![]() |
Dzień 19, 2
sierpnia (czwartek)
Praga – (pociąg) – Jičin – Czeski Raj
– Mladejov – Ujezd pod
Troskami – Rovensko – Železny Brod –
(pociąg) – Tanvald – Desna – Kořeňov,
55,5
km
Mieliśmy mocarstwowe plany, żeby zerwać się wcześniej i zdążyć na pociąg o 9:11, ale ponieważ dość późno wróciliśmy, a potem krzątanina w sąsiednim namiocie trzymała nas „na chodzie” chyba do pierwszej w nocy, więc przed zaśnięciem ustaliliśmy, że jednak nie będziemy się żyłować, tylko pojedziemy pociągiem o 11:11, co oznaczało wstanie przed ósmą.
Rano udało nam się w miarę sprężyć z myciem, śniadaniem i uregulowaniem w recepcji rachunku za dwie noce i już o 10:35 wyjechaliśmy z kempingu ;) Do dworca czekała nas droga przelotową dwupasmówką, której Magda się mocno obawiała, ale dobrej alternatywy nie było, bo musielibyśmy się przebijać siecią jednokierunkowych uliczek, które na dodatek wyprowadziłyby nas gdzieś w pobliże, a nie na sam dworzec. W naszej sytuacji (ciężkie sakwy) koniecznością zaś było dostanie się na parking podziemny przy dworcu, a nań dojazd prowadził wyłącznie z owej dwupasmówki, która w pewnym sensie przechodzi nad dworcem. Jazda była niezbyt przyjemna, ale dzięki temu szybka i na miejscu byliśmy przed godz. 11. Dystans wyniósł blisko 6 km.
Spokojnie zapakowaliśmy się do pociągu, pan konduktor przyjął nam rowery do wagonu bagażowego, do którego władowanie ich z sakwami graniczy z cudem, ponieważ nie ma on praktycznie żadnych schodków, a perony w Pradze niskie. Jednym słowem windowanie roweru jakieś 80 cm nad ziemię. Z sakwami pyszna zabawa ;)
Przesiadkę mieliśmy w Nymburku, a dalej powiozła nas „električka”, czyli coś w rodzaju szynowego autobusu, który co prawda odjechał planowo, ale potem stał na jakiejś stacji ze 20 minut, co wszyscy skwapliwie wykorzystali na ucieczkę z panującego w wagonie upału. Widocznie wyprzedził rozkład, bo w Jičinie byliśmy o czasie, tj. o 12:45.
Pojechaliśmy
nieco w stronę centrum celem uzupełnienia
zapasów picia i zjedzenia pod Tesco czegoś w rodzaju obiadu.
Tak wyszykowani
ruszyliśmy w drogę. Nieco błądziliśmy przez miasto, bo Jičin jest
oznakowany
bardzo innowacyjnie, tzn. drogowskaz na żadną miejscowość nie powtarza
się dwa
razy. Np. jedziemy sobie na Mladą Boleslav, a tu drogowskaz na Turnov.
I nie
wiadomo, czy to wspólny (jeszcze tutaj) kierunek, czy może
przeoczyliśmy
nieoznakowany zjazd na Mladą. Generalnie wolna amerykanka ze wszystkimi
okolicznymi miasteczkami w rolach głównych ;) Nawet
dwukrotnie musieliśmy
wracać, wnioskując o błędnym wyborze drogi wyłącznie na podstawie mapy
i
położenia słońca, bo numerów dróg też nie dali ;)
W końcu jednak udało się znaleźć szosę w stronę Czeskiego Raju, a konkretnie do Prachova i Prachovskich Skał, które nam bardzo polecał zarówno Pascal, jak i napotkany w pociągu podróżny. Podjazd okazał się dość przyjazny i po kilku kilometrach zaczęły się znaki, że „tu jest parking do Prachovskich Skał”, tu kolejny, a to znów hotel „Prachovske Skaly” i tak dalej, i tak dalej. Z szosy jednak nie było widać ani jednej skały. Ponieważ Magdę bolało tego dnia kolano, więc Miki sam zapuścił się w drogę bez wylotu, gdzie miały się czaić owe skały. Po jakimś kilometrze droga zaczęła stromo opadać. Końca nie było widać, a skał tym bardziej. Wobec niechęci zostawiania Magdy na dłużej, a także niechęci do powrotnego ostrego podjazdu, i wreszcie faktu, że było już ok. godz. 15, Miki wrócił na tarczy i tak otośmy Prachovskich Skał nie uwidieli ;)
Zjechawszy do głównej drogi nr 281 przed Mladejovem stwierdziliśmy, że nie ma sensu dalej przebijać się przez Czeski Raj, bo raz, że boli kolano, dwa, że już późno, trzy, w ogóle już niespecjalnie nam się chce. Zdecydowaliśmy więc powoli kierować się już w stronę polskiej granicy, żeby nazajutrz wieczorem znaleźć się już w pociągu do Łodzi. Na takie dictum odbiliśmy na północ, mając wiatr dość korzystnie, bo z SE. Przeciąwszy drogę nr 35, przebiliśmy się przez Rovensko pod Troskami (wyjątkowo nietrafiona nazwa, bo miejscowość pofałdowana jak cholera, chyba tylko te Trosky się w niej zgadzają ;) Radostną pod Kozakove i dalej falując wspinaliśmy się niepostrzeżenie coraz wyżej i wyżej, aż w końcu z miejscowości Koberovy bardzo przyjemny i długi zjazd sprowadził na do Železnego Brodu. I nagle okazało się, że tak sobie nieznacznie falując znaleźliśmy się niespodziewanie w sercu gór.
Železny Brod
jest bardzo ładnie położonym miasteczkiem nad
dużą już w tym miejscu Jizerą – troszeczkę przypomina miasta
kaukaskie, bo w
środku gór w krajobrazie królują wieżowce. Te są
jednak zdecydowanie ładniejsze
od poradzieckich „bunkrów” czy ruin, co
razem z fantastycznym wizualnie
otoczeniem w postaci głęboko wciętej doliny, tworzy miejsce rzetelnie
urokliwe.
Na zachwyty specjalnie nie było jednak czasu, bo było już po godz. 18, a my nie wiedzieliśmy, gdzie jest najbliższy kemping (przed wyjazdem na naszą wyprawę nie wpadliśmy na to, żeby spisać noclegi i w tej okolicy, mięliśmy wszak mieć więcej czasu i spokojnie wracać do Zgorzelca). Zaczęliśmy przeto szukać informacji turystycznej lub raczej mapy umieszczonej pod takową, już nieczynną, placówką, ale oczywiście ani jednej, ani drugiej nie było. Był natomiast posterunek straży miejskiej (Mestska Policie) – czynny i z u-czynnymi panami, którzy się przejęli sytuacją i podpowiedzieli nam trzy możliwości noclegu. Pierwsza to darmowe obozowisko (bez możliwości mycia) w Spalovie, jakieś 3 km od Železnego Brodu w kierunku na Semily i Bozkov (i tyleż w bok od naszej trasy), druga to kemping w Malej Skale, jakieś 7 km w kierunku na Turnov (i tyleż wstecz), i wreszcie trzecia to kemping dopiero w Desnej, odległy o jakieś 18 km, ale za to we właściwym kierunku. Tyle że biorąc pod uwagę stan Magdy kolana nie mięliśmy raczej szans do tego ostatniego dojechać.
Jazda w bok i brak prysznica, a tym bardziej wstecz nie uśmiechała nam się zupełnie, bo byliśmy w terenie górskim i gdzieś te zjazdy trzeba by odpracować nazajutrz. Z kolei by jechać naprzód było jednak o jeden Żelazny Brod za daleko. Przyszło więc nam do głowy, że może można by do Tanvaldu podjechać pociągiem, bo Železny Brod okazał się o dziwo posiadać linię kolejową. Panowie strażnicy mieli u siebie rozkład jazdy pociągów i powiedzieli, że najbliższy mamy za 20 minut, więc decyzja zapadła lekko i – zwłaszcza dla Magdowego kolana – bezboleśnie.
Na stacji poczekaliśmy sobie pół godzinki, a potem jeszcze kwadrans, bo pociąg był opóźniony (co jest w Czechach rzadkością) i jeszcze pół godzinki spędziliśmy w pociągu w drodze do Tanvaldu. Na stacji jak zwykle mieliśmy odrobinę kłopotów z orientacją, gdzie północ, a gdzie południe, tym bardziej, że słońca nie było widać, bo w zasadzie już zaszło, a że i przedtem kryło się w chmurach, więc i kierunek zachodni był dla nas przez jakiś czas niewiadomą ;)
Wreszcie zorientowaliśmy mapę i się, i już za chwilę trafiliśmy na znak wskazujący kemping, ale wyraźnie inny niż ten, którego szukaliśmy, bo kierunek znów był raczej wsteczny. Miejscowy barman stwierdził, że do tutejszego obozowiska jest jakieś 1200 m, ale pod górę, a że nie chciało nam się cofać, więc woleliśmy zrobić ciut więcej (max. 4 km) i podążyliśmy do Desnej. Desna była właściwie tuż za miedzą, ale że była długa, a kemping miał być tuż za Desną, więc cały czas łagodnie pod górę przejechaliśmy ją całą. Ruch był spory, a Magdę bolało kolano, więc generalnie nie było za przyjemnie.
Już się bardzo
poważnie ściemniało, kiedy podjeżdżając
szukaliśmy kempingu. Wreszcie po lewej stronie, powyżej szosy
zauważyliśmy coś,
co mogło być kempingiem. Były tam jakieś domki. Na bocznej drodze
przywitał nas
zamknięty szlaban i okolica wyglądająca na opuszczoną, więc Miki
poszedł
dowiedzieć się, o co chodzi. Faktycznie był to kemping i faktycznie
nieczynny.
Być może mimo braku prysznica zostalibyśmy na nim w desperacji i na
dziko, ale
kemping okazał się być nie do końca opuszczony, mianowicie w domku
recepcji
świeciło się światło i po dość mozolnym stukaniu wreszcie jakaś pani
otworzyła
i powiedziała, ze kemping jest zlikwidowany i nie wolno na nim spać.
Miki
polemizował, że rozumie, ale że nie mamy się gdzie podziać i może by
nam
pozwolili na jedną krótką noc zostać, bo kemping ten
uznawaliśmy dotychczas za
nasz cel i jego zamkniętość nijak się ma do naszych planów.
Pani powiedziała,
że niestety nie ma takiej możliwości, a potem wyszedł pan i powiedział
to samo.
Dodał, że nawet nieoficjalnie nie mogą nas przenocować, ponieważ mają
tutaj
obecnie zakaz prowadzenia biznesu i gdyby wpadła kontrola, to płacą
50.000
koron kary.
Jeszcze chwilę się poprzekomarzaliśmy, ale widać było, że nie da się ich przekonać i Miki z ciężkim sercem wrócił do Magdy i rowerów. Zastanawialiśmy się właśnie co dalej robić i czy szukać noclegu na dziko, kiedy przyszedł pan kempingowy, któremu się chyba zrobiło nas żal. Powiedział, że po pierwsze mamy kemping w Harrachovie 8 km dalej, a po drugie mamy możliwość rozbicia się zaraz za zakrętem na opuszczonym acz ogrodzonym terenie jakiejś firmy, gdzie nikt nie będzie miał o to do nas pretensji. Rady swoje uzupełnił opinią, że w nocy będzie burza, co nas ewidentnie pocieszyło w świetle faktu, że nie wiedzieliśmy, gdzie i kiedy przyjdzie nam rozbić namiot.
Wysłuchawszy go, ruszyliśmy dalej. Faktycznie za moment był po prawej ów opuszczony teren. Wejść przez zamknięte ogrodzenie się dało, natomiast z rowerami nie byłoby łatwo. Miki wszedł zwiedzić i okazało się, że cały teren jest wysypany średnim jak pod namiot w kontekście burzy żwirkiem (nie bardzo miałoby co trzymać szpilki), a przede wszystkim Magda miała obiekcje, czy aby nikt jednak się do nas nie przychrzani, że weszliśmy bez pozwolenia na zamknięty teren. Zadecydowała więc ostatecznie, że spróbuje dojechać z bolącym kolanem do kempingu w Harrachovie. A była już godz. 22.
Miki próbował studiować na mapie trasę w świetle tylnej lampki rowerowej, bo w międzyczasie czołówka odmówiła posłuszeństwa. Było to o tyle ciekawe, że w czerwonym świetle lampki czerwony znaczek kempingu kompletnie zginął. No po prostu nie było go na mapie! Mieliśmy więc niezły zgryz, żeby z pamięci odtworzyć, gdzie ten kemping BYŁ zaznaczony.
Szczęśliwie ogólny kierunek był oczywisty, pojechaliśmy więc dalej, aż w którymś momencie zobaczyliśmy po lewej stronie hotel. Magda zaproponowała, żeby tam poprosić o miejsce na namiot, na co Miki, że zapewne w odpowiedzi usłyszymy, że „pokój kosztuje tyle a tyle”. Ale Magda miała nadzieję w sercu, a ból w kolanie, więc poszła i po chwili wróciła z tarczą. Tzn. z pozwoleniem rozbicia się obok hotelu i obietnicą dostarczenia kranówy. Hurra!
Troszkę musieliśmy się kryć przed gośćmi hotelowymi i nie było to zbyt miłe, zwłaszcza, że przy drugim spotkaniu (przy okazji brania wody) i właściciel z bardzo uprzejmego zrobił się już raczej oschły, więc zęby umyliśmy już przy namiocie i poszliśmy spać.
W nocy trochę padało, ale jeśli rzeczywiście była burza, to ją przespaliśmy :p
Dzień 20
(ostatni), 3 sierpnia (piątek)
Kořeňov – Harrachov – Jakuszyce –
Szklarska Paręba –
(pociąg) – Koluszki – (samochód)
– Łódź, 23,3 km
Ranek wstał w miarę pogodny i my też wstaliśmy - stosunkowo wcześnie, czyli ok. 7 rano, żeby nie nadużywać gościnności i ok. 9 byliśmy już gotowi do wyjazdu (zrezygnowaliśmy ze śniadania, żeby do minimum skrócić czas przebywania na miejscu). Wkrótce po rozpoczęciu jazdy okazało się, że podjazd się skończył i zaczął się długi i piękny zjazd. Gdybyśmy byli o tym wiedzieli wczoraj, to być może zdecydowalibyśmy się jeszcze na jazdę do Harrachova. Ale niestety z mapy jakoś to wprost nie wynikało (zwłaszcza w ciemnościach) i myśleliśmy, że czeka na non-stop deptanie kapusty.
Zjazd z widokiem na imponująco rysujące się na tle nieba skocznie w Hatrrachovie sprowadził nas aż do skrzyżowania z drogą nr 14 (prowadzącą z Jablonca), gdzie na stacji benzynowej spożyliśmy spóźnione śniadanie nieledwie na trawie i ledwie w towarzystwie miejscowego Pana Żula. Kawa była niezła, więc stanęliśmy na nogach i pedałach, tym bardziej, ze teraz już naprawdę czekał nas podjazd.
Ten wszelako okazał się przyjazny – aż do Harrachova wiódł wzdłuż rzeki, zatem niezbyt ostro, a przy tym ładne krajobrazy i stosunkowo niewielki ruch składały się na sumie bardzo przyjemną całość. Zaczynało wyglądać na to, że po wczorajszych „przejściach” dziś Giro de Bohemia postanowiło nas miło pożegnać.
Tuż za Harrachovem był kemping, o którym była mowa wczoraj, ale nawet nie zjechaliśmy, żeby zapytać o ceny, tylko pognaliśmy dalej, prosto ku Jakuszycom. Przejście graniczne było jakieś dwa kilometry dalej.
Tuż przed nim wydaliśmy ostatnie korony na słodycze w sklepie przeznaczonym oczywiście specjalnie dla Polaków ;) i przekroczyliśmy granicę Rzeczpospolitej Polskiej (wtedy jeszcze) kaczorowskiej. Z przejścia było jeszcze dosłownie kilkaset metrów podjazdu do Jakuszyc, skąd już królował aż do końca zjazd. Miki stwierdził tutaj, że nadarza się ostatnia okazja powalczyć o rekord prędkości, tym bardziej, że droga wyglądała na dość prostą, więc pojechał.
Po chwili co prawda pojawiły się zakręty, ale dość łagodne, a jak na horyzoncie objawiły się ostrzejsze, to Miki schwycił za hamulce. Nie zdążył jednak za wiele wyhamować, kiedy trafił się wybój. Duża, słabo widoczna fałda asfaltu w poprzek jezdni, no nieprzyjemny sukinkot. A że słabo widoczny, to i hamowanie rozpoczęte z opóźnieniem nie zdołało uratować sprawy. Wybój został zaliczony przy prędkości ok. 40 km/h. Rower Mikiego wyleciał w górę jak z procy, a właśnie zaczął się zakręt, zatem – kiedy po jakimś metrze lotu wylądował – znalazł się już przednim kołem na żwirowym poboczu. Nie szło utrzymać równowagi. Jeszcze szybki rzut oka, czy nie ma jakiegoś głazu czy drzewa na kolizyjnej i już leciałem. Miki przez rower, rower przez Mikiego i tak kilkakroć. I tak naprawdę w którymś momencie po prostu stwierdziłem, że leżę w rowie obok szosy.
W pierwszym odruchu odczołgałem się dalej od jezdni, żeby być poza zasięgiem „dobitki” ewentualnych samochodów i wtedy zacząłem się zastanawiać, co mi jest. Pierwsza myśl: ”bolą mnie oba barki”, druga: „kręgosłup i głowa całe”. Konkluzja: „potłukłem barki i mi zdrętwiały”. W tym momencie nadjechała Magda i – mimo ze bardzo się przestraszyła – to nie spanikowała i stanęła fantastycznie na wysokości zadania (w przeciwieństwie do Mikiego, który w ogóle nie powinien był do tego wypadku dopuścić!).
Miki poprosił ją o pomoc w sprawdzeniu ruchomości rąk obu rąk w barkach. Powoli, delikatnie podniosła mu obie ręce... Okazało się, że jest to możliwe bez specjalnego bólu, a cała różnica polegała na tym, że domniemane stłuczenie spowodowało brak siły, żeby to zrobić samemu. Trzeba jednak było wziąć pod uwagę krążącą w żyłach adrenalinę i prawdopodobieństwo, że ból dopiero nadejdzie, kiedy ustanie jej działanie. Ta konstatacja utwierdziła Mikiego w przekonaniu, że nie może być z nim źle, skoro potrafi tak logicznie myśleć ;)
Po chwili zatrzymał się jakiś pan jadący samochodem i zaoferował pomoc. Ta się przydała. Najpierw bezskutecznie szukaliśmy haczyka od sakwy (cały ekwipunek roweru był rozsmarowany po poboczu, a sam rower oczywiście nieźle pokiereszowany). Po chwili Miki oprzytomniał nieco bardziej i zarządził odwrót na przeciwległą stronę szosy, czyli wewnętrzną krawędź zakrętu. Na zewnętrznej – w świetle faktu, że z góry wciąż pędziły samochody – było jakby niezbyt bezpiecznie ;)
Później pan pomógł doprowadzić rower do stanu częściowej używalności. Pod dyktando niemogącego ruszać rękami Mikiego naprostował kierownicę i siodełko oraz usunął odłamany kawał błotnika, który ocierał o koło. Okazało się oczywiście, że koła są zdecentrowane, ale nie jakoś koszmarnie i mimo że ocierają o klocki hamulcowe, jakoś powinno się dać jechać.
Po tych prowizorycznych naprawach Miki wsiadł na chwilę na rower i stwierdził, że jechać faktycznie się da, aczkolwiek coś jest mocno krzywo i rower „leci” na prawo. W sumie nic dziwnego :p Nie wnikaliśmy jednak dokładniej w przyczyny, podziękowaliśmy panu za ofertę podwiezienia (i oczywiście za pomoc) i raz jeszcze tutaj chcemy temu Panu (imienia nie zapamiętaliśmy) BARDZO SERDECZNIE PODZIĘKOWAĆ (może Pan to czyta i się odezwie mailowo?).
Magda założyła sakwy i wsiedliśmy (Miki z trudem) kontynuować zjazd. Po jakichś półtora kilometra z prędkością do 12 km/h (już żadnych rekordów :p) Miki miał tak zmęczone ręce, że musiał zsiąść i odpocząć. Po chwili była druga runda zakończona na głównym skrzyżowaniu Szklarskiej Poręby Górnej.
W informacji turystycznej powiedziano nam, że jedyna pomoc lekarska w mieście może być znaleziona w zwykłej poradni, na szczęście położonej zaledwie 300 dalej, więc pojechaliśmy.
Miki zapisał się lekarza, który zgodził się przyjąć „ofiarę wypadku” (z naciskiem na „ofiarę” :p) poza kolejnością :) Po badaniu okazało się, że niestety najprawdopodobniej nie jest to tylko stłuczenie, lecz np. naderwanie przyczepu mięśnia lub zgoła pęknięcie obojczyka, więc pan doktor zaleca prześwietlenie. To niestety okazało się być dostępne dopiero w Jeleniej Górze, dokąd można pojechać karetką za 60% odpłatności, bo (niestety?) „nie jest pan w takim stanie, żeby trzeba było pana wieźć” :p lub też autobusem bądź taksówką, co pan doktor osobiście doradzał.
Tymczasem za jakieś trzy godziny mieliśmy pociąg do Łodzi i nie uśmiechało nam się spędzanie weekendu w szpitalu w Jeleniej górze, więc padła idea powrotu w tym stanie do Łodzi i dopiero tam poddania się szczegółowym badaniom. Lekarz powiedział, że przeciwwskazań innych niż zagrożenie dalszymi urazami nie ma, więc bardzo uważając, żeby nikt Mikiego nie potrącił (bo jak się to zdarzy, „to może pan np. zerwać przyczep mięśnia i będzie kicha”), można jechać. Kombinowaliśmy jeszcze, żeby Miki sam pojechał autobusem i po przebadaniu oraz opatrzeniu dołączył do Magdy na dworcu w Jeleniej, gdzie ona by dojechała ze Szklarskiej pociągiem, ale wreszcie stwierdziliśmy, że to nie ma sensu i że ryzyko iż Miki nie zdąży jest zbyt duże. Dodatkowo mieliśmy ograniczony kontakt, bo istniała uzasadniona obawa, że z powodu bólu Miki nie będzie mógł podnieść telefonu do ucha :p
Poszliśmy więc na stację (jazda pod górę nie wchodziła w grę). Magda prowadziła na zmianę oba rowery, a Miki szedł i „pilnował” tego roweru, który akurat był sam (ciekawe, co by zrobił ewentualnym napastnikom :p). Na stacji zadekowaliśmy się na ławeczce z zamiarem przyjemnego spędzenia pozostałej nam części wakacji :p Pociąg miał być o 18:38, więc niecałe trzy godziny spędziliśmy na przekleństwach, jedzeniu i czytaniu świeżo zakupionej „Wyborczej” ;)
Wreszcie wolno nam było wsiąść do od dawna podstawionego pociągu. Tenże miał wagon do przewozu rowerów, więc należało obowiązkowo je „rozebrać” z sakw. Oczywiście spadło to (jak wszystko inne) na Magdę, której tutaj chciałbym BARDZO GORĄCO PODZIĘKOWAĆ za okazany hart ducha, wsparcie i nawet nie tyle pomoc, co po prostu odwalenie całej roboty za mnie.
Śmiesznie to wyglądało: dziewczyna wszystko robi sama, a facet (po którym absolutnie nie widać odniesionych obrażeń) nią komenderuje; mężczyzna roku po prostu :p Magda wtaszczyła więc bagaże, a potem przez wąziutki pociągowy korytarz również rowery (bo pan konduktor nie zechciał otworzyć drzwi bagażowych). Wreszcie z wielkim mozołem powiesiła swój rower na specjalnym haku, a z Mikiego rowerem nie mogła dać rady, a że pan konduktor gdzieś zniknął, więc Miki sam musiał jej nieco pomóc, podtrzymując ciężar roweru bez specjalnego ruszania rękami, co umożliwiło jej uwolnienie jednej ręki i wreszcie trafienie obręczą koła w zaczep. Generalnie masakra.
Wagon był ciekawy, bo przedziały były ze sobą połączone – tak gdzie z reguły w przedziale są lustra albo ścianka (ponad zagłówkami), tam nie było nic, tzn. był „bufet” :p W związku z czym mieliśmy towarzystwo również z sąsiednich przedziałów, a owo było niestety dość hałaśliwe, acz szczęśliwie nieagresywne. No i wysiadło we Wrocławiu o godz. 23:20 (pięć godzin ze Szklarskiej do Wrocławia!!). Tamże też kupiliśmy knysze, żeby mieć czym zabić kolejne bezsenne godziny (szczególnie dla Mikiego, który musiał bardzo ostrożnie przybierać pozycje – i to tylko te siedzące, bo bał się, że z pozycji leżącej nie da rady wstać :p).
W międzyczasie zadzwoniliśmy też do rodziców Mikiego, żeby odebrali nas samochodem z Koluszek, bo na przesiadkę mieliśmy równo osiem minut i praktycznie żadnych szans zdążyć. Tymczasem nawet z dworca w Łodzi Miki by nie dojechał do sam domu, bo ból w rękach i ich znieruchomienie stały się w międzyczasie poważne, więc - skoro i tak musieliśmy niepokoić rodziców – to miejsce skąd mieli nas odebrać, pozostawało – w granicach rozsądku – bez znaczenia.
W Koluszkach rodzice władowali rowery na dach, a Mikiego i Magdę do samochodu, i pojechaliśmy do szpitala. Ostry dyżur w sobotni poranek miał szpital na Stokach. Miki zaś miał skierowanie od lekarza ze Szklarskiej, więc przyjęli go bez problemu i nawet bez czekania :)
Lekarz potwierdził podejrzenia swego poprzednika i wysłał Mikiego na prześwietlenie obu barków, przy czym lewego tylko z przodu, a prawego i z przodu, i z tyłu, i to mimo faktu, że lewy ponoć wyglądał na gorzej pokiereszowany. Ale to pewnie dlatego, że w lewym nie bolała łopatka, a w prawym i owszem.
Zdjęcia było gotowe bardzo szybko i okazało się, że zgodnie z podejrzeniami lekarza prawy bark jest w porządku, a lewemu doskwiera „uszkodzenie pierwszego stopnia więzozrostu barkowo-obojczykowego”, czyli takiego miejsca, gdzie obojczyk łączy się z innymi kośćmi (jest to chyba jakieś ścięgno) i podsumował, że wymaga to unieruchomienia barku na cztery tygodnie (!). Zaproponował gips, a Miki sobie przeraził, bo nie wyobrażał sobie niezdejmowalnej kamizelki na całym tułowiu przez cztery tygodnie. Szczęśliwie znalazła się alternatywa w postaci specjalnej kamizelki unieruchamiającej, którą można do woli zakładać i zdejmować, bo jest mocowana na rzepy. Tyle że była to alternatywa płatna, a koszt wynosił 150 zł. Konstatacja, że na prysznice w Czechach wydaliśmy niewiele mniej, a ta kamizelka umożliwia umycie się w ogóle spowodowała, ze Miki błyskawicznie zdecydował na „tak”.
Okazało się jednak, że szpital nie ma w magazynie odpowiedniego rozmiaru i że trzeba przyjechać ponownie w poniedziałek, a póki co założą tymczasowy opatrunek z bandaża elastycznego. Z taką diagnozą i terapią wróciliśmy z Magdą do upragnionego domu i tak zakończyła się Giro de Bohemia 2007.
Chcielibyśmy niniejszym podziękować cierpliwym za doczytanie do końca i w ramach podsumowania zaproponować historię wyjazdu z pigułce, czyli film.
Pod koniec sierpnia i po kolejnej wizycie w szpitalu lekarz zezwolił na nieużywanie kamizelki i zalecił ćwiczenia pod gorącym prysznicem na rozruszanie stawu barkowego. Zrobił też USG, które wykazało brak dalszych uszkodzeń i zalecił oszczędzanie się jeszcze przez kilka tygodni. Na rowerze po niezbędnych naprawach (dzięki za pomoc, Jasiu!) zacząłem normalnie jeździć około połowy października.
Obecnie bark ma
już właściwie pełną ruchomość, aczkolwiek
przy niektórych ruchach jeszcze niestety boli, więc nadal
nie chodzę na
ściankę, a do treningu wspinaczkowego mam nadzieję wrócić
około lutego.
Doświadczenie z wcześniejszymi kontuzjami wskazuje bowiem, że
mój organizm
woli, żeby to zrobić raczej za późno niż wcześnie. C.B.D.O ;)
| Giro de Bohemia 2007: | Poprzednia | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | Strona główna |