Miki - Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!


Dzień 6, 29.05 (czwartek)

Merano - Vilpiano - Bolzano - Ponte Gardena - Ortisei; 72,04 km; AVS 15,44 km/h; ALT 1.170 m

Dzień miał być lekki, łatwy i przyjemny, więc postanowiliśmy nie zrywać się nazbyt wcześnie i wyjazd zaplanowaliśmy na godz. 10. Prawie się udało ;) O 10 z minutami wyjechaliśmy z kempingu, ale zaraz zatrzymaliśmy się przy sklepie, gdzie jak zwykle nieco zeszło, więc z Merano wyjeżdżaliśmy dopiero ok. godz. 11. Pod sklepem zrodziła się dyskusja, w którą stronę jechać. Drogowskazy kierowały wyłącznie na autostradę w kierunku Bolzano. „Na oko” byłem zdania, że ku zaznaczonej na mapie bocznej drodze należy się kierować w kierunku x, gdy tymczasem Michał w twierdził, że w stronę niemal przeciwną :)

W momencie, kiedy na kluczowym skrzyżowaniu rozdzielił nas TIR, pojechałem w wybranym przez siebie kierunku, Marek za mną, zaś Michał nas nie zauważył i pojechał w stronę proponowaną przez siebie. Za skrzyżowaniem czekaliśmy na Michała czas jakiś, ale jakoś nie udało nam się nawzajem odnaleźć, więc pojechaliśmy dalej. Kierunek okazał się jak najbardziej słuszny, więc z najbliższej miejscowości napisaliśmy Michałowi SMS, gdzieśmy są i tam na niego zaczekaliśmy. Wkrótce dołączył i popedałowaliśmy dalej ku Bolzano.

Ładnie się jechało w dół doliny i nawet lekki przeciwny wiatr nie psuł przyjemności z jazdy. Po drodze minęliśmy niesamowity „małpi gaj” z mnóstwem atrakcji dla dzieci i nie tylko, ale chłopaki nie byli specjalnie zainteresowani, a mnie odstraszyła cena – bodajże 28 EUR...

Następnie wjechaliśmy do Bolzano. Miasto niezbyt ciekawe, na kolana nie rzuca, przynajmniej tymi miejscami, które mięliśmy okazję zobaczyć, a właściwie przejechaliśmy na wskroś przez całe, w tym przez centrum. Merano ładniejsze :) W barze przy czymś na kształt krakowskich plant pozwoliliśmy sobie na kebab, po czym podążyliśmy dalej, tym razem w górę doliny, w stronę Bressanone.

Droga była dość ruchliwa (mimo biegnącej obok autostrady, która jednakowoż jest płatna), więc z tego względu jechało się niezbyt przyjemnie, natomiast wynagradzały to przebajeczne widoki! Trasa wiedzie prześliczną doliną, będącą w zasadzie głęboko wciętym wąwozem, którym przez góry przełamuje się rzeka Isarco. Sceneria (oraz pogoda – bezchmurne niebo i upał!) nastrajała do mnóstwa zdjęć i kręcenia filmu, ruch z kolei nieco zniechęcał, więc per saldo zdjęć i filmików wyszło tak średnio ;)

W Ponte Gardena (Weidbrücke) mieliśmy odbić w prawo w kierunku Ortisei (St. Urlich). Okazało się jednak, że początek drogi prowadzi tunelem, więc mieliśmy pewien zgryz, czy znowu (!) podejmować ryzyko. W rozmowie z tubylcem okazało się, że alternatywa istnieje, ale prowadzi w pełnym słońcu (więc w upale) i stromo do góry (a potem niemal płasko), podczas gdy za tunelem jest cienista dolina pnąca się równomiernie i dość łagodnie. Skusiła nas więc wersja z tunelem i równomiernym podjazdem.

Mimo spodziewanego cienia postanowiłem „odkurzyć” swoją starą metodę jazdy polegającą na wsadzaniu głowy pod kran lub do fontanny, gdzie tylko się dało, a potem nawet moczeniu całej koszulki i mokrej zakładanie na siebie. Po półgodzinie jazdy była ona sucha, jeśli pominąć pot ;) Metoda pozwoliła mi prawdopodobnie uniknąć udaru cieplnego. Sam upał jest w porządku, ale jeśli przy tym trzeba jechać na rowerze pod poważną górkę, to już trzeba się jakoś chronić przez następstwami ;)

No i miałem rację – podjazd do Ortisei okazał się solidny i wymagający (700 metrów różnicy poziomów na kilkunastu kilometrach), na dodatek z obiecanego cienia o tej porze (wczesne popołudnie) niewiele zostało. W zasadzie trzymałem te swoje 9-10 km/h, ale trafiły się dwa podjazdy – jeden 14%, drugi 13% - z których każdy przez kilkaset metrów, jeśli nie przez kilometr, trzymał te swoje procenty, co w tym upale i z pełnym bagażem wyciskało z człowieka ostatnie siły i spowalniało jazdę do ledwie 5 km/h.

Tego dnia mieliśmy zamiar, aby dojechać do położonej na wysokości ok. 1.800 m . miejscowości Plan (czyli jeszcze 600 m w górę i kilkanaście kilometrów bieżących), ale nie starczyło nam już ochoty. Siły by się znalazły, ale raz chcieliśmy mieć naprawdę spokojniejszy dzień :) Co prawda nazajutrz odcinek do Planu i z powrotem trzeba będzie przejechać, chcąc się dostać ku planowanej pętli w Dolomitach, ale jednak na lekko, no i nazajutrz :p W związku z powyższym zdecydowaliśmy się zatrzymać w Ortisei.

I tu pojawił się problem, jako że nigdzie w pobliżu nie ma kempingu, a najbliższe są położone w głównej dolinie Isarco, z której właśnie z takim mozołem podjechaliśmy. Kombinowaliśmy więc, czy by nie rozbić się gdzie na dziko, ale rozwiązanie to było słabe, bo jutro ma być dzień „na lekko”, więc trzeba gdzieś mądrze i bezpiecznie zostawić bagaże. Następna propozycja brzmiała, aby poprosić kogoś o możliwość rozbicia się w ogródku, ale z tym byłoby chyba ciężko, bo dolina jest mocno zagospodarowana turystycznie i miasteczko roi się od kwater, domków, pensjonatów oraz hoteli, i nawet średniej wielkości domek potrafi nosić nazwę hotelu i mieć 4 gwiazdki (czy może raczej zastępujące je tutaj „kwiatuszki”). Zatem znalezienie zwykłego chłopa czy letnika, który pozwoliłby rozbić namiot na polu czy w ogrodzie mogłoby graniczyć z cudem, tym bardziej, że tu właściwie nawet żadnych pól nie ma, bo wszędzie jest tak stromo, że cała okolica ewidentnie żyje z turystyki, a nie z rolnictwa. Jedynym zaś przemysłem, którego ślady dostrzegliśmy, był przemysł drzewny, a w lesie na stromym stoku rozbijać namiot ciężko :p

Miasteczko jest wszakże dzięki temu ślicznie położone, a na wjeździe do niego znajduje się automatyczny punkt informacji turystycznej z wyszukiwarką pensjonatów, hoteli, apartamentów, kwater. Wystarczy wpisać, ile osób, na jak długo, czy z wyżywieniem, czy bez i wyskakuje kilkanaście -dziesiąt ofert z cenami, a wszystkie mają z założenia oznaczać wolne miejsca. Jak się później okazało, nie do końca jest to prawdą, ale być może aktualizacja jest dokonywana np. co godzinę i zwyczajnie mieliśmy pecha :) Dodatkowym ułatwieniem jest darmowy telefon do całego miasteczka, przy pomocy którego można sprawdzić dostępność każdej wyszukanej przez siebie opcji :)

Wszystko to jest naprawdę nieźle zorganizowane i całe szczęście, bo miasteczko jest położone na bardzo stromym stoku i gdyby chcieć objechać je całe rowerem w poszukiwaniu kwatery, to można by wypluć płuca i nie tylko ;)

Telefonicznie sprawdziliśmy kilka kwater, ale odpowiedź była wszędzie podobna, mianowicie, że jest jeszcze przed sezonem i w zasadzie jeszcze pokoje nie są wynajmowane. Może i można by coś przygotować, gdyby był właściciel, ale... akurat go nie ma. Wreszcie znaleźliśmy kwaterę najtańszą, bo cena wynosiła raptem 12 EUR od osoby, ale nie odpowiadał tam telefon (podano chyba komórkowy i darmowy system go nie uwzględniał). Postanowiliśmy więc tam się wybrać.

To okazało się dość trudne, bo po pierwsze było bardzo ostro pod górę, a po wtóre zaczęliśmy mocno błądzić. Miasteczko jest tak pokiereszowane, ze coś znaleźć bez zasięgania języka (nawet mając plan) jest cudem. Po wypytaniu jednej pani (jakie szczęście, że tu wszyscy mówią po niemiecku!) jakoś udało nam się trafić na Stufanstr. 94 i tu się okazało, że właścicielki chwilowo nie ma, ale akurat spotkaliśmy jej wnuczkę, która była tak miła, żeby do babci zadzwonić, po czym okazało się, że miejsca są zajęte. Niestety (?) wnuczka potwierdziła nam cenę 12 EUR (zaledwie 2,5 EUR więcej niż średnio za kemping), więc wiedzieliśmy, że sporo tracimy.

Totalnie zdesperowani stwierdzaliśmy, że nie ma mowy o powrocie na dół (do punktu informacji i planu), a potem znów o jeździe pod górę i zaczęliśmy chodzić po domach (oznaczonych jako jedno i dwu- „kwiatuszkowe”) i pytać o nocleg. Co ciekawe, w większości domów zwyczajnie nikogo nie było – dzwonek nie powodował żadnej reakcji. W jednym z nich drzwi były nawet otwarte na oścież, a i tak nikt się nie zgłosił na wołanie i pukanie :p

Wreszcie w jednym domku na szarym końcu miasteczka udało nam się z kimś porozmawiać i pani wskazała nam dom, gdzie o tej porze roku już wynajmują pokoje, a na dodatek podobno tanio. Faktycznie, kolejna pani stwierdziła, że jeden pokój ma gotowy, a drugi zaraz przygotuje, a cenę udało nam się zbić z 18 do 16 EUR od osoby za noc. Pieniądze (z polskiego punktu widzenia) niemałe, ale jak się nie ma wyjścia, to się płaci, zwłaszcza, że w międzyczasie doszedł kolejny argument przeciwko obozowaniu na dziko – ścisły zakaz w całej dolinie.

Wzięliśmy więc w ciemno, ciesząc się już zawczasu na noc w łóżkach, na możliwość podładowania baterii, na prysznic i inne drobne przyjemności :)

Pod wieczór zaczęło się chmurzyć i nawet spadło kilka kropel deszczu, ale już o godz. 23 znów było widać gwiaździste niebo, więc jest nadzieja na ładną pogodę na jutro, a warto, bo dzień może być ze wszystkich najatrakcyjniejszy widokowo. W końcu to Dolomity :)

Planowany wyjazd o godz. 9 na pętlę, która ma kilka wariantów, a my prawdopodobnie wybierzemy wariant średni, który ma 4 przełęcze do pokonania, niecałe 100 km i ok. 3000 m przewyższenia.



Giro d'Alpi 2008: Poprzednia
1 2 3 4 5 6 7 Następna