był czynny dopiero od 15 (sjesta), więc trochę przysypiałem, a trochę czytałem zabraną jeszcze z Polski gazetę. Wreszcie zrobiłem zakupy, zjadłem to i owo, i znów czytając, czekałem na chłopaków.

Wrócili ok. 19, totalnie przemoczeni i przemarznięci, po zrobieniu najkrótszej pętli. Nie wiem, czy to do końca prawda, że mimo pogody postanowili jechać, czy też raczej burza złapała ich już sporo za Sellą i stwierdzili, że mniej im się chce wracać pod górę niż pod górę podążać dalej ;)

W każdym razie zrobili to i owo, a ja w zamian sobie nieco odpocząłem i oszczędziłem kolano i sądzę, że każdy był ze swojej decyzji w miarę zadowolony :)

Dzień 8, 31.05 (sobota)

Ortisei - Laion - Bressanone - Spelunca - Vipiteno - Passo del Brennero (1.375 m) - [A] - Gries - Innsbruck - Zirl - Seefelder Sattel (1.185 m) - Ponta Claudia - [D] - Mittenwald - Garmisch-Partenkirchen - (pociąg) - Monachium - oglądanie miasta późnym wieczorem; 200,93 km; AVS 22,37 km/h; ALT 1.670 m

Od początku było wiadomo, że będzie to najdłuższy etap wyprawy. W zależności od tego, dokąd uda nam się dojechać, miał mieć od 130 do 190 kilometrów. A że po drodze jeszcze parę górek, więc wyjechać postanowiliśmy o 7 rano. O dziwo, udało się ;)

Start mocny, bo mieliśmy kilkanaście kilometrów zjazdu. Szczęśliwie pogoda się poprawiła. Wśród snujących się porannych mgieł nie mieliśmy niestety specjalnie okazji do podziwiania widoków, ale przełożyło się to na tempo i gdy zameldowaliśmy się w z powrotem w dolinie Isarco średnia wynosiła niemal 30 km/h :)

Stamtąd zaczął się delikatny, w zasadzie niewyczuwalny podjazd uprzyjemniany dodatkowo łagodnym wiatrem w górę doliny. Cięliśmy więc gracko i w okolicach Vipiteno, skąd podjazd miał się zrobić konkretniejszy średnia wciąż oscylowała wokół 26 km/h. Muszę przyznać, że nie zdawałem sobie sprawy, jak coś takiego pozytywnie wpływa na motywację do jazdy. Godziny była jeszcze wczesna (bodaj ok. 11, a my na liczniku mamy już ponad 60 przejechanych kilometrów i to z taką średnią. Aż się chciało grzać dalej! :)

Przed podjazdem postanowiłem się nieco posilić, a że chłopakom ten moment na jedzenie nie odpowiadał, więc umówiliśmy się na spotkanie na przełęczy Brennero. Po jakiejś półgodzinie ruszyłem za nimi. Na początku było kilka krótkich tuneli i nieco stresu, bo krótko wcześniej widziałem samochód carabinierich. Na szczęście podczas jazdy mnie nie spotkali. Potem rzeczka przełamywała się przez dość wąski i stromy wąwóz, i podjazd zrobił się ciężkawy. 7-8 km/h. Kiedy wyjechałem z wąwozu do szerokiej doliny, czułem się już nieco zmęczony, ale... okazało się, że właściwie to już Brennero! Jeszcze z kilometr prawie płaskiego terenu i wjechałem w megakomercyjną strefę dawnego przejścia granicznego. Sprawa wygląda ciekawie, bo oprócz barów, sklepów i restauracji znajdują się tu: autostrada, parking dla tirów, stacja kolejowa i... dom handlowy w budynku dawnego przejścia granicznego. Ludzi mnóstwo, samochodów niewiele mniej. Sajgon! Jak tu znaleźć chłopaków? Przedarłem się przez miasteczko dość powoli, ale nigdzie ich nie zauważyłem. Wreszcie postanowiłem zjeżdżać i napisałem SMS, że czekam w pierwszej miejscowości poniżej (jeśli ich minąłem) lub niech oni czekają (jeśli zaczęli zjazd wcześniej). Wysłałem, ruszyłem i... za pierwszym zakrętem zobaczyłem chłopaków na popasie! :) Nie dziwię się, że nie chciało im się czekać w tym całym rwetesie powyżej ;) Po kilku chwilach ruszyliśmy dalej. Przed nami ok. 40 km zjazdu do Innsbrucku, a tu średnia wciąż ok. 24. Co będzie na dole...? :)

Zjazd prowadził się łagodnie wijącą się doliną i nie był specjalnie stromy. W zasadzie poza jednym miejscem, gdzie wyciągnąłem 70 km/h (rekord wyjazdu) ciężko było jechać szybciej niż 35 i to pedałując. Miało to zresztą swoje zalety, bo dzięki temu była nadzieja, że w dół będzie do samego Innsbrucku. Tak też podążaliśmy sobie spokojnie najpierw dnem, a potem zboczem doliny, by wreszcie w serii ostrych zakrętów zjechać z powrotem niemal na samo jej dno i znaleźć się u stóp słynnego „Mostu Europy”, czyli jednego z najwyższych mostów autostradowych na Starym Kontynencie. Widok nieziemski – most oparty na dwóch około stumetrowych (na oko – może i, cholera, wyższych?!) pylonach spina dwie granie wysoko ponad szosą. Sfotografowany na moście tir ledwo się daje zauważyć... No i maleńka figurka człowieka skaczącego na bungy, którego bardziej słychać niż widać... Rewelacja! :)

Po zrobieniu wielu fotek popędziłem dalej, by złapać chłopaków, którzy tym razem mieli znacznie skromniejsze plany dokumentacji tego miejsca niż ja ;) Marka dopadłem dopiero kilkanaście kilometrów dalej, w miejscu, skąd zaczyna się zjazd do samego Innsbrucku i skąd doskonale widać słynną skocznię narciarską. Michała zaś gdzieś wcięło. Marek mówi, że Michał go jakiś czas wcześniej wyprzedził i jakoś go nie widać. Może czeka gdzieś dalej...?

Pociągnęliśmy więc ku miastu. Tak jak to pamiętałem z moich podróży stopem jego panorama z tego miejsca jest niesamowita. Strzelałem jak najęty :) Wreszcie wjechaliśmy w obszar zabudowany, a Michała ani śladu. Czyżbyśmy go gdzieś wyprzedzili...? Stwierdziliśmy jednak, że nie ma sensu szukać się w obcym mieście i postanowiliśmy jechać dalej w swoim tempie, a na miejsce spotkania wyznaczyć jakieś bardziej oczywiste miejsce gdzieś dalej.

W Innsbrucku odnowiliśmy w czynnym o dziwo markecie koło lotniska zapasy wody, czekolad, bułek i napojów energetycznych i już pędzimy w górę Innu. Droga prowadzi w zasadzie po płaskim, jedziemy poprowadzoną tuż przy głównej trasie szosą, pogoda rozpieszcza (gorąco, ale nie upał)... no miodzio! :)

W pewnej chwili minęliśmy po prawej wybitną ścianę skalną o podstawie zasłoniętej drzewami, pod którymi stało zaparkowane mnóstwo samochodów. „Oho, łojanci”, pomyślałem i zacząłem wypatrywać ludzi w ścianie. O dziwo, nikogo nie zauważyłem. Było już ok. godz. 15, a w ścianie od kilku godzin operowało ostre słonce, więc być może, że ci, którzy chcieli załoić, już byli na górze i właśnie schodzili gdzieś naokoło (ściana miała ze 150 metrów wysokości) i dlatego ich nie dostrzegłem. W każdym razie szkoda. Tymczasem za chwilę miała przyjść i dla nas pora na wspinaczkę...

Wspomniana ściana po prawej należała do piętrzącego się przerażająco wysoko pasma Karwendelu, które oddzielało nas od Niemiec i naszego celu – Garmisch-Partenkirchen. Przełęcz, na którą mieliśmy się wdrapać, była niewysoka (zaledwie 1.185 m), ale wg mapy (profilu nie mieliśmy) czekała nas na niej czternastoprocentówka. Jakoż i za chwilę się zaczęło. Gdy tylko droga odbiła od rzeki, nastromienie zrobiło się znaczne. Już na początku zatrzymałem się na moment, żeby nasmarować łańcuch (skrzypiał od kilkunastu kilometrów) i w tym czasie Marek odjechał mi na jakieś 200 metrów. Nieprędko udało mi się go dogonić...

Najbliższe dwa kilometry to był najcięższy podjazd całej wyprawy! Zapowiadane 14% było do pierwszego zakrętu, potem (na moje oko i Marka licznik) zrobiło się 18-20%. Ciągnąłem z całych sił, a sprawę utrudniał bardzo duży ruch kołowy (włącznie z mnóstwem autokarów), który generował tyleż spalin, co hałasu. Zaiste była to próba charakteru. Nachylenie było olbrzymie, a wynikało to zapewne z faktu, że projektanci postanowili skrócić drogę i opatrzyli ją bardzo mała liczbą zakrętów. Prosto jak strzała wcinała się na kilkaset metrów w zbocze, potem jeden zakręt o 90 stopni (może to już koniec...?) i znów niewyobrażalna wyrypa. Te dwa kilometry były chyba tylko ciut mniej strome niż najostrzejsze miejsca na Mortirolo, a brak cienia, duży ruch i przede wszystkim pełen bagaż sprawiały, że były sporo trudniejsze. Wreszcie musiałem się na moment zatrzymać, żeby dać odpocząć bolącym plecom, wskutek czego całkowicie straciłem Marka z oczu (ten bowiem zawziął się i podjechał na raz, wiedząc dobrze, jakim wyzwaniem jest wystartowanie pod taką górkę).

Wypłaszczenie (do ok. 8%) powitałem jak zbawienie i natychmiast przycisnąłem. Kiedy zrobiło się 2-3% jechałem już kilkanaście na godzinę i po kilku kilometrach zobaczyłem przed sobą Marka. Dogoniwszy go nie posiadałem się z radości, że tym razem udało mi się to zrobić przed przełęczą :) Krzyknąwszy „joł!” wyprzedziłem go i popędziłem dalej. Na odległej już zaledwie o jakieś dwa kilometry przełęczy zaczekałem. Chwila odpoczynku, SMS do Michała gdzie jesteśmy i ruszamy dalej. Stąd ma być w dół aż do samego Mittenwaldu, a więc do pierwszego miejsca, skąd możemy złapać pociąg „weekendowy” do Monachium. No to jazda!

Za chwilę był uroczy zameczek po prawej stronie. Kilka fotek, zdziwienie nad „doklejonym” do niego paskudnym pawilonem z blachy a la hipermarket (serio!) i tniemy dalej. Droga wiodła szeroką doliną i znów zjazd był raczej niewyczuwalny, a przekroczenie 30 km/h pewnym wyczynem. Ale że średnia nadal nie spadła poniżej 23 km/h, więc spytałem Marka, czy mogę jechać nieco szybciej i zaczekać gdzieś po drodze, bo chciałbym wykorzystać okazję do zrobienia najdłuższego etapu z najlepszą średnią :) Zgodził się. Było już ok. 140 km na liczniku, godzina ok. 17, a przed nami jakieś trzy dychy. Popędziłem więc dalej.

Kawałek za Ponta Claudia, gdzie zaczynają się Niemcy (wg mapy przełęcz, ale to jakaś ściema, bo kto widział przełęcz, przez którą płynie strumyk? ;) zacząłem szukać miejsca na krótki popas. Patrzę, a tu... Michał! Właśnie kończył jeść. Po chwili dołączył Marek i dowiedzieliśmy się, że Michał czekał na nas na początku Innsbrucku, ale widocznie musieliśmy się jakoś minąć, więc pojechał dalej. Dostawszy nasz SMS z wysłany z Seefelder Sattel, był tuż przed tym postojem, więc postanowił tu zaczekać. W międzyczasie wymyślił też nowy Master Plan. Jako że było dopiero po 17, a nasz pociąg odchodził z Monachium o godz. 2 w nocy, więc zaproponował, żebyśmy przyoszczędzili na biletach weekendowych (planowaliśmy kupić dwa – jeden na dziś i drugi na jutro), a przy okazji przejechali się nieco dalej i... uderzyli na rowerach do Monachium. Z miejsca postoju było to jakieś 90 km, czyli zupełnie wkaszalnie w takim czasie.

Mimo to nie zdecydowaliśmy się. Być może, gdybyśmy byli na to nastawieni od początku... Ale podjęcie o tej porze decyzji, że do końca etapu mamy mieć 90 zamiast kilkunastu kilometrów jakoś nie przeszło nam przez gardło i umysły ;) Umówiwszy się na dworcu w Monachium, życzyliśmy Michałowi powodzenia.

Następne kilometry prowadziły idealnymi niemieckimi drogami wśród skalistych wierzchołków okolic Zugspitze i promieni słońca chylącego się ku zachodowi wśród nie tylko gorącego teraz, ale i parnego powietrza. Postój na kawę i kanapki za Mittenwaldem przywrócił nam nieco sił i pociągnęliśmy dalej.

Przed samym Garmisch był jeszcze jeden piękny zjazd (ponad 60 km/h) i już byliśmy w miasteczku. Zapytałem o drogę na dworzec i za chwilę urządziliśmy tryumfalny wjazd połączony z filmowaniem uwieczniającym zamknięcie pętli Giro d’Alpi 2008 :)

Chwilę zajęło nam kupno biletów w automacie (bez Michała bardziej opłaciło się jechać dziś na bilecie zwykłym a nie weekendowym), a potem wpadłem na pomysł, że warto by dziś dokręcić do 200 km. Taki dystans z bagażem robi wrażenie :)

Zostawiłem więc Marka przy poszukiwaniach piwka i ruszyłem w okolice Garmisch. Niestety, chyba nie miało mi być dane zrealizować tego marzenia. W chwili gdy miałem przejechane 178 km tego dnia rozszalała się ulewa. Juz nieźle skąpany zdołałem się schować pod dach stacji benzynowej i tam ubrać się w przeciwdeszczowe rzeczy, a potem w nieustającej zlewie pojechać na dworzec, gdzie czekał już Marek. Wcześniejszy pociąg do Monachium odjeżdżał za 10 minut.

Droga upłynęła bez przygód i ok. godz. 22 wysiedliśmy w stolicy Bawarii. Jako że mieliśmy blisko 4 godziny do odjazdu, postanowiliśmy zwiedzić miasto. Mieliśmy fart – tego dnia odbywał się tam jakiś festiwal uliczny. Napotkani przechodnie, Polacy, powiedzieli, że w sumie będzie dziś w nocy ok. 200 (!) koncertów! Z czego wiele na powietrzu. Rundka więc nieco nam się przedłużyła, a jeden z występów bębniarzy i tancerzy naprawdę wciągnął Marka. Powiedziałem mu, ze chcę się jeszcze przejechać, umówiliśmy się w knajpie pod dworcem i pojechałem.

Zwiedziwszy dość dokładnie szerokie centrum Monachium (ładne miasto, zwłaszcza w porównaniu z trochę nazbyt uporządkowanymi miastami niemieckimi) przyjechałem do kebabowej knajpy o godz. 00:30 z przejechanymi 200 km tego dnia i to z bardzo przyzwoitą średnią! :)

Tamże już czekał Marek, a dosłownie za chwilę dołączył Michał :) Pogratulowawszy mu rekordowego dystansu (wyszło ok. 250) skupiliśmy się na jedzeniu ;) Potem jeszcze w dworcowym sklepie kupiliśmy po piwku i tak zaopatrzeni wsiedliśmy do pierwszego z ośmiu (!) pociągów do Berlina...


Giro d'Alpi 2008: Poprzednia
1 2 3 4 5 6 7 Następna