![]() |
Dzień 3, 26.05 (poniedziałek)
Zernez - Zuoz - St. Moritz - Ponteresina - Berninapass (2.328 m) - próba podjazdu na Forcola di Livigno (2.315 m – podjazd na ok. 2.200) - Poschiavo - [I] - Tirano - Tiolo - Bormio – Cepina; 140,24 km; AVS 17,14 km/h; ALT 1.960 m
Wstaliśmy trochę później niż było planowane, bo było dość chłodno. Zeszło nam też dość długo na różnych czynnościach obozowych, a ponadto Marek rano wymieniał złamaną wczoraj szprychę. Za kemping wyszło nam po € 9,33 od osoby (w tym dwa namioty), przy czym kilka dni później się zorientowałem, że ten „bardzo miły pan” policzył nam jeszcze za samochód (!!!). Wyjechaliśmy więc dopiero o 9:15.
Trasa początkowo była dość rozgrzewkowa – lekko pod górę i lekko pod wiatr, ale że w lesie, więc się tego wiatru właściwie nie czuło. Po dojechaniu do La Punt zrobiliśmy popas pod sklepem celem uzupełnienia zapasów oraz uzyskania pozwolenia na pozostawienie rzeczy, bo chcieliśmy wjechać na lekko na położoną w sąsiedztwie przełęcz Albula. Wcześniej odmówiono nam pozostawienia bagaży na stacji benzynowej doradzając przechowalnię na stacji kolejowej, z której ze względów finansowych nie skorzystaliśmy :p
Wszelako zgodę na przechowanie uzyskaliśmy w lokalnym supermarkecie. Konkretnie „pani kierownik” wskazała nam rampę z tyłu sklepu, gdzie właściwie każdy mógł wejść i sobie wziąć, co chciał. Skonstatowawszy ryzykowność tego rozwiązania oraz fakt, że jest już po godz. 11 zdecydowaliśmy z Markiem, ze właściwie ta Albula nie jest nam do niczego potrzebna. Michał natomiast się uparł i pojechał sam zostawiając bagaże. Umówiliśmy się na spotkanie na skrzyżowaniu pod Sankt Moritz.
Był dość upierdliwy wiatr w pysk, a przy tym cały czas było lekko pod górę wzdłuż Innu, do którego doliny powróciliśmy wczoraj krótko przed Zernez. We dwójkę jednak jakoś się jechało i wkrótce byliśmy w słynnym St. Moritz. Miasteczko mocno przereklamowane i w ogóle niespecjalnie atrakcyjne w moim odczuciu. Widać trochę tego blichtru, ale nie jest on specjalnie „wypolerwany”. Obok dopieszczonych budynków hoteli piętrzą się brzydkie, betonowe bloki (nie takie jak w Rosji, oczywiście, ale jednak dysonujące). Być może wizerunek ucierpiał też na tym, ze znaleźliśmy się tam w porze sjesty i wszystko oprócz toalet publicznych było zamknięte ;) Miasteczko oczywiście zachwyca położeniem, mając u swoich stóp spore jezioro, a za nim bardzo ładną, zdaje się że już trzytysięczną, górkę. Zresztą samo jest położone na wysokości 1.800 metrów! Potem fajny, prosty zjazd z powrotem do skrzyżowania, gdzie byliśmy umówieni z Michałem. Tam jeszcze chwila postoju na jedzenie i już poginamy pod górkę.
Podjazd miał być stosunkowo krótki, bo z 1.700 m na 2.330 m, więc zaledwie 630 metrów przewyższenia. Okazał się też nie być specjalnie trudny. Początkowe 8-9% zostało dość szybko zastąpione przez 2-3 nachylenia szosy prowadzącej dnem doliny. Oczywiście na tym łagodniejszym odcinku wiatr wiał dokładnie w pysk, więc znów tak różowiutko to nie było ;) Potem znów się trzeba było wskrabać na orograficznie prawy stok, ale na szczęście przez las, więc na stromiźnie przynajmniej nie wiało :)
Ciekawostką jest to, że przez Bernina Pass biegnie linia kolejowa – podobno najwyższa w Europie – i przyznać trzeba, że robi to spore wrażenie, gdy wśród górskiego, zaśnieżonego krajobrazu z czterotysięcznikiem Piz Bernina w tle nagle trafia się na szosie przejazd kolejowy, a potem nawet jedzie sobie pociąg z daleka i na nikogo nie czeka ;)
Mimo ze podjazd był dość krótki i nietrudny (nawet serpentyn w zasadzie nie było), ergo nie zajął nam bardzo dużo czasu , to jednak cała opieszałość tego dnia miała nas sporo kosztować, a póki co byliśmy na przełęczy tuż przed godziną 17. Oczywiście znów fotki, bo to przecież kolejny rekord wysokości osiągniętej na rowerze :))
A potem zjazd. Zjazd prowadzi FANTASTYCZNYMI serpentynami. Widok zapiera pierś w dechach! Niekiedy zdawało się, że poniżej nas jest pionowa ściana i że absolutnie nie ma którędy poprowadzić tam drogi! A jednak droga jakoś schodziła, odkrywając przed nami wciąż nowe, przepiękne widoki zarówno na okoliczne szczyty, a jak i na prześliczną dolinę, w której gdzieś tam na dole znów widać było „cudem odzyskane” serpentyny naszej drogi.
Zjechawszy zaledwie jakieś 250 metrów, odbiliśmy w lewo na przełęcz Forcola di Livigno. Zaraz przywitał nas zamknięty szlaban oznaczający po pierwsze granicę szwajcarsko-włoską a po wtóre zamkniętą przełęcz. Postanowiliśmy jednak zaryzykować podjazd, bo być może „zamknięta” przełęcz nie oznacza, że nie da się tamtędy przejechać rowerem...? A „ryzykowaliśmy” niewiele, bo ok. 200 metrów podjazdu. Na przejściu granicznym nie było nikogo, więc przeprowadziwszy rowery pod zamkniętym szlabanem i zaczęliśmy podjazd.
Na drodze się sporo działo, trwał jakiś remont, panowie robotnicy do nas machali i coś krzyczeli, że niby mamy dalej nie jechać, ale ich zignorowaliśmy :p Po przekroczeniu dna bocznej dolinki wjechaliśmy na jej orograficznie lewe zbocze i tam zaczęła się prawdziwa rzeźnia. Jakieś 15-16% wśród piętrzących się po bokach, wysokich na 2-3 metry ścian śniegu oraz w prażącym słońcu. Z pełnym bagażem taka piła to już naprawdę kres moich możliwości. Wlokłem się więc niemiłosiernie, zastanawiając się cały czas, kiedy zejdzie na nas jakaś lawina, bo że lawiniasto było w okolicy, co do tego nie miałem wątpliwości.
Ta masakra ciągnęła się przez kilkaset metrów, aż wreszcie i na drodze pojawiło się nieco rozmoczonych łach śniegu, a potem było nawet lekko zalodzone, co sprawiło, że musiałem przez kilka metrów prowadzić rower, nie chcąc się wykopyrtnąć. Ściany śniegu po obu stronach szosy miały już w tym miejscu po ok. 5 metrów wysokości...
Dosłownie 50 metrów dalej (na wysokości ok. 2.200 metrów) okazało się, że wyrąbany w śniegu tunel, którym dotychczas jechaliśmy, kończy się bezpowrotnie, a dalszą drogę zagradza pięciometrowa ściana śniegu. Forcola di Livigno okazała się niezdobyta. Ubrawszy się, bardzo ostrożnie podążyliśmy w dół starając się jak najdelikatniej hamować, ponieważ na podjeździe w śniegu zmoczyliśmy obręcze i chodziło o to, żeby tym jednym zjazdem nie pozbawić się klocków hamulcowych (na mokrych obręczach klocki ścierają się dużo szybciej).
Przy szlabanie zjedliśmy szybki podwieczorek, jako że trzeba się było pokrzepić przed dalszą drogą. Z powodu zamkniętej przełęczy okazało się bowiem, ze z tego miejsca mamy do celu (Bormio) ok. 70 km, gdy przez Forcolę miało być nieco ponad 30. A tymczasem była godzina 18...
Ale warto było! Dalsza część tego fantastycznego zjazdu godna była moim zdaniem każdego nakładu czasowego. Był to na pewno najpiękniejszy zjazd, na którym do tego momentu byłem. Zresztą nawet w dalszej części TEJ wyprawy nie było chyba równie pięknego... kontrast przeniesienia się spośród śniegów na górze i kilkustopniowych temperatur ku rozkwitającej w dolinie późnej wiośnie i temperaturom ponad 20 stopni, pęd wiatru na okularach i walory widokowe tej przepięknej drogi, a wszystko to w niecałą godzinę, warte było każdego grama wysiłku, jaki trzeba było potem włożyć, by nadrobić nadłożone kilometry. Droga co prawda nie była idealnej jakości, a przy tym spora ilość serpentyn ograniczała pęd, ale jednak kilkakroć 60 km/h udało się przekroczyć :)
Na granicy szwajcarsko-włoskiej w miejscowości Tirano okazało się, że jesteśmy na wysokości 450 metrów n.p.m., a zatem w półtorej godziny zjechaliśmy o 1.900 metrów i od totalnej zimy do totalnego lata... A że za chwilę zaczął się ostry podjazd, więc od razu rozebrałem się do samych spodenek, co nie przeszkodziło mi bspocić się na maksa, gdyż po prostu były 23 stopnie :)
A tak w ogóle, to zastanawialiśmy się, czy jest jakikolwiek sens jechać dalej, biorąc pod uwagę, że jest godzina 19:30, za chwilę zachód słońca, a przed nami 40 km podjazdu do Bormio... Zdecydowaliśmy się jednak spróbować, bo to, czego nie podjedziemy dziś, będziemy musieli podjechać pojutrze, podczas i tak masakrycznego zdobywania najwyższej przełęczy naszej wyprawy, czyli Stelvio. Piszę „pojutrze”, dlatego, że jutro jest dzień na lekko z dwiema nie aż tak wysokimi, ale za to najbardziej stromymi i znanymi z Giro d’Italia przełęczami. A że na lekko, to trzeba będzie wrócić do punktu startu. Czyli jeszcze raz: im wyżej dziś podjedziemy, tym lepiej będzie pojutrze. Jeśli zaś się nie uda aż do Bormio, to najwyżej zanocujemy gdzieś po drodze, trudno.
Po kilku kilometrach podjazdu okazało się, że biednemu zawsze wiatr w oczy. To znaczy, że oprócz podjazdu i faktycznie lekkiego przeciwnego wiatru zaczyna się... droga ekspresowa. Alternatywą dla niej jest zaś tradycyjnie wijąca się po „hopkach” zwykła droga, którą prawdopodobnie będziemy jechać dwukrotnie dłużej... Rada w radę przegłosowaliśmy stosunkiem 2:1, że jedziemy ekspresówką. Jeśli będzie fatalnie, to uciekniemy na najbliższym zjeździe.
Droga była jednojezdniowa, ale miała pobocze szerokie na około metr, co nas ratowało, bo dzięki niemu nasza interakcja z kierowcami ograniczała się do sporadycznych klaksonów, ale nikomu tak naprawdę nie przeszkadzaliśmy. Nachylenie początkowo było znikome (1-2%), co umożliwiało jazdę 17-18 km/h, ale z czasem w niezauważalny sposób szosa się nastromiła i wreszcie jechaliśmy ok. 10 km/h mimo to co jakiś czas czekając na Marka, któremu (jako temu przeciwnemu jeździe ekspresówką) wyraźnie siadło morale. W rozdzielaniu się na podjazdach nie ma normalnie nic złego, ale tutaj chcieliśmy się trzymać razem na wypadek kłopotów z policją. Głupio by było, gdyby jednego z nas zwinięto za jazdę po drodze ekspresowej, a pozostali nawet by o tym nie wiedzieli ;) Zresztą mieliśmy już ponad stówę po górach w nogach, więc wszyscy byliśmy dość solidnie umęczeni i kilkuminutowy postój w zatoczce co jakiś czas dobrze nam robił.
Po przejechaniu dwóch bardzo długich wiaduktów (kilometr i półtora) o nachyleniu ok. 2%, z których było doskonale widać miasteczka poniżej i pofalowaną drogę, której uniknęliśmy, wjechaliśmy w pierwszy... tunel. Miał on półtora kilometra długości i było w nim potwornie głośno. Wentylatory i przejeżdżające samochody robiły tyle hałasu, że bębenki wysiadały. Niestety nie szło zatkać uszu słuchawkami, ponieważ wraz z początkiem tunelu skończyło się pobocze i trzeba było się bardzo mieć na baczności, kiedy tylko ktokolwiek nas wyprzedzał.
Z tunelu wyjechaliśmy więc nieco zestresowani, ale nie na tyle, żeby zrezygnować z dobrodziejstw drogi ekspresowej, tym bardziej, że tunel okazał się mieć też niemałą zaletę. Otóż fakt, że wylot tunelu był położony o ładnych kilkadziesiąt metrów wyżej niż wlot, powodował, że w samym tunelu panował dość silny cug, co w naszym przypadku oznaczało solidny wiatr w plecy i średnią prędkość rzędu 15 km/h zamiast poniżej 10 jak poza tunelem, mimo że wewnątrz podjazd był chyba nawet ostrzejszy.
Za tunelem był kolejny wiadukt, a potem kolejny tunel. Zdaje się, że powinniśmy się przyzwyczaić... Tymczasem minęliśmy kilka pojazdów migających na pomarańczowo oraz kilku „pomarańczowych” panów, którzy na nas machali i coś krzyczeli. Zdaje się, że usiłowali nas oświecić, że tędy się na rowerach nie powinno jeździć. Konsekwentnie udawaliśmy, że nie rozumiemy, o co im chodzi, ponieważ ekspresówka okazała się naprawdę dobrym rozwiązaniem i nie mięliśmy ochoty jej porzucać, przynajmniej dopóki ktoś nas nie zmusi :p
Po wyjechaniu z drugiego tunelu (niecały kilometr) stwierdziliśmy, że nie tylko znów wieje w ryj, ale też robi się zimno. Tunel jak widać nie tylko zapewnia wiatr w plecy, ale i ogrzewanie :) A ponieważ ruch zdawał się słabnąć, więc postanowiliśmy cisnąć na maksa i wykorzystać w 100% szansę na przebicie się tą drogą. Po kilku kilometrach otwartej przestrzeni pojawiły się dwa tunele o długości ok. 2 km każdy, przy czym w ostatnim z nich wyprzedził nas już zaledwie jeden samochód! Zaczęliśmy się zastanawiać, czy czasem Włosi w panice nie zamknęli drogi ze względu na „trzech rowerzystów-wariatów” i nasze bezpieczeństwo ;) Ale chyba nie, bo kolejni pomarańczowi panowie patrzyli tylko na nas z rozdziawionymi ze zdziwienia gębami :))
A potem wreszcie pojawiło się tunelisko, przed którym znak głosił: „7.948 m długości”. Jechać...? Jechać!! Początkowo było dość ostro pod górę, ale – o dziwo – bez wiatru w plecy. Nie wiedzieliśmy dlaczego. Potem się jednak wyjaśniło, ponieważ po jakimś kilometrze grunt zaczął opadać i do miejsca, gdzie w bocznej ścianie przebito galeryjkę wentylacyjną zjechaliśmy zdaje się już na wysokość wlotu. Nic więc dziwnego, że cugu tym razem nie było. Natomiast z tego miejsca wszystko wróciło do normy, a my wróciliśmy do ciśnięcia ze zdwojoną siłą i tak poginaliśmy z prędkością ok. 20 km/h mimo co najmniej dwuprocentrowego podjazdu :))
Pod koniec tunelu nasi znajomi panowie pomarańczowi coś naprawiali przy lampach tunelowych, a że poza nimi nie było już ani jednego auta, więc domyśliliśmy się, że po prostu na noc zamknięto ruch na tej drodze, celem dokonania napraw w tunelach. Czyż można być bardziej w czepku urodzonym niż my?! :D
Wylot naszego ośmiokilometrowego „maleństwa” znajdował się na przedmieściach Bormio... Naprawdę dumni z siebie, że jednak udało nam się tutaj dotrzeć, zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem. Wg informacji z netu w samym Bormio nie ma kempingu, a najbliższy jest w Isolacci, czyli jeszcze jakieś 3-4 km do góry. Ba, do góry, ale którędy? Na pewno nie główną drogą, ale gdzie jest TA boczna? Szczęśliwie tuż przed wjazdem do miasteczka był znak, że za 3 km jest kemping. Uradowani podążyliśmy, gdzie nam kazał. Niestety na najbliższym skrzyżowaniu znaku już nie było, więc pojechaliśmy na czuja, dążąc z założenia ku Isolacci. Tylko że droga zaczęła nas prowadzić... w dół. Mocno już zaniepokojeni znaleźliśmy jednak kolejny znak prowadzący na kemping (na V-skrzyżowaniu w lewo), tym razem mówiący o 2 km. Po przejechani tego dystansu byliśmy już solidnie niespokojni. Droga wiedzie wciąż w dół, miasteczko dawno się skończyło, a kempingu nie ma... Za to znalazło się doskonale miejsce do nocowania na dziko, czyli „picnic area”, gdzie była i równa trawka i ławeczki i nawet źródełko. Tyle ze my dziś akurat potrzebujemy kemping, żeby jutro zostawić tam rzeczy! :(
Wreszcie, w kolejnym miasteczku udało nam się zasięgnąć języka, co krótko przed północą i w takiej spokojnej okolicy graniczyło z cudem. Napotkani ludzie kazali nam jechać dalej i faktycznie – jeszcze jakieś 700 metrów i wreszcie na stoku po lewej pojawił się upragniony kemping. Oczywiście o tej porze jak wymarły, ale BYŁ! Trzeba było się na niego dostać zajebiście ostrym podjazdem, ok. 15%, ale było już mi wszystko jedno i też dałem radę :p
Po rozbiciu namiotów i zjedzeniu mieliśmy jeszcze fantazję na prysznic, ale nic z tego nie wyszło, bo trzeba było mieć żeton, którego nie było o tej porze od kogo kupić :p
Podsumowując, dzień był pełen niesamowitych wrażeń i choć męczący, to jednak nie czułem się po nim skrajnie wyczerpany i miałem ochotę na WIĘCEJ! :D
A
„więcej” miało nadejść już następnego dnia...
| Giro d'Alpi 2008: | Poprzednia |
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | Następna |