![]() |
Dzień 4, 27.05 (wtorek)
Cepina - Tiolo - Mazzo di Valtellina - Passo Mortirolo (Passo di Foppa, 1.852 m) - Monno - Ponte di Legno - Passo di Gavia (2.652 m) - Santa Caterina Valfurva - Bormio – Cepina; 120,57; AVS 13,55 km/h; ALT 3.070 m.
Po wczorajszej rzeźni postanowiliśmy się dziś nieco bardziej wyspać i nastawiliśmy budziki na godz. 8 z zamiarem wyjechania o 10. Niespecjalnie jednak udało nam się wstać planowo, a wyjazd o 10 był już totalną fikcją w świetle naszej porannej opieszałości oraz konieczności drobnych regulacji w marka (hamulec) i moim (lekko zdecentrowane tylne koło) rowerze. I tak nam zeszło do 11:30. Potem jeszcze szukaliśmy czynnego sklepu, jako ze wszystkim kończyło się pieczywo, wszelako sklepu w pobliżu nie było, a do Bormio wracać nie chcieliśmy. Zjeżdżać z powrotem w pokonaną wczoraj ekspresówką dolinę zaczęliśmy około południa...
Chcieliśmy dziś jechać „przepisową” boczną drogą, ale jakoś „samo” nas na tę ekspresówkę wyprowadziło, co było niezwykle trafioną decyzją, ponieważ gnaliśmy nią przez dwadzieścia kilka kilometrów ze średnią ponad 30 km/h (długie odcinki ponad 40). Wszystko co dobre jednak szybko się kończy i ten bajeczny zjazd też się skończył po ok. 40 minutach, a stąd (czyli z Mazzo) zaczęło się coś nie mniej fajnego, czyli podjazd na legendarną przełęcz Mortirolo. Nie jest to zbyt wysoka przełęcz (ma zaledwie 1.852 metry), ale po pierwsze już samo przewyższenie jest solidne (ok. 1.300 metrów), a po wtóre zdobywa się ją przy średnim nachyleniu ok. 10%, a chwilowym osiągającym nawet 20%. Krótko mówiąc: rzeźnia jakich mało.
Mortirolo pokazała pazury już po dwóch-trzech kilometrach i właściwie nie schowała ich do samego końca. Potrafiła na moment odpuścić, a potem znów dorżnąć. Zdecydowanie zasługuje na swoją sławę. Chłopaki dość wcześnie zostawili mnie z tyłu. Michał – wiadomo, jeździ szybciej, zaś Marek postanowił przebyć cały podjazd bez postojów i udało mu się, za co czapki z głów! Natomiast ja postanowiłem się bynajmniej nie żyłować i po prostu jechałem swoim tempem robiąc co ok. kwadrans 2-3 minuty postoju, a w połowie drogi nawet jeden dłuższy (ok. 10 minut). W sumie podjazd zajął mi dokładnie 2 godziny jazdy plus 24 minuty postojów. Średnia prędkość to 6,15 km/h (wzruszająca, co?!). W związku z tym na górze byłem o godz. 15:24 (chłopaki czekali około pół godziny, co jest logiczne, gdyż prawie tyle łącznie spędziłem odpoczywając). Zanim zaczęliśmy zjeżdżać była już 15:45 i okazało się, że jest cienko z czasem. A przed nami długi, choć niezbyt szybki, bo cholernie kręty zjazd do miejscowości Monno.
Na dole okazało się, że jest już godz. 17, a ja poczułem się cholernie zmęczony. Tym bardziej, że przed nami dalsze 80 km, przełęcz Gavia o wysokości 2.652 m (kolejny rekord do ustanowienia) i 1.600 metrów przewyższenia... To chyba dziś będzie JESZCZE ciekawiej niż wczoraj, co? Rozważałem nawet opcję zawrócenia i zjazdu do Tirano celem ponownego podjechania „wczorajszą” doliną (byłoby nieco dalej, ale znacznie łagodniej i bez żadnej przełęczy po drodze), ale że chłopaki byli zdecydowani ciąć dalej, więc i ja dałem się nieco natchnąć ich optymizmem i pojechaliśmy dalej doliną pod górę, w stronę Ponte di Legna.
Jeszcze przed Ponte zatrzymaliśmy się pod sklepem na szybki posiłek, jako że jedną z przyczyn mojego zmęczenia zapewne był wilczy wprost głód. Jedzenie faktycznie pomogło. Kupiliśmy jeszcze nowe baterie do lampek, jako że szykowała nam się kolejna nocna jazda i pognaliśmy dalej.
Przez obwodnicę Ponte di Legna dotarliśmy do rozjazdu, skąd boczna droga prowadziła na przełęcz Gavia. Na przełęcz, która według tabliczki miała być... zamknięta! Informacja ta niezwykle nas „wzruszyła” i zatrzymaliśmy się na krótką debatę „co robić”. Michał bardzo silnie opowiedział się za próbą podjazdu argumentując, ze to jedyna szansa by dziś jeszcze zdążyć na kemping. Jeśli nie pojedziemy na przełęcz, to i tak musimy tu zanocować w jakimś pensjonacie i nazajutrz jechać naokoło przez Tirano, a to samo możemy zrobić po ewentualnie nieudanej próbie podjazdu dziś. Rada w radę postanowiliśmy spróbować.
Dodatkowo Michał dał się namówić na bycie naszą forpocztą (i tak jeździ szybciej) i obiecał nas poinformować SMSem, gdy osiągnie szczyt lub też trafi na jakąś nieprzebytą barierę. Tymczasem zrobiła się godzina 19, a my zaczęliśmy podjeżdżać...
Podjazd był łatwiejszy niż na Mortirolo, ale mimo to bardzo solidny (średnie nachylenie 7,8%, niekiedy na krótko puszczał do tych 3-4%, a potrafił i stanąć dęba do wartości rzędu 15%) – aczkolwiek mimo olbrzymiego już zmęczenia przecież jechać się dało! :) Ciągnęliśmy też równo z bardzo ograniczoną liczbą postojów. Dosłownie tylko wtedy, gdy było trzeba z przyczyn „zewnętrznych” (wymiana baterii w lampach, siku). Ciemności spodziewaliśmy się o godz. 21, ale okazało się, że tak wysoko, z dala od zacienionych dolin) ściemniło się dopiero o 21:40, ale też właśnie wtedy zameldowaliśmy się na przełęczy, gdzie czekał już zziębnięty, ale zadowolony Michał. Okazało się, że przełęcz była zamknięta li tylko z powodu jakichś drobnych robót drogowych, natomiast była doskonale przetarta i całą trudnością był fakt, ze niekiedy szosa była mokra od topniejącego śniegu.
Szybkie przebranie się, sesja zdjęciowa i dalej w dół! Zjazd w kompletnych ciemnościach przy świetle li tylko dwóch dobrych i jednej kiepskiej lampki rowerowej dostarczył niezwykłych emocji. Gdyby nie słupki obok i linie na szosie, to nietrudno byłoby zjechać prosto w przepaść! Jazda trwała dugo, a jeszcze bardziej się dłużyła, jako że w tych ciemnościach nie mieliśmy pojęcia, jak daleko jest jeszcze do celu i z rzadka tylko mogliśmy zerknąć, która jest godzina. Generalnie maksymalnie napięta uwaga i ręce zaciśnięte na klamkach hamulców też się dołożyły do ogólnego wyczerpania tym zjazdem. Co nie zmienia faktu, że było to piękne przeżycie i w dwustu procentach warte włożonego wysiłku!
Końcówka zjazdu przez trochę oświetlone Santa Caterinę i Bormio zleciała już szybciej i o godz. 23:45 cali i zdrowi aczkolwiek wykończeni zameldowaliśmy się na kempingu. Ponoć jutro „znów” wyjeżdżamy o godz. 10 :p
Dzień 5, 28.05 (środa)
Cepina (ok. 1.130 m) - Bormio - Passo di Stelvio (2.758 m - rekord wysokości zdobytej na rowerze) - Spondigna - Silandro – Merano; 112,82 km; AVS 16:31; ALT 1.700 m
Wstaliśmy zgodnie z planem, tzn. lekko po 7 i o 10:15 udało nam się zebrać z kempingu. Na pierwszy ogień poszła znana już z dwukrotnej jazdy w dół trasa do Bormio, gdzie zatrzymaliśmy się na śniadanie (wczoraj definitywnie skończyło nam się pieczywo). Zaowocowało to tym, ze we właściwą trasę wyruszyliśmy dopiero o godz. 11:30. A „na dzień dobry” czekało nas 1.630 metrów podjazdu...
Podjazd za Bormio zaczynał się stosunkowo łagodnie, udawało się trzymać 8-9 km/h. Michał jak zwykle odskoczył ładnie do przodu, a my z Markiem jechaliśmy sobie razem, dopóki ja nie musiałem się na chwilę zatrzymać. Potem próbowałem go dogonić, ale zatrzymał mnie Michał prosząc o zrobienie zdjęcia. Potem oczywiście odskoczył, a ja zostałem sam bez szans dogonienia Marka ;) Jechałem więc dalej sam (co zresztą na podjazdach bardzo lubię) i słuchałem sobie energetyzującej muzyki. Ruch był niebyt duży i jechało się generalnie bardzo przyjemnie, zwłaszcza, że przynajmniej na początku pomagał nam wiatr.
Po kilku kilometrach zaczęły się już solidne serpentyny, gdzie wiatr raz pomagał, a raz przeszkadzał. Potem był długi trawers orograficznie lewego stoku doliny. Droga wgryzała się półką w litą skałę, a przed lawinami chroniły ją kolejne „półtunele” z galeryjką po lewej stronie. Sponad niektórych z nich tryskały wodospady. Było pięknie, acz wytężająco...
Na koniec serii tuneli spotkałem Marka, który postanowił na mnie zaczekać. Od tej pory jechaliśmy już razem, na kolejnej serii serpentyn zamieniając się aparatami foto i w ten sposób robiąc sobie nawzajem mnóstwo zdjęć i kręcąc film, tym bardziej że widoki były fantastyczne, a pogoda niezła (choć było nieco mgliście i dalsze ściany się lekko zamazywały). Generalnie świetnie się na tym podjeździe bawiliśmy :) Oczywiście miało to i ten skutek, że per saldo jechaliśmy dość wolno (co chwilę postoje na zdjęcia).
Po przebyciu progu kotła polodowcowego na wysokości ok. 2.000 m wjechaliśmy do szerokiej U-kształtnej doliny, po której zboczu droga lekko się wspinała, a dzięki atomowemu już tu wiatrowi w plecy można było jechać nawet 18 km/h przez jakiś czas :)
Potem jednak dolina się zwęziła, zrobiło się znów bardzo stromo i na kolejnej – już ostatniej – serii serpentyn prędkość potrafiła spadać nawet do 5 km/h. Przełęcz jednak była coraz bliżej (było już ją widać), a dodatkowo na szosie były co kilometr oznaczenia, jak daleko jeszcze, więc jechało się przyjemnie. O godz. 15 z małymi minutami zameldowaliśmy się na Passo dello Stelvio, gdzie od około godziny (przez te nasze zdjęcia) czekał Michał i chyba był już na nas nieźle zły, ale nie dał tego po sobie poznać ;)
Przełęcz Stelvio jest bardzo skomercjalizowana. Pełno budynków, bary, restauracje... chciałoby się rzec, że jest tam małe miasteczko. Wbrew informacji podanej na znakach drogowych w Bormio przełęcz okazała się być zamknięta! Przez jakiś czas wydawało się, że jesteśmy w niezłej dupie, ale po chwili stwierdziliśmy, że drogowcy właśnie kończą odśnieżanie ostatniego odcinka drogi i pozostała tylko celowo pozostawiona wysoka na metr z hakiem i na dwa szeroka śnieżna bariera ze szlabanem, którą spokojnie udało się pokonać przenosząc osobno bagaże i rowery. Załadowaliśmy cały majdan z powrotem na nasze rumaki i heja! Czas był już najwyższy, bo po sesji zdjęciowej na przełęczy i przenoszeniu rzeczy zrobiła się godzina 16:30.
Zjazd prowadził niezliczonymi serpentynami, które były jak na dłoni widoczne z góry – widok niesamowity! Na drodze leżało sporo potrzaskanych kamieni i resztki śniegu, a przy tym lało się mnóstwo wody, więc jechać trzeba było bardzo, bardzo ostrożnie. Do granicy lasu na wysokości ok. 2.000 m jechaliśmy kilkadziesiąt minut. Tam przebiórka w trochę lżejsze ciuchy, jako ze znów zrobiło się dość ciepło. Droga wiła się coraz łagodniejszymi zakrętami wśród przepięknych okoliczności przyrody, z widokiem między innymi na położony na przeciwległym (prawym) zboczu doliny wiszący lodowczyk. Po kolejnych kilku kwadransach, przeleciawszy obok prześlicznie położonego muzeum przedziwnych koszmarków (patrz zdjęcia), wylecieliśmy w miejscowości Spondigna z powrotem w szerokiej już w tym miejscu dolinie... Adygi :)
Tam okazało się, że w górę doliny, czyli ze wschodu wieje atomowy wiatr, z którym teraz przyjdzie nam się zmierzyć. Było już późnawo, bo chyba ok. 18:30, a przed nami ok. 40 km do Merano, a przy tym ewidentnie zbierało się na burzę. Z dołu napłynęła rzadka żółta chmura wyglądająca trochę jak wyziewy zakładów we Włocławku, tyle ze powietrze było czyste i bezwonne ;)
Mimo to postanowiliśmy zaryzykować jazdę pod wiatr, tym bardziej, że przemieszczaliśmy się przez mocno cywilizowane okolice, wśród rozległych winnic i (zwłaszcza) sadów jabłkowych, więc w razie czego i o schronienie przed burzą nie powinno być bardzo trudno. A że droga cały czas w dół, więc jakoś się jechało, tym bardziej, że solidnie pracowaliśmy ze zmianami, żeby jakoś zwalczyć ten wiatr. Momentami spowalniał on nas do jakichś 20 km/h, a był nawet jeden podjazd, który pokonaliśmy standardową prędkością 8-9 km/h, ale generalnie udawało nam się utrzymywać coś w okolicach 23-24, a nawet czasem przekroczyć 30, pomijając odcinki ostrzejszych zjazdów, kiedy to na prostej osiągało się i pięćdziesiątkę.
Lecieliśmy główną drogą, która na szczęście nie była ekspresówką. Były za to tunele (sztuk kilka), w których pojawiał się zakaz jazdy rowerem. Postanowiliśmy jednak po raz kolejny zaryzykować, jako że tunele nie były zbyt długie (najdłuższy miał niecałe 3 km) i słusznie, bo wszystkie przebyliśmy bez problemów i spotkań z carabinieri ;)
Dolina Adygi była przepiękna – cała porośnięta sadami jabłkowymi i winnicami, o stromych, zalesionych zboczach, ponad którymi wystają skalne turnie, a na co poniektórych wzgórzach dumnie stoją wieże strażnicze z XVII wieku. Aż szkoda, ze mieliśmy powód tak przez nią gnać, gdyż dolina jest naprawdę godna najwyższego zachwytu. I nie ma się co dziwić, że od niej wzięła się nazwa całej okolicy – Włosi wszak nazywają Tyrol Południowy mianem Górnej Adygi (Alto Adige). Kraina ta ma jeszcze jedną fantastyczną (z mojego punktu widzenia) cechę, a mianowicie wszyscy rozumieją i większość też mówi po niemiecku, co bardzo ułatwia komunikację. Doceniamy to tym bardziej, ze do tej pory dość trudno szło nam dogadanie się z Włochami w jakimkolwiek obcym dla nich języku. Zapytani o cokolwiek (naszą marną włoszczyzną) mówią bardzo, bardzo dużo po włosku. Nie bardzo wiadomo, co mówią, a nawet nie bardzo wiadomo, czy zrozumieli pytanie :p
Mimo przeciwnego wiatru jechało nam się fantastycznie. Pod koniec zjazd zrobił się ostry i udało nam się przez kilkanaście minut cięgiem nie schodzić poniżej prędkości 40 km/h aż wreszcie wylecieliśmy na przedmieściach Merano i pora się była rozejrzeć za kempingiem. Znaki poprowadziły nas bardzo ładnie przez sporą część miasta prosto ku naszemu celowi. Miejscówka okazała się przyjemna i nawet niedroga – na osobę wyszło nam ok. 7 euro.
Podsumowując,
był to kolejny bardzo udany dzień. Nie tylko zdobyliśmy najwyższą
przełęcz
naszej wyprawy, nie tylko po raz kolejny mięliśmy fart do pogody(burzy
w końcu
nie było), ale też wreszcie zajechaliśmy na kemping o jakiejś ludzkiej
porze (o
zmroku), co w świetle (a raczej w ciemnościach) dwóch
poprzednich dni należy
uznać za sukces. W tej chwili siedzę sobie nad Adygą w centrum Merano
–
chłopaki już pewnie smacznie śpią, a ja postanowiłem się przejechać i
obejrzeć
centrum miasteczka, które to okazało się całkiem
sympatyczne. Urok nadają mu
rwąca, górska rzeka o szerokości kilkudziesięciu
metrów oraz fantastyczne
zaułki nad rzeką, które się wiją się we wszystkie strony i
są tak wąskie, że
można równocześnie dotknąć obydwu ścian. Miejsce więc
zaprawdę prześliczne i
każdemu przejeżdżającemu w pobliżu polecam, by chociaż rzucił okiem,
jak
śródziemnomorską zabudowę połączono z górską
okolicą.
| Giro d'Alpi 2008: | Poprzednia |
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | Następna |