![]() |
Dzień 15, 29
lipca (niedziela)
Železna Ruda
– Srni – Kvilda – Horni Vltavice
– Soumarsky
Most, 80,0 km
Obudziwszy się o siódmej stwierdziliśmy, że nadal jest pochmurno i konsekwentnie zbiera się na deszcz, więc wstać nam się udało za dwadzieścia ósma, ale wyjść z namiotu już nie, bo wobec realnej perspektywy zlewy zaczęliśmy od robienia śniadania wewnątrz. I to był chyba dobry patent, bo jak wreszcie wyszliśmy, to po prysznicu okazało się, że jest 9:20, a my jesteśmy niemal gotowi do wyjazdu. Być może dodatkowo pomogła nam zmienność zadań, tzn. jedno idzie się myć, a drugie w tym czasie pakuje, a potem zmiana, co zaowocowało tym, że nie tłoczyliśmy się w namiocie przy pakowaniu. Dzięki tym niesamowitym wynikom tuż przed godz. 10 byliśmy już w trasie :) Jakoś nie padało.
Droga początkowo wiodła główną, „czerwoną” lekko pod górę, a po chwili odbiliśmy w prawo w „żółtą” nr 190, gdzie ponownie bardzo miło nas zaskoczyli szumawscy inżynierowie, ponieważ wzdłuż drogi biegła piękna, asfaltowa ścieżka rowerowa, której nawierzchnia wyglądała na zgoła lepszą niż szosy! Pognaliśmy więc, tym bardziej, że było z górki i już przy najbliższym dołku (dnie dolinki) okazało się, że w najniższym punkcie jest drewniany mostek, a wokół tego mostku ścieżka jest... wysypana grubą warstwą żwiru! Było więc oczywiście gwałtowne hamowanie i mozolna wspinaczka na przeciwległy stok, gdzie oczywiście nie było już mowy o zwyczajowym wykorzystaniu rozpędu, a było co wykorzystywać, bo zjazd miał 15%! Nie powiem, wkurzyło nas to solidnie. Po drugim takim przypadku stwierdziliśmy, że zjeżdżamy na jezdnię z zamiarem całkowitej rezygnacji z tutejszych, szczerzących jadowite kły pułapek, ścieżek rowerowych.
Szosa była bardzo przyjemna, wiodła raz nieco w górę, a raz w dół, ale stromizny były generalnie łagodne i aż miło się jechało. Dodatkowo wiatr był właściwie niewyczuwalny, bo jechaliśmy wśród lasów :)
Tak to sobie doczłapaliśmy do kolejnego skrzyżowania, gdzie skręciliśmy w jeszcze boczniejszą („białą”) drogę, a na skrzyżowaniu, mimo że było niemal całkiem płasko, pojawiła się oczywiście... kostka. Szczęśliwie tylko przez kilka metrów, ale od razu nam się przypomniała sytuacja zza Mariańskich Łaźni, a w umysłach zapaliły małe czerwone lampki pt. „Co też nas jeszcze czeka?” lub też „przechwaliliśmy czeskie drogi” :p
Po kilkudziesięciu minutach ładnej i pustej szosy znaleźliśmy się ok. godz. 12 w miejscowości Prašily, gdzie w przyjemnym barze pochłonęliśmy smażony ser z frytkami, sałatką i kawą. Bardzo dobre i niedrogie jedzonko, zapłaciliśmy w sumie 170 koron za dwie osoby. Zeszła nam przy tym dość leniwym posiłku chyba z godzinka, a kiedy mieliśmy wreszcie ruszać, zaczęło padać. Mimo to spróbowaliśmy jechać (opatuleni w goretexy i z sakwami w ochraniaczach), ale dość szybko skończyło się rumakowanie, bo zaczęło lać mocniej i trzeba było się schować pod daszkiem jakiejś przydrożnej chatki czy pensjonatu.
Szczęśliwie wkrótce deszcz ustał, a nawet wyszło słońce, więc pognaliśmy dalej ku miejscowości Srni. Po chwili na naszej drodze pojawiła się kostka (groarrr!). I o ile wcześniej można było spekulować, że kostkę Czesi montują na ostrych zjazdach czy przy skrzyżowaniach celem wyhamowania rozpędzonego pojazdu (co może być zresztą średnim pomysłem, bo mokra kostka bazaltowa jest dużo bardziej śliska niż mokry asfalt), a z kolei żwirek na ścieżce służył wyrównaniu wyboju tworzonego przez nieco wyższy niż poziom drogi mostek (to nie można było równego mostku zbudować?!), o tyle tutaj kostka była po prostu totalnie bez sensu, wyglądało to, jakby zwyczajnie zabrakło im asfaltu. I tak przez ponad dwa kilometry. Telepanie, dzwonienie zębami, ból nadgarstków i tyłków. GROAR!! A przecież poza tym droga jest dobrze pomyślana, bo mimo faktu, ze prowadzi przez góry (cały czas lekko powyżej 1.000 m npm), to jedzie się nieomal po płaskim, lekko tylko falując co jakiś czas.
Wreszcie koniec. Znaczy, znów jest asfalt. Poginamy więc dalej. Tuż przed Srni mieliśmy zagwozdkę, bo w prawo był drogowskaz na nasze kolejne cele, czyli Rokytę i Modravę, ale był to drogowskaz rowerowy. Zdawać by się mogła wprawdzie, że to dobrze, ale co z pieprzonym, żwirkiem (że o muchomorku przez litość nie wspomnę)? A tymczasem nie było wiadomo, czy na Rokytę w ogóle jest jakaś alternatywa, bo tego skrzyżowania na mapie nie było. Po zasięgnięciu języka okazało się jednak, że można jechać dalej prosto szosą.
W Srni był kolejny deszczyk, który przeczekaliśmy w straganiku z szumawskimi pamiątkami, gdzie o mało co nie kupiliśmy sobie czapeczek i koszulek, dopiero ceny nas zniechęciły (czapki o 190, koszulki po 390 koron). Po ustaniu deszczu objawił nam się dość ostry zjazd, a potem łagodny, ale bardzo długi (ładnych kilka kilometrów) podjazd. Tak sobie pedałowaliśmy przez Rokytę, aż wreszcie, cały czas podjeżdżając, dojechaliśmy do wsi Modrava, gdzie jedząc batonika stwierdziliśmy, że jest już godz. 15 z minutami (te ciągłe deszczowe postoje zżarły nam jednak sporo czasu).
Na wyjeździe z Modravy zaskoczył nas kolejny podjazd (ok. 10%), tym razem zajebisty, aczkolwiek – i tu miły wyjątek – z wiatrem, który jednak – wobec rangi podjazdu – zbyt wiele dobrego nie wniósł. Nas też nie wniósł, ale jakoś wjechaliśmy sami ;)
Dalej już była
płaska wieś Filipova Hut’, a za nią kolejny
podjazd. W końcu byliśmy cały czas górach :) Te wszystkie
podjazdy miały nam
zresztą zostać sowicie wynagrodzone, ale o tym potem. A póki
co znaleźliśmy się
w najwyższym (acz niestety nieoznaczonym) punkcie całego Giro de
Bohemia – z
mapy wnikało, że jesteśmy na ok. 1.150 m npm, czyli oboje pobiliśmy
nasz rekord
wysokości bezwzględnej osiągniętej na rowerach :) (poprzedni, w zeszłym
roku na
Słowacji, to bodaj 1.095 m).
Stąd było już – oczywiście – w dół do wsi Kvildy. W niej namierzyliśmy ciekawy kościółek, którego fasada była kryta gontem (sic!), więc dumając na dziwacznością pomysłu odpoczęliśmy co nieco, a zarazem nieco przestraszyliśmy drogowskazem, że do Horni Vltavic (gdzie bynajmniej nie kończyliśmy jeszcze dnia) pozostało 20 km.
W okolicy Kvildy są też źródła Wełtawy, a że to ukochana rzeka Czechów, więc drogowskazów, jak się do tychże źródeł (pieszo) dostać nie brakowało. Nie skorzystaliśmy z drogowskazów, ale z Wełtawy jak najbardziej. Zrobiła się nam rowerowa, cudowna bajka, bo zaczęliśmy dłuuugi zjazd doliną Teplej Vltavy. Zjazd był łagodny, więc bez pedałowania utrzymywaliśmy prędkość lekko ponad 30 km/h. Jeśli pedałowaliśmy to wyłącznie po to, aby nam się mięśnie nie zastały. No po prostu miodzio! I tak ten raj trwał przez 20 kilometrów aż do Horni Vltavic, którą to odległość pokonaliśmy w trzy kwadranse mimo krótkiego postoju na tłumaczenie drogi jakiemuś zagubionemu zmotoryzowanemu z rodziną.
W miasteczku złapał nas deszczyk, który później przeszedł w mała ulewę, na szczęście byliśmy już wówczas schowani pod daszkiem. Przeczekaliśmy ponad pół godziny, ale kiedy o 18 nadal siąpiło, to stwierdziliśmy, że pora ruszać, bo od kempingu w Soumarskym Moście dzieliło nas jeszcze ładnych parę kilometrów. Po drodze trafił nam się – niezaznaczony na czechcamping.com kemping w Horni Vltavicach, ale nie zatrzymaliśmy się gwoli sprawdzenia cen. Potem był lekki podjazd główną, prowadzącą do Niemiec, drogą nr 4, na której znów nas złapał deszcz. Próbowaliśmy przeczekiwać pod drzewem, ale z drzewa kapało chyba bardziej niż z nieba, więc pociągnęliśmy dalej i szczęśliwie znaleźliśmy stację benzynową, gdzie czekaliśmy znów ponad 20 minut, bo lało całkiem solidnie.
Było już krótko przed 19, a przed nami jeszcze ok. 10 km jazdy, więc stwierdziliśmy, że kiedy tylko będzie siąpić miast lać, to jedziemy. Szczęśliwie przynajmniej wiatr nam już nie przeszkadzał, a ponadto było cały czas lekko w dół. Po drodze przeczekiwaliśmy jeszcze raz, na jakimś przystanku autobusowym. Był on ciekawy, bo pełnił zarazem rolę składziku: dykty, deski, kołki, świecznik i cholera wie, co jeszcze. Okoliczny pan oświecił nas też, że Soumarsky Most jest – inaczej niż to się wydawało z mapy – jakieś pięć kilometrów przed Volarami, co nas ucieszyło, bo tyleż skracało naszą perspektywę jazdy w deszczu.
I rzeczywiście, kilka kilometrów dalej drogowskaz obwieszczał „Soumarsky Most w prawo” i po jakimś kilometrze bocznej drogi faktycznie należy przejechać przez most (mimo ze w tym momencie widać już kemping po lewej, ale nie dajcie się zmylić – leży on za rzeką) i tuż za nim skręcić w lewo na kemping. Jest on bardzo tani (110 koron za dwie osoby plus namiot w tym podatek lokalny), ale nie bez powodu, ponieważ myć należy się w rzece i właściwie jedynym udogodnieniem przezeń oferowanym w cenie są mocno prześmierdłe sławojki. Za dopłatą oczywiście bar ;)
Podsumowując, byłby to najfajniejszy dzień na naszej wyprawie, gdyby pod koniec nie został nieco popsuty przez deszcz i tylko dzięki temu może jeszcze z nim konkurować dzień 11.
Warto podkreślić, że dzień dzisiejszy niósł ze sobą świetne doświadczenia rowerowe i jeśli ktoś się wybiera pojeździć do Czech, to niech koniecznie odwiedzi Szumawę, bo drogi są dobrze przygotowane i nie zatłoczone, a zjazd doliną Wełtawy jest klasą samą dla siebie. No i można powiedzieć, że nie jesteśmy w tej opinii odosobnieni, bo tego dnia spotkaliśmy najwięcej na całej wyprawie rowerzystów. Grube setki. Widać, jak nasi sąsiedzi spędzają wolny czas. Brawo! Jeśli dodać gęstą sieć ścieżek rowerowych (pod warunkiem, że komuś nie przeszkadza niekiedy celowo zła nawierzchnia oraz nie boi się podjazdów), to Szumawa wydaje się być w naszej części Europy rowerowym rajem; dla miłośników pedałowania w interiorze porównywalnym z Wiedniem dla tych, którzy lubią rowerować w miastach.
Dzień 16,
30 lipca
(poniedziałek)
Soumarsky Most – Volary –
Horni Plana – Černa v Pošumavi – Česky
Krumlov – Kamenny Ujezd – Česke
Budejovice, 83,5
km
Bardzo nam się nie chciało wstać, chyba dopiero po ósmej zwlekliśmy członki, zapewne przekładała się na to i pogoda, bo jak jest pochmurno, to słońce nie nagrzewa rano namiotu i nie wygania z niego. Ponadto tego dnia było chłodnawo i w zasadzie cały czas łaziliśmy w kurtkach.
Próbowaliśmy się zorganizować tak jak poprzedniego ranka, ale chyba jednak nie gotowanie w namiocie było kluczowe, bo – mimo braku prysznica - jak w końcu wyjechaliśmy, to była godz. 12 (!!!).
Pogoda była niezła – pochmurno, ale nie zanosiło się na deszcz i faktycznie przez cały dzień nie padało. Wiał za to dość silny południowo-zachodni wiatr, który – co niewiarygodne - naprawdę nam pomagał. Początkowo co prawda wiał z boku, ale już od Černej v Pošumavi dokładnie w plecy i było to coś zaiste pięknego :) Jego pomoc tym bardziej była cenna, że droga zaskoczyła nas niemiło i miast prowadzić głownie w dół, to jednak mocno falowała i podjazdy były dość upierdliwe, w tym dwa po 12%. Ale po kolei.
Po kilku kilometrach był krótki postój w Volarach celem uzupełnienia zapasów, w szczególności pieczywa, gdzie na ławce przed sklepem Jednoty znaleźliśmy telefon komórkowy. Taką solidną, starą Nokię (5110 chyba?). Czekaliśmy parę chwil w nadziei, że ktoś się po niego zgłosi, ale nic takiego nie nastąpiło, więc dla bezpieczeństwa zostawiliśmy telefon w sklepie a na ławce kartkę z napisem, gdzie się zgłosić. Mamy nadzieję, że właściciel się zorientował i po niego wrócił :)
Z Volarów droga falowała dość wrednie i właściwie nie mogliśmy się już doczekać, kiedy znów będzie w miarę płasko. A tu góra-dół, góra-dół, mimo że zmierzaliśmy ku jezioru. Ok. godz. 14 byliśmy w Horni Planie, gdzie zatrzymaliśmy się na całkiem smaczne cafe con leche i wobec ewidentnego niedoczasu popędziliśmy dalej.
Tu pojawiła się kolejna czeska ciekawostka: otóż wzdłuż drogi (po jej lewej stronie) prowadziła ścieżka rowerowa. Z tym, że raz była, a raz jej nie było, a każdy z takich odcinków miał 200-300 metrów. Przeto po trzeciej z kolei walce o włączenie się do ruchu na szosie przy końcu ścieżki stwierdziliśmy, że z taką ścieżką to nas mogą w tyłki pocałować i jedziemy szosą.
Do Černej v Pošumavi było już co prawda tylko 6 km, ale za to był przejazd kolejowy. A na niestrzeżonym przejeździe migające światło „pozor vlak”. Po paru chwilach vlak nadjechał, przetoczył się przez przejazd i zatrzymał tuż za nim. Sygnał o zakazie jazdy nie gasł. Odczepiono część wagonów, vlak pojechał dalej o jakieś 30 metrów, po czym zaczął się cofać na przejazd. Trwało to znów kilka minut i nie zanosiło się, że kiedyś się skończy, więc jak tylko pociąg fizycznie znalazł się poza przejazdem, przemknęliśmy, mimo że nadal nie było wolno.
Przez Černą przelecieliśmy, a zaraz za nią zrobiło się ostro pod górę. Nic dziwnego, w końcu właśnie opuściliśmy tereny położone nad jeziorem. Zdrowo się zasapaliśmy, żeby podjechać do miejscowości Mokra. My też byliśmy mokrzy, więc usieliśmy sobie na chwilkę na przystanku autobusowym i myślimy, że już będzie dobrze, bo jeszcze jakieś trzy kilometry falowania, a potem zjazd doliną rzeczki, więc hulaj dusza!
Okazało się, że to „falowanie” (jak twierdziła mapa), to chyba największy zjazd tego wyjazdu, ostry, bez zakrętów i trwający ok. trzech kilometrów. Gdyby nie chwilowe szaleństwo licznika, niestety, to była chyba spora szansa powalczyć o rekord, a tak – mimo prób walki z materią – Miki tylko na oko mógł ocenić, że osiągnął co najmniej 65 km/h. Potem znaleźliśmy się w dolinie rzeczki Polecnice i dalej był zjazd, tyle że już łagodny. I tak sobie poginaliśmy aż do Českego Krumlova, na dodatek z fantastycznym wiatrem w plecy :)
Miasteczko przepiękne. To było właściwie clou tego dnia i dla tegoż Krumlova dzień ten nie tylko było warto przejechać, ale też i poświęcić w części zwiedzaniu. Miejsce naprawdę prześliczne, każdy domek, kamieniczka, etc. dopieszczone w najdrobniejszym detalu, fantastyczna wieża zamkowa, no pięknie! Sam zamek co prawda przyciężkawy w bryle, ale za to fantastycznie wysoko położony na skałach i naprawdę robi wrażenie – zarówno od strony szosy, skąd zasłania resztę starówki, jak z przeciwnej, gdzie u jego stóp ścielą się dachy kamieniczek, a tuż u podnóża zamkowej góry przepływa Wełtawa. Na dodatek zamek zawiera w sobie element w postaci mostu arkadowego, który składa się z trzech czy czterech poziomów, co wygląda naprawdę niesamowicie. Jest zresztą w Krumlovie – po przeciwnej stronie starówki – i drugi taki most, aczkolwiek ten ma już tylko dwa poziomy, a poza tym dość ciężko znaleźć miejsce, z którego dobrze go widać.
Kamieniczki śliczne, w każdej z nich na parterze restauracja, kawiarnia czy bar. Takiego nagromadzenia knajpek chyba w życiu nie widzieliśmy. Zapachów w związku z tym mnóstwo, a my już solidnie głodni, ale do odwiedzin w jednej z nich skutecznie zniechęciły nas ceny oraz fakt, że byliśmy w konkretnym niedoczasie (wcześniej ustaliliśmy, że na zwiedzenie Krumlova mamy 1h 15 min, a potem jedziemy dalej, jeśli przed zmrokiem mamy być w Budejovicach). Poprzestaliśmy zatem na obejściu całej starówki z rowerami (jechać się nie bardzo dało z powodu upierdliwej kostki, typowej dla czeskich starówek) i porobieniu zdjęć. Wreszcie syci wrażeń estetycznych i głodni kulinarnych wróciliśmy coś przekąsić w okolice szosy, gdzie były tańsze i szybsze budki z fastfoodem.
Po pochłonięciu frytek oraz „langoša” (smażony na głębokim oleju placek jakby z ciasta racuchowego z dodatkiem tartego sera i – akurat w naszym przypadku – czosnku, naprawdę bardzo smaczna rzecz, a przy tym tania, bo gruby placek o średnicy ok. 15 cm kosztował raptem 25 koron) uderzyliśmy dalej i na wyjeździe z miasteczka uderzył nas bardzo nieprzyjemny i ostry podjazd w dużym ruchu na głównej drodze. Po chwili był zjazd i zaraz następny, jeszcze większy, podjazd. A to wszystko wśród śmigających tirów i przy bardzo wąskim poboczu. W tym momencie mieliśmy solidnie dość, ale pocieszyliśmy się, że jeszcze niecałe drugie tyle główną, a potem będzie już boczna droga, gdzie na pewno będzie lepiej. No i w ogóle do końca etapu już tylko 15 km.
Jakoś dociągnęliśmy do skrzyżowania „naszej” drogi nr 39 z drogą nr 3 z Pragi na południe (przy skrzyżowaniu nie zaznaczony w materiałach kemping, nie mieliśmy jednak siły zbaczać i pytać o ceny – lokalizacja średnia, bo przy samej głównej szosie, acz nad mikrojeziorkiem). Zaraz potem było po prawej miasteczko Kamenny Ujezd, gdzie wreszcie odbiliśmy w boczną. Stamtąd już prosto jak strzelił do Czeskich Budejovic, via jeden ostry, ale krótki podjazd i bardzo długi acz łagodny zjazd. Miasto położone jest w kotlinie otoczonej górami w koło i od innych tym się różni, że nim bardzo jest wesoło ;) Wkrótce mieliśmy się o tym przekonać.
Przefrunęliśmy do centrum w chwil kilka, po drodze na stacji benzynowej sprawdziwszy na planie lokalizację kempingów – dwa z nich leżały w centrum, trzeci zaś na północnych obrzeżach. Te centralne okazały się zadowalające, bo jeden kosztuje 180 koron za dwie osoby plus namiot, a drugi 165. W obie ceny wliczona ciepła woda i podatek gminny.
Nasz kemping (ten tańszy) okazał się być siedliskiem miejscowej cyganerii (w znaczeniu dosłownym a nie artystycznym), jest więc dużo ciemnej barwy. Szukając miejsca pod namiot cały czas odpieraliśmy ataki głodu stymulowane powszechnym w okolicy sympatycznym acz nietypowym zapachem przyrządzanej strawy, czuć w nim było bowiem kwaskowatość i jakieś nieznane naszym powonieniom przyprawy. Zastanawialiśmy się, co też może tak pachnieć. Różne propozycje padały, aż w końcu weszliśmy do wspólnej kuchni i zobaczyliśmy, że Romowie coś pichcą i stwierdziliśmy, że to po prostu sos cygański :p W kuchni niektóre elektryczne palniki działają nie do końca (nie da się na nich zagotować wody, podgrzać jedynie można), więc uwaga na palnik najdalszy od wejścia do kuchni ;)
Obżarci zostawiliśmy
rowery w garażu udostępnionym przez pana kempingowego, który
nas uczulił na
powszechne w okolicy kradzieże. A potem spać.
| Giro de Bohemia 2007: | Poprzednia | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | Następna |