Miki - Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!

Ratusz w Czeskich Budejovicach

Dzień 17, 31 lipca (wtorek) 
Česke Budejovice – Temelin – Albrechtice – Pisek – (pociąg) – Praha, 71,5 km 

Dzień ten był kolejnym, który upłynął nam pod znakiem wiatru w ryj i w związku z tym można się cieszyć, że nam przeminął pod wiatr ;)

Fontanna na rynku w Czeskich BudejovicachWstaliśmy jak zwykle :p , wyjechaliśmy również jak zwykle (przed godz. 12), zaraz też zatrzymaliśmy się na zakupy w miejscowym Lidlu, potem oglądaliśmy niezbyt imponujące centrum Budejovic. Nie ufajcie Pascalowi – nic ciekawego tam nie ma oprócz darmowego internetu w centrum informacji turystycznej :p Daliśmy więc znak życia i wyjechaliśmy z miasta około pierwszej z centralnym wiatrem w ryjek (wiało z NNW).

Do Hlubokiej nad Vltavou jechaliśmy głównymi drogami, na szczęście z szerokim poboczem, więc było w miarę okej. Tamże piękny zamek na wzgórzu, który niestety obejrzeliśmy tylko z daleka, bo podjazd wyglądał na bardzo wymagający, a skończyłby się zapewne schodami i biletami po 200 koron czy coś, więc odpuściliśmy. Zamek w bardzo dobrym stanie, wyglądający raczej na (przykładowo) dziewiętnastowieczną replikę, a nie na oryginał z czasów średniowiecznych, w ogóle taki trochę disneyowski, ale śliczny :)

W miasteczku są też pole golfowe, korty tenisowe i inne lokalne atrakcje, ale dla nas skończyły się one na zjedzeniu rohlików z pasztetem ;)

Na wyjeździe z miasta (przy „shopping centre” ;) trochę pobłądziliśmy i przez chwilę jechaliśmy nawet z powrotem, ale po chwili złapaliśmy już nasz ukochany wiatr w ryj i powlekliśmy się dalej na północ w kierunku Tynu na Vltavou. Tu mięliśmy wybór: droga boczniejszą, ale odsłonięta bądź główniejsza, ale w sporej części w lesie. W świetle coraz gorszego wiatru wybraliśmy drugi wariant, co się okazało słuszne, bo póki byliśmy w lesie, wiatr prawie nie przeszkadzał i nawet przez spore odcinki bardzo łagodnego podjazdu utrzymywaliśmy prędkość lekko powyżej 20 km/h :) Mieliśmy już nawet zacząć się cieszyć, że wiatr się uspokoił, ale jak tylko wyjechaliśmy na otwarty teren, to powiało tak, że w porywach niemal nas zatrzymywało w miejscu.Zamek w Hlubokiej nad Vltavou

W końcu mieliśmy tego tak dość, że zrobiliśmy sobie postój w miejscu szczerym jak pole, gdzieś połowie drogi z Hlubokiej do Temelina i tutaj potwierdziła się wcześniej zaobserwowana reguła, że jak jest źle, to jakiś instynkt każe nam tak dobrać miejsce na odpoczynek, że dalej jest już lepiej. Tym razem poprawa polegała na wypłaszczeniu się terenu, co przy wciąż przeszkadzającym wietrze ułatwiło jednak sprawę, bo kombinacja przeciwnego wiatru i podjazdu to jest jednak coś strasznego ;)

Następny postój znów przyniósł poprawę, bo tuż po ruszeniu z niego ujrzeliśmy wreszcie olbrzymie kominy elektrowni jądrowej w Temelinie. Z kominów biły kłęby. Zastanawialiśmy się czego, ale zapewne tylko pary z wody chłodzącej reaktor, bo kiedy znaleźliśmy się tuż przy nich mogliśmy wyraźnie słyszeć ryk wody, jakby na dole normalnie płynęła rzeka ;)

Elektrownia robi wielkie wrażenie, kominy np. są podobne do tych w elektrociepłowniach, tylko wielokrotnie większe, czego niestety nie widać na zdjęciach. Jednak gdyby nie wiedzieć z góry, że jest atomowa, to chyba nie byłoby po czym tego (laickim okiem) poznać. Wygląda jak powiększona zwykła elektrownia.

Elektrownia jądrowa w TemelinieZa elektrownią był drogowskaz „Temelin 4 km” – oczywiście było sporo dalej. Droga wiła się wśród lasów i to był jej plus, bo nadal wiało. Ponadto bardzo chciało nam się pić (mieliśmy IceTea z Lidla, ale zdecydowanie odradzamy – czysta chemia!), więc do miasteczka nam się spieszyło. Okazało się jednak, że jedyny sklep w Temelinie jest czynny do godz. 14 (!!).

Pofalowaliśmy więc dalej do odległych o 8 km Albrechtic, gdzie dość ostre podjazdy (acz ze zjazdami) dały nam wespół z przeciwnym wiatrem już solidnie w kość, a tam okazało się, że do Piska mamy 16 km i możemy wybierać między dwiema drogami. Jedna z nich była najpierw żółta a potem czerwona, oczywiście pod wiatr, a druga wiodła przez las i przez góry i była być może ścieżką rowerową (sądząc po drogowskazach), a być może tylko szlakiem (sądząc po mapie). Obecność lasu jednak zadecydowała, że podjęliśmy ryzyko przeprawy przez góry.

Wybór początkowo wydawał się chybiony, bo ostry podjazd miał aż ze cztery kilometry długości i wiódł wąziutką, acz szczęśliwie asfaltową (niezbyt dobry asfalt), ścieżką. Ale jak już wreszcie podjechaliśmy, to było naprawdę fajnie, bo ścieżka sobie trochę falowała, a potem było sporo zjazdu. Niestety Mikiemu znów nawalił licznik (tym razem bateria w nadajniku przy kole!), co odebrało mu połowę przyjemności ze zjazdu ;) Na szczęście do mierzenia odległości mieliśmy backup w postaci licznika Magdy.Kominy eektrowni jądrowej w Temelinie - ponoć  najwyższe budowle w Czechach

Po stosunkowo nierównym, asfaltowym, górsko-leśnym odcinku wyjechaliśmy na główną drogę w Pisku. Według mapy miało oto być w pobliżu centrum, ale okazało się, że do centrum jest daleko, a do słynnego kamiennego mostu jeszcze dalej. My zaś mieliśmy tak serdecznie dość tego wiatru i perspektyw, ze jutro w tej kwestii nic się nie zmieni (droga wypadała nam nadal na północ), że stwierdziliśmy iż odpuszczamy dalszą jazdę na dziś, a i zgoła na jutro i wsiadamy w pociąg do Pragi. Miało to dodatkową zaletę, ze nadrabialiśmy w ten sposób cześć ciągnącego się za nami jeszcze od Karlovych Varów opóźnienia. Gdzieś w końcu musieliśmy wsiąść w pociąg i fajnie, że stało się to w Pisku, bo połączenie stamtąd do stolicy okazało się całkiem niezłe. W naszym przypadku odjazd był za równo godzinę. Skoczyliśmy więc jeszcze do położonego tuż obok Tesco na coś w rodzaju obiadu, czyli pieczone nóżki z kurczaka z pieczywem i wróciliśmy w sam czas, żeby zdążyć rozkulbaczyć rowery.

Pociąg był z przesiadką, co miało tę ciekawą właściwość, że mięliśmy na nią według rozkładu dokładnie trzy minuty. W związku z tym staliśmy w progach gotowi wyrzucać rowery i bagaże z pociągu już kilka minut przed Beroun, i pędzić z nimi na nie wiadomo który peroun. I właśnie tak to mniej więcej wyglądało – pociąg do Pragi był dwa perony dalej, dzieliło nas od niego przejście podziemne i w ogóle było genialnie. Znaleźliśmy jednak przejazd przez tory i kiedy dopadliśmy ostatniego wagonu okazało się, że nie wolno nam do niego wsiąść. Na szczęście powiedziała nam to pani konduktor, więc od tego momentu byliśmy kryci ;)

Przebiegliśmy więc do pierwszego wagonu, we wsiadaniu nawet pomogła nam obsługa, a potem pociąg... stał jeszcze z sześć minut i na coś czekał. No cóż, z dwojga złego lepiej w tę stronę ;)

W Pradze byliśmy o czasie, czyli o 21:45 na dworcu głównym (Hlavni Nadraži) no i konsternacja. Mimo że wiedzieliśmy, w której dzielnicy są kempingi i nawet mieliśmy plan miasta, to ze względu na nocną jazdę pociągiem nie mieliśmy pojęcia, gdzie góra, a gdzie dół, gdzie północ, a gdzie południe. Drzew porośniętych mchem nie było ;)

Wełtawa w PradzeJakoś jednak udało się wreszcie zorientować mapę, ruszyliśmy i zaczęły się jaja. Jako że celowo zjechaliśmy z bardzo głównej dwupasmówki, to znalezienie mostu przez Wełtawę (a właściwie dwóch, bo rzeka w mieście robi duże zakole) graniczyło z cudem. W sumie po bliższych i dalszych obrzeżach centrum Pragi błądziliśmy chyba z godzinę, zanim wreszcie dotarliśmy do ulicy kempingów, czyli Trojskiej. Są te zapewne te kempingi, o których pisał Michał Wolff na swojej stronie („tanie, przydomowe kempingi”). Na ulicy Troskiej jest ich mnóstwo, dosłownie jeden za drugim. Wyjeżdżając z ulicy Povltavskiej w prawo w Trojską i za chwilę przez tory tramwajowe w lewo, natrafia się po lewej stronie kempingi i jest ich chyba z osiem z rzędu.

My śpimy na jednym z najtańszych Camp Herzog, kosztuje nas to 270 koron za dwie osoby plus namiot, w tym 30 koron podatku miejskiego. Płaci się z dołu. Tego wszystkiego jednak nie wiedzieliśmy w momencie dotarcia do kempingów, ponieważ wszystkie były już pozamykane. Z naszych danych wiedzieliśmy tylko, że najtańsze są Fremunt i Herzog. Przy pierwszym z nich spotkaliśmy kogoś, kto powiedział, że nie ma już miejsc. Na drugim zaś mieliśmy fart, bo spotkaliśmy osobę wchodząca, przez na noc zamykaną furtkę i osoba ta (bardzo miły Kanadyjczyk, dzięki!) wpuściła nas i powiedziała, że możemy zaryzykować nocleg bez rejestracji i rano się zgłosić do recepcji. Tak też zrobiliśmy, a po rozbiciu namiotu walnęliśmy w kimę z zamiarem wyspania się za wszystkie czasy.


Dzień 18, 1 sierpnia (środa) 
Zwiedzanie Pragi, 43,4 km

Wstaliśmy niespiesznie. Po prysznicu udało się na recepcji zdybać panią i załatwić formalności oraz dowiedzieć wszelkich ciekawostek typu: zakaz palenia ognisk, cisza nocna od 22 do 7, a za jej złamanie 500 koron kary, etc. Namiot przy namiocie, kemping zapchany na maxa, a w całości ledwie wielkości sporego przydomowego ogródka :) Generalnie fajnie, bo ciepła woda w cenie, prysznic, czysto, papier w toalecie oraz jadalnia z możliwością zmywania naczyń. Kuchenki brak. W każdym razie możemy z czystym sumieniem polecić Camp Herzog osobom odwiedzającym Pragę.

Do miasta wyjechaliśmy jakoś około południa. Pozwiedzaliśmy różne fajne miejsca: a to rynek Starego Miasta, a to ulicę Celetną, to znów Prašną Bramę. Wreszcie Obecny Dum (byłych dumów też było w bród ;) Wszystko oczywiście li tylko z zewnątrz – rowerowanie nie sprzyja wchodzeniu gdziekolwiek razem na dłużej ;)

Nasyciwszy pierwszy głód Pragi postanowiliśmy poszukać baterii do Mikiego licznika oraz kafejki internetowej. Nie było to łatwe, ale skończyło się tak, że baterię w końcu kupiliśmy i licznik zaczął działać, a z kafejki zrezygnowaliśmy, bo najtańsza była po 90 koron za godzinę, ale tylko jedna, bo standardem było 120 :p

Zegar Orloj na Rynku Starego Miasta Prasna Brana Kościół św. Jindricha Wieża strzegąca Mostu Karola
Detal z Praskiej Filharmonii Detal z Praskiej Filharmonii Przed Muzeum Tortur W baszcie Muzeum Trotur

Pojechaliśmy tedy dalej w kierunku Mostu Karola i Hradczan. Po drodze Miki oczywiście złapał gumę, więc była wymiana przy filharmonii Rudolfinum i mycie umorusanych rąk w toalecie dla muzyków ;)

Na Hradczanach istotne udogodnienie rowerowe: najgłówniejszą drogą prowadzącą na wzgórze zamkowe są Niekończące się Schody, czyli z 15 ciągów po 10-11 schodków (policzyliśmy z nudów wnosząc rowery), a alternatywą jest potwornie stroma, brukowana uliczka, na dodatek jednokierunkowa, przeznaczona do jazdy w dół. Być może dałoby się wjechać zupełnie od drugiej strony, ale wzgórze jest duże i nie udało nam się tego sprawdzić.

Sam zamek zaś oczywiście ładny i ciekawy. Jest to właściwie olbrzymi kompleks zamkowy. Wchodząc przy wartownikach od strony Pałacu Prezydenckiego chyba z pół godziny się szwendaliśmy po uliczkach ( zresztą nie tylko, bezalternatywnych schodach też ;) zanim natrafiliśmy na innych wartowników, tym razem przy wyjściu.

Katedra św. Wita robi duże wrażenie, chyba faktycznie może się mierzyć z kolońską i wiedeńską. Co prawda wydaje się od nich nieco mniejsza, ale jest porównywalnie piękna. Zyskałaby natomiast, gdyby nie byłą tak szczelnie otoczona innymi budynkami i można by było na nią – jak na kolońską – spojrzeć z perspektywy. Do wnętrza nawet nie spróbowaliśmy wejść, bo czynna była do godz. 17.

Jest też parę innych ciekawych miejsc, np. Muzeum Zabawek, gdzie akurat była wystawa lalek Barbie. Nie musimy dodawać, że nie weszliśmy do środka :p

Obecny Dum Kościół w praskim Rynku Ten sam kościół nocą
Praski Rynek Filharmonia Most Karola
Most Karola Panorama Pragi z Hradczan Pałac prezydencki na Hradczanach
Fasada Ktedry św. Wita Muzeum Narodowe na Vaclavskim Namesti Praskie widoki ;)

Potem przedarliśmy się z Hradczan bezpośrednio na Troję z pominięciem centrum. Droga była – wbrew wrażeniom wyniesionym z mapy (cały czas prosto, potem przez park i kładkę, i już) - dość skomplikowana, bo okazało się, że to „cały czas prosto” to kluczenie wśród brukowanych uliczek dzielnicy ambasad, na dodatek stromo w falując, ale sympatyczna i znów udało się zobaczyć kawałek „innej” Pragi. Co prawda z parku na Stromovce wynieśliśmy mieszane uczucia – niby ścieżki rowerowe są asfaltowe, ale asfalt ten wygląda, jakby go ktoś przeorał kombajnem. Nie wiadomo czy z lenistwa budowlańców, czy też asfalt już tak stary, że zostały z niego wióry (choć to chyba mało prawdopodobne, bo rowery nie niszczą nawierzchni, a nie był to ten typ zniszczeń, który powstaje od korzeni drzew), w każdym razie ciekawa koncepcja użytkowego schrzanienia, skądinąd bardzo ładnego i wielkiego, parku ;)

Mimo to jest to dobre miejsce na odpoczynek od wielkomiejskiego zgiełku, bo park jest tak ciekawie umiejscowiony, że właściwie jest w nim cicho, oczywiście odległy szum miasta słychać, ale nie słychać ryku pojedynczych silników, a to już – w tak wielkiej aglomeracji – bardzo dużo. Podsumowując przydługą „parkową” dygresję można uznać, że urodą park przewyższa wiele innych, chociażby wiedeński Prater, natomiast jego infrastrukturze wiele, choćby do tegoż Prateru, brakuje.

Na kempingu był obiad (ceny skutecznie nas zniechęciły do zjedzenia na mieście), po którym wsiedliśmy znów na rowery z zamiarem nocnego zwiedzania i sprawdzenia pociągów na dzień następny, jako że postanowiliśmy nie przedzierać się wylotówkami z miasta, tylko nadrobić znów nieco czasu bezpośrednim skokiem do Czeskiego Raju. Ponadto chcieliśmy odwiedzić <ahref>Dobrą Čajovne<ahref>, czyli sieciową herbaciarnię, której przeuroczy lokal w Cieszynie zachęcił nas do poszukania analogii gdzie indziej, a w szczególności w Pradze, gdzie nawet ta cieszyńska powinna zostać zdystansowana.

Na dworcu zeszło nam sporo czasu, bo najpierw szukaliśmy sposobu dostania się tam rowerami (od głównego wejścia oddzielała nas dwupasmówka), potem nie sposób było trafić na informację kolejową, następnie w tejże wypytać o pociągi, co przy niezbyt miłej pani informatorce nie było łatwe, wreszcie należało znaleźć czynną o tej porze kasę, gdzie można zapłacić kartą i na koniec w tej kasie dokonać zakupu biletów do Jičina. I tak, kiedy wreszcie wyjechaliśmy z dworca, było już po godz. 21.

Kawałek jeszcze dzielił nas od ścisłego centrum, gdzie na Vaclavskim Namesti najpierw ujął nas nocny widok Muzeum Narodowego, które znajduje się  u szczytu tegoż placu. Nieco czasu zajęło nam zrobienie ładnego ujęcia, a kiedy po tych wszystkich atrakcjach udało nam się namierzyć naszą herbaciarnię, to zderzyliśmy się z tabliczką na drzwiach, że czynna jest do 21:30, a była 21:37... Udało nam się tylko zajrzeć do środka i docenić aranżację wnętrza, a przy okazji dowiedzieć się, że akurat w tej placówce nie podaje się (w przeciwieństwie do cieszyńskiej) shishy (fajki wodnej – tylko specjalny tytoń, żadnych „dodatków”), więc nie było tak bardzo czego żałować ;)

Po tym niepowodzeniu szwendaliśmy się jeszcze nieco po centrum, próbując robić zdjęcia, ale żadne nam nie wyszło tak ładnie jak pierwsze. Odwiedziliśmy więc okolice Mostu Karola, Stary Rynek i kilka staromiejskich uliczek, i – nie ma co ukrywać – podobało nam się bardziej niż w dzień. Może dlatego, że było nieco mniej ludzi, a może dlatego, że to, co ma być wyeksponowane, to jest, a to co ma nie być (jak na przykład ohydna komunistyczna bryła domu handlowego Kotva przy pl. Republiki) tkwi skromnie ukryte w cieniu.

Powrót na kemping upłynął pod znakiem mniejszej ilości błądzenia, a większej – przekleństw w żywy kamień na Praska infrastrukturę rowerową, do której zdążyliśmy się już zrazić, ale o tym za chwilę.

Miki po tych wszystkich atrakcjach stwierdził, że jednak Pragą zauroczony nie jest. Owszem, bardzo ładne miasto ale z brzydkimi miejscami, a liderem prywatnego rankingu pozostaje Edynburg, tuż po nim zaś Barcelona, a Praga na trzecim miejscu. Magda zaś uważa, że Praga jest porównywalnie ładna z Barceloną.

Niezależnie zaś od ocen estetycznych (w stylu „pięknie, pięknie, pięknie i nagle jeb!  i mamy jakąś obrzydliwą pozostałość poprzedniego ustroju), bo o gustach się nie dyskutuje, śmiało można o Pradze jedną rzecz napisać: dla rowerzysty jest koszmarem. Pascal wprawdzie twierdzi, że jest przyjazna, ale myśmy tej przyjaźni jakoś nigdy nie zauważyli. I nie chodzi tu nawet o porównanie z genialnym pod tym względem Wiedniem, tylko o obiektywne obserwacje. A są one takie, że rowerzysta ma wybór: albo jedzie główną ulicą, gdzie pędzą samochody, a wielu miejscach jest nawet nie kostka, ale wręcz bruk (nie tylko na starówce!), albo też jedzie ścieżką rowerową, w której jest pełno dziur w nawierzchni, która jest dzielona z pieszymi, a na dodatek kończy się wysokim krawężnikiem. No i oczywiście w wielu miejscach jest pełno potłuczonego szkła. W związku z powyższym raz próbowaliśmy jechać ulicą, jak nie było bruku/ kostki, raz znów chodnikiem ze skakaniem po krawężnikach, innym razem się w ogóle nie daje jechać, bo jest taki tłum ludzi, że z trudem się można przedrzeć piechotą. A wszędzie należy się liczyć z tym, że się najedzie na szkło i dalsza jazda jest z głowy. No po prostu koszmar rowerzysty ;)

Co nie znaczy, że zniechęcamy do odwiedzin w Pradze – jest na tyle atrakcyjna, że nawet na rowerze daje się znieść, a przy zwiedzaniu piechotą musi zapewne zachwycać. Samochodem zaś chyba nie warto – nie było widać nadmiaru miejsc do parkowania ;)


Giro de Bohemia 2007: Poprzednia 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 Następna