![]() |
Dzień 1, 24.05 (sobota)
Berlin - (7 pociągów) - Garmisch-Partenkirchen - [A] - Ehrwald - Fernpass (1.209 m) - Nassereith - Imst - Landeck – Uergen; 94,28 km; AVS 19,85 km/h; ALT 761 m
Pierwszy nasz pociąg zawiózł nas do miejscowości Bitterfeld. Tam mieliśmy najszybszą ze wszystkich przesiadkę (raptem kilka minut), ale nie było problemu ze zdążeniem – następny pociąg stał po drugiej stronie tego samego peronu. Większość kolejnych przesiadek wyglądała tak samo. Trzeba zresztą przyznać, że organizacja kolei niemieckich jest po prostu powalająca. Jechaliśmy siedmioma pociągami – wszystkie klasy naszych osobowych, a mimo to żaden się nie spóźnił nawet o minutę, żaden nie przyjechał ani nie odjechał z innego peronu – wszystko się co do joty zgadzało z rozpiską, którą nam wydrukowano w Berlinie, wystarczyło więc tylko przenieść się z rowerami (bez zdejmowania bagaży, bo były wysokie perony) w odpowiednie miejsce i wsiąść do następnego pociągu.
Mimo to podróż była uciążliwa, ponieważ odbywała się w nocy – wyjazd z Berlina nastąpił o godz. 0:17, a potem mięliśmy przesiadkę co ok. 1,5 godziny. Jedyny dłuższy odcinek to trasa z Hofu do Monachium, ale to już rano – między 9 z minutami a 13, jednak dopiero wtedy udało nam się nieco spokojniej przekimać.
Wreszcie, o godz. 15 z minutami dotarliśmy do Ga-Pa. Ostatni pociąg o dziwo spóźnił się około kwadransa, ale po pierwsze nie było to już takie ważne, gdyż nie czekała nas już żadna błyskawiczna przesiadka, a po wtóre pan maszynista bardzo serdecznie przeprosił nas za to przez megafon, więc jakże się tu gniewać? ;) Dodajmy, że przez megafon zapowiadano w każdym pociągu każdą stację, ale nie tylko to, bo również na przykład to, z której strony będzie peron, żeby „kochani podróżni” wiedzieli, na którą stronę wysiąść. Czyż można chcieć więcej? ;)
W Ga-Pa pogoda była ładna, niewiele chmur, sporo słońca (a podczas jazdy pociągiem z niepokojem obserwowaliśmy zaciągające się niebo), a widoki piękne. Między innymi widać było najwyższy punkt Niemiec, czyli Zugspitze (2.962 m). Po załadowaniu się na rowery ruszyliśmy na poszukiwanie czynnego w sobotnie popołudnie sklepu, by uzupełnić zapasy płynów oraz pieczywa przed weekendem. Po chwili Lidl spełnił nasze oczekiwania i w drogę! Ruszyliśmy o godz. 15:45.
Trasa wiodła w górę doliny w stronę granicy austriackiej i miejscowości Nassereith. Było leciutko pod górę, ale jakoś nie robiło to na nas wrażenia i cięliśmy równo ze średnią ok. 20-21 km/h. Było dobrze! Za Nassereith (krótki postój na oglądanie wywieszonej na stacji benzynowej mapy) pociągnęliśmy dalej, aż przez niezbyt wybitną i bardzo ruchliwą przełęcz Fernpass (na której jednak nie omieszkaliśmy się obfotografować, w końcu to pierwsza nasza przełęcz na tej wyprawie!) dotarliśmy do doliny rzeki Inn w miejscowości Imst. Stąd nasza droga wiodła już w górę tej drugiej największej z austriackich rzek (po Dunaju), więc znów nie było specjalnie stromo. Po przejechaniu ok. 90 km z Ga-Pa dotarliśmy do miasteczka Landeck.
Ściemniało się. Gdzieś tu w okolicy mieliśmy zakończyć ten późno rozpoczęty etap dzienny, więc trzeba było jeszcze nabrać wody. W większości alpejskich wiosek i miasteczek można znaleźć cembrowiny z hydrantami, z których stale sączy się zdatna do picia woda. Patent jest świetny i bardzo przyjazny dla nocujących na dziko jak my. W Landecku też taki był. Po nabraniu wody skręciliśmy w boczną drogę, początkowo ostro pnącą się ku górze i prowadzącą ku przełęczy Reschenpass. Droga wiodła półką skalną, a gdzieś daleko w dole szumiała rzeka. Warunków na nocleg brak :p
Po kilku kilometrach, w zapadającym już powoli mroku dotarliśmy do małej wioski Uergen, gdzie postanowiliśmy spytać o możliwość rozbicia się w czyimś ogródku. O dziwo, odmówiono nam, ale wskazano miejsce, gdzie nikomu nie powinniśmy przeszkadzać. Był to położony obok szkoły skwer z ławkami i koszem na śmieci :) obok którego biegła boczna uliczka, którą wszelako co chwilę ktoś przejeżdżał. Trochę się nawet obawialiśmy, że nas podkablują na jakąś policję czy coś, bo z całą pewnością byliśmy lokalną atrakcją, ale szczęśliwie nic takiego nie nastąpiło i zakropiona przywiezioną przez Marka żołądkową gorzką noc minęła spokojnie i bez przygód.
http://www.viamichelin.fr/viamichelin/deu/dyn/controller/Cartes-plans?mapId=-tmzggp80cncsbp
Dzień 2. 25.05 (niedziela)
Uergen - Ladis - Steinbrueck - Pfunds - Nauders - Reschenpass (1.504 m) - [I] - Glorenza - Tubre - [CH] - Tschierv - Ofenpass (2.149 m) – Zernez; 119,26 km; AVS 15,62 km/h; ALT 2.173 m
Wstaliśmy o godz. 6 i wyjechaliśmy o 8:10. Po kilku kilometrach zatrzymaliśmy się na poranną toaletę na stacji benzynowej, bo na „naszym” skwerku trochę głupio było się załatwiać ;) Po kolejnych kilku chwilach okazało się, że dalsza droga jest... ekspresowa. Nie chcąc na dzień dobry płacić masakrycznego być może mandatu, zdecydowaliśmy się na drogę alternatywną, która biegła zboczami doliny miast jej dnem i - w przeciwieństwie do ekspresówki - była mocno pofałdowana. Właściwie non-stop ostre zjazdy i podjazdy „na wzór czeski”. Poza tym na pewno była nieco dłuższa. Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że było pod wiatr, momentami nawet dość silny. Szczęśliwie we trójkę jedzie się pod wiatr jednak znacznie łatwiej niż samemu i jakoś to szło.. A że i słoneczko pięknie przygrzewało, a dookoła nas były piękne okoliczności przyrody, to kto by się przejmował? :)
Po dwudziestu kilku kilometrach tego upierdliwego falowania dojechaliśmy do Pfunds, gdzie był rozjazd. W prawo droga prowadziła dalej łagodnie w górę Innu w kierunku Sankt Moritz, a w lewo wiodła ku Reschenpass i widać było z dołu jak ostro trawersuje lewy stok doliny, by zniknąć gdzieś wśród drzew, hen, wysoko. Wybraliśmy oczywiście ten ambitniejszy wariant :)
Niezwykle malownicza droga wiodła teraz orograficznie prawym zboczem ostro wciętej bocznej dolinki. Trawersując bardzo strome zbocze wdzieraliśmy się coraz wyżej, aż wreszcie po serii pół-tuneli (pozbawionych jednej ściany i służących osłonie przed lawinami), w których jechało się podejrzanie przyjemnie, nie tylko ze względu na cień, dotarliśmy do Festung Nauders. Jest to „wtopiona” w skałę, strzegąca wylotu doliny, malownicza twierdza z czasów Franciszka Józefa I. W środku muzeum, ale w niedzielę nieczynne, zresztą pewnie i tak byśmy się nie skusili :p
Dalej był lekko wybierający, serpentyniasty podjazd, gdzie po raz pierwszy zmuszony byłem jechać 6-7 km/h. Nie trwało to jednak długo. Potem było samo miasteczko Nauders i jeszcze jeden, ale już łagodny podjazd, który kończył się długą gardzielą przełęczy Resia. W jej najwyższym punkcie przekroczyliśmy granicę słonecznej Italii. Poza nawierzchnią drogi zmieniło się niewiele, ponieważ wszelkie napisy nadal były dwujęzyczne :)
W miasteczku tuż za granicą popasaliśmy nieco celem wzmocnienia się przed dalszą częścią dzisiejszego, naprawdę wymagającego, etapu. Po opróżnieniu kilku kubków pasztetu, paczek ciastek i innych pyszności podążyliśmy dalej wzdłuż brzegu dużego jeziora Reschio (wg tablicy informacyjnej jego obwód wynosi 15,1 km, co jak na zbiornik położony tuż pod przełęczą wydaje się imponujące). Jezioro to jest też o tyle ciekawe, że wypływa zeń słynna rzeka Adige (Adyga), od której nazwę wziął cały, pomiędzy wojnami światowymi sporny z Austrią, region.
Za jeziorem był dość ostry i bardzo kręty zjazd. Śmigało się aż miło, acz lekko nerwowo, gdyż nie chcieliśmy przegapić właściwej bocznej drogi. Wreszcie jest – skrót w prawo na Lauders. Po chwili przecięliśmy szeroką tu już na jakieś trzy metry Adygę i tak na 71. kilometrze dzisiejszego etapu zaczął się podjazd w kierunku granicy szwajcarskiej. Podjazd od początku dość stromy, a przy tym wytężający – po prostu pierwsza prawdziwa alpejska dwutysięczna przełęcz (z 950 na 2.149 m, ok. 25 km długości), ale tym razem sprzyjało nam szczęście, bo wiatr w tej dolinie wiał ze wschodu, czyli w plecy :)
Droga prowadziła non-stop w górę. Raz ostrzej, raz łagodniej, ale przekroczenie prędkości 9 km/h było dla mnie raczej niewykonalne ;) Michał zniknął gdzieś z przodu, Marek zniknął gdzieś z tyłu, ja wrzuciłem na słuchawki Rammsteina i w prażącym słońcu cisnąłem ile sił w udach. Na granicy szwajcarskiej spotkaliśmy czekającego Michała i razem wyjechaliśmy z UE i strefy Schengen (kontrola paszportowa). Po krótkim postoju na czekoladę w miasteczku Santa Maria pojechaliśmy dalej. Tutaj zrobiło się ostrzej średnio 6-7, a momentami do 9% nachylenia, co znów rozbiło nasz mini-peleton. Na niewielkim wypłaszczeniu znalazłem ławeczkę, gdzie delektując się widokami i papierosem zaczekałem na Marka. Przed nami był najtrudniejszy fragment – jak dla mnie totalna piła, bo 12% i to na odcinku około najmniej kilometra. Zaczekanie okazało się błędem ;) ponieważ Marek pomknął na tej pile jak strzała zostawiając mnie swemu losowi, a ja akurat przeżywałem swój pierwszy poważniejszy kryzys. Podjazd wycisnął ze mnie siódme poty i jechało mi się naprawdę ciężko, 5 km/h to był maks i zarazem minimum możliwej do osiągnięcia prędkości (wolniej już właściwie nie da się jechać nawet na przełożeniu 22-34T). Wszelako motywowało mnie to, że co jakiś czas widziałem chłopaków parę serpentyn wyżej, więc widać było, że się da :) Jakoż i nie załamałem się mimo kryzysu i jakoś dociągnąłem do miejsca, gdzie po serpentynach robiło się nieco łagodniej, a chłopaki zaczekali, by zrobić mi zdjęcie na podjeździe. Potem walcząc ze wciąż jeszcze solidnym nachyleniem rzędu 8-9% wtarabaniliśmy się na przełęcz Fuorn, gdzie dumnie sterczała tabliczka z wysokością 2.149 metrów n.p.m. – mój osobisty rekord :)
Na przełęczy szybkie ubieranie się, gdyż po pierwsze się nieco popsuła pogoda (na podjeździe nawet na chwilkę zaczęło kropić), a po wtóre znaleźliśmy się naprawdę dość wysoko i zwyczajnie zrobiło się zimno. Fotki też trzaskaliśmy namiętnie – Marek po raz pierwszy i bodaj ostatni wyciągnął statyw i w związku z tym jest to jedyna przełęcz, z której mamy wspólne zdjęcia we trójkę :p
Zjazd okazał się nie z tych najfajniejszych, bo oprócz tego, że kręty, to i nawierzchnia była dość kiepska i miałem stracha, by rozpędzić się powyżej 50 km/h. Momentami się zresztą całkowicie wypłaszczało, a nawet robiło minimalnie pod górę tak, że i 25 było ciężko utrzymać. Ale niech tam, przynajmniej dzięki tym „podjazdkom” człowiek się rozgrzewał! :)
W którymś momencie postanowiłem zaczekać na planowo wolniej zjeżdżającego Marka i kiedy zacząłem już się lekko niepokoić, nadjechał inkryminowany z niusem, że pękła mu szprycha w tylnym kole i że od teraz jedziemy wolniej, żeby nie uszkodził czegoś więcej.
Na zjeździe jednak ciężko nie popuścić wodzy swemu rumakowi i zanim się obejrzałem Marek zniknął gdzieś z tyłu. Kilka kilometrów dalej na skrzyżowaniu czekał Michał. Okazało się, że w miejscu gdzie tunelem w lewo odchodzi droga na Forcola di Livigno (przełęcz na której mamy być jutro) stoi tablica z informacją, że przełęcz jest zamknięta. Ciekawe, czy uda nam się przebić...
Zgodnie z planem pojechaliśmy dalej w stronę Zernez. Gdy dojechaliśmy do miasteczka, powoli się już ściemniało i zbliżała się godzina 20. Mimo wcześniejszych planów dojechania dziś aż do La Punt (w sumie ok. 140 km) postanowiliśmy więc zanocować tutaj, bo jazda po ciemku nam się niespecjalnie uśmiechała, zresztą etap z ponad 2.000 metrów podjazdów dał nam solidnie w kość.
W Zernez jest kemping. Gdy tam dotarliśmy recepcja była już nieczynna, więc rozbiliśmy się na placu z zamiarem zerwania się rano celem nadrobienia dzisiejszej straty oraz – być może – niepłacenia za kemping. Ten ostatni zamiar wziął się stąd, że nabraliśmy ochoty na „zemstę” za sposób, w jaki nas potraktowano. Zdarzyło się mianowicie, że zaczęliśmy sobie robić jeść w stałym namiocie przykempingowej restauracyjki. Po kilku minutach przyszedł pan i bez ogródek powiedział, że mamy stąd spierdalać, a konkretnie, że mamy zrobić „raus” z tą całą „Schweinerei”, którą rzekomo spowodowaliśmy, bo tu jest zamknięte i w ogóle. Poszliśmy więc jak niepyszni na sąsiednie zewnętrzne stoliki, obiecując sobie zemścić się poprzez poranne niezapłacenie ;) Wszelako potem przyszedł ten sam pan i wskazał nam budynek, gdzie mieściła się kuchnia do użytku kempingowiczów z kuchenką, lodówką i w ogóle wypasem, której zwyczajnie wcześniej nie wyhaczyliśmy.
Zjedliśmy,
wypili resztkę żołądkowej z wczoraj, udało się też wziąć pierwszy na
tej
wyprawie prysznic i zrobić pranie, więc generalnie dzień okazał się być
pełnym
sukcesów :) Jako że pogoda zapowiada się dobra, a jutro
czekają nas cztery
dwutysięczne przełęcze, więc nie ma co dalej pisać, tylko trzeba spać.
Dobranoc
;)
| Giro d'Alpi 2008: | Poprzednia |
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | Następna |