Miki - Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!


Dzień 13, 27 lipca (piątek)
Plzeń – Dobřany – Švichov – Klatovy – Nyrsko, 83,0 km

Wstaliśmy jak na nas wyjątkowo wcześnie. Już o 7:10 byliśmy na nogach, wzięliśmy po prysznicu i z zamiarem niejedzenia śniadania szybko się spakowaliśmy po to, żeby być jak najwcześniej w FasKonie. O 9:10 byliśmy gotowi do odjazdu, ale pojawił się problem: pan recepcjonista, u którego w kanciapie na noc zostawiliśmy baterie i ładowarkę, niestety był nadal nieobecny, a jego kantorek zamknięty. Pan zostawił kartkę z numerem telefonu, w związku z tym po lawinowym puszczaniu panu sygnałów (woleliśmy nie dzwonić, bo koszty) i burzliwych naradach zdecydowaliśmy, że Magda jedzie do FasKonu reperować bagażnik, a ja zostaję czekać na pana. O 9:45 pan oddzwonił, ze będzie za pół godziny. O 10:00 Magda puściła sygnał, że już jest w FasKonie i bagażnik się reperuje, a Miki miał do niej dołączyć, jak tylko pan się zjawi i go wyzwoli. Zdążyliśmy jeszcze wymienić SMSy, że bagażnik już naprawiony i Magda jedzie do Interspara po wodę na dzisiejszą jazdę.

Pan przyjechał w końcu o 10:45 (czyli ze stuprocentowym poślizgiem) i był bardzo zdziwiony, że wczoraj nie odebraliśmy ładowarki. No cóż, mówiliśmy mu, że odbierzemy rano, ale może po czesku znaczy to co innego niż po polsku :p

Spotkaliśmy się w Intersparze i tamże zjedliśmy coś w rodzaju śniadania. Przejazd przez całe Pilzno (z mocnym przeciwnym wiatrem) urozmaicony został lekkim błądzeniem, bo co prawda Miki dobrze przeczytał trasę z (bardzo ogólnego) atlasu, ale sam sobie nie ufał i trzeba było kilku chwil namysłu i odwagi w przetestowaniu wariantu, żeby się przekonać, że jedziemy idealnie. Dość powiedzieć, że po tych wszystkich przygodach tablicę „Plzeň” minęliśmy o 12:18... A że przed nami droga była daleka (liczona od centrum Pilzna miała mieć ok. 65 km), Miki stwierdził zatem, że należy narzucić troszeczkę reżimu i postarać się jechać tak, żeby w ciągu każdej godziny przejeżdżać 11 km. (Wydaje się to mało, aleWodny zamek w Svihovie przy naszym zamiłowaniu do częstych postojów było dotychczas raczej nieosiągalne :p) Taki reżim gwarantował nam rozsądny zapas na zwiedzanie Klatovów i Švichova oraz to, że dojedziemy przed zmrokiem.

Przez dłuższy czas udało nam się realizować nasze wyzwanie i to mimo bardzo upierdliwego wiatru z prawego przodu (z kierunku WWS), który nas niekiedy niemalże zatrzymywał w miejscu. Niekiedy przykładowo udawało się jechać po płaskim z prędkością 12 km/h. Za to kiedy tylko droga skręcała i prowadziła przez moment na wschód to po prostu leciało się jak na skrzydłach. Niestety momentów takich było może ze dwa :p

Generalnie było więc straszliwie i kiedy zaczęły się najpierw małe, a potem troszkę większe wzgórza, to już mieliśmy wszystkiego dość, a nie było jeszcze nawet połowy drogi. Dlatego postanowiliśmy sobie troszkę skrócić i tak jak z Dobřan do Lužan jechaliśmy jeszcze bocznymi drogami, tak już dalej aż do Švichova przesiedliśmy się na główną. Tam obejrzeliśmy bardzo ładny zamek okolony rzeką, która na ok. połowie długości murów pełni funkcję fosy. W zamku Rynek w Klatovachakurat trwały przygotowania do jakiegoś festynu, więc sporo działo się na dziedzińcu. Zadowoliliśmy się zatem objechaniem murów od zewnętrznej i trzeba przyznać, że z tej perspektywy zamek prezentował się urokliwie. Nakręciliśmy więc kawałek filmu i... skończyło nam się miejsce na karcie pamięci. Była to już oczywiście ostatnia karta, więc powstał problem, problem, problem. Stwierdziliśmy zatem, że w Klatovach pierwsze kroki musimy skierować do kafejki internetowej i opróżnić kartę. Kolejna sprawność do zdobycia tego dnia, tadaaam!

Do Klatovów było wszelako jeszcze 11 km. Szczęśliwie wzdłuż rzeki. Co prawda w górę jej biegu, ale jednak wzdłuż, więc podjazd był niezauważalny. Tak więc jechaliśmy sobie boczną drogą, jak nie pod górę, to pod wiatr, max. 16 km/h ;) Na sam koniec przed Klatovami pojawił się zjazd i całe szczęście, bo w tym momencie mięliśmy już naprawdę serdecznie dość tego wiatru. W Klatovach za to mieliśmy sporo szczęścia, bo w sklepie T-mobile, gdzie chcieliśmy jedynie ustalić lokalizację kafejki, pan bez problemów zgrał nam wszystkie zdjęcia na pendrive’a :) (link w nagrodę za to, że taki miły pan ;)

Klatovy to bardzo ładne, można rzec śliczne, miasteczko. Może nie całe, ale starówka na pewno. Imponująco prezentuje się Czarna Wieża, zaraz obok wielki i ładny kościół barokowy. Postanowiliśmy więc, w tak pięknych okolicznościach cywilizacji, odpocząć i nieco uszczknąć z naszych zapasów. Czasu wszelakoż było niewiele, więc kupiliśmy jeszcze szybko pieczywo na następny dzień i popędziliśmy – przepraszam – powlekliśmy się pod wiatr dalej.

Na wyjeździe z Klatovów było oczywiście baaardzo ostro pod górę i oczywiście jezdnia była remoncie, więc dostępna była połowa jej szerokości, a druga – niby dla nas właśnie idealna - była nie dość że bardzo nierówna, to jeszcze posypana wspaniałym, wszechobecnym właściwie w Czechach tłuczonym szkłem. Trochę się przestraszyliśmy, więc zsiadłszy z rowerów próbowaliśmy w marszu lawirować między skrzącymi się odłamkami.

Podjazd był ostry, ale szczęśliwie krótki, a kończył się stacją benzynową. Obejrzeliśmy więc w spokoju opony.
"Czarna wieża" w Klatovach Barokowy kościól w Klatowach "Biała wieża" w Klatovach Sgrafittowy fronton kamieniczki w Klatovach - kliknij, aby zbliżyć
Robiły wrażenie całych. Skręciliśmy tedy z głównej w lewo na Nyrsko. No i znowu się zaczęło: wmordewind i falowanie. A i generalnie lekko pod górę, bo wspinaliśmy się już na przedgórze Šumavy i tutaj konkretnie jechaliśmy w górę rzeki Jihlava. W tych niesprzyjających warunkach w zasadzie opadliśmy już z sił i można powiedzieć, że dalej ciągnęliśmy już właściwie tylko siłą woli, bo uparliśmy się, że do Nyrska dziś dojedziemy, nie ma bata! Na płaskim królowały więc prędkości rzędu 12 km/h,  na zjazdach – bywało – i 20 udało się osiągnąć :p Było to piękne ukoronowanie pięknego, wietrznego dnia ;) W końcu udało się doczłapać – z trzema postojami na raptem piętnastokilometrowym odcinku :p

Kemping w Nyrsku szczęśliwie był prawie że w miasteczku – nie trzeba już było nigdzie daleko jechać i to był chyba jedyny plus jazdy tego dnia. Sam kemping sympatyczny z bardzo miłą panią obsługującą, kosztował nas 150 koron za dwie osoby plus namiot, plus po 10 koron za żetony na prysznic, który dawał nam aż 3 minuty ciepłej wody, ale ponieważ tym razem uczciwie nas o tym uprzedzono, więc – zagęszczając ruchy – jakoś udało się umyć.

Dzień 14, 28 lipca (sobota)
Nyrsko – Železna Ruda, 32,5 km

O godz. 11 udało nam się wygrzebać z kempingu. Musieliśmy jeszcze podjechać do sklepu w miasteczku po pieczywo, bo czekały nas dwa dni w górach i liczyliśmy się z noclegiem na dziko. W związku z tym tak jakoś wyszło, że już o 11:40 odjechaliśmy spod sklepu w Nyrsku :p Ruszyliśmy wprost w objęcia wiatru, który tym razem wiał z południowego zachodu, a zatem znów nieomal w ryj oraz w objęcia ostrego i długiego podjazdu z 460 m npm na nieomal tysiąc, bo na takiej wysokości prowadzi środkowym grzbietem Szumawy droga do Železnej Rudy, która jednak sama w sobie jest już nieco niżej, bo ok. 780 m npm.

Zdążyliśmy przejechać ledwie kilka kilometrów i już się solidnie zmęczyć wiatrem i podjazdem, kiedy Magda zaraportowała, że ma flaka w tylnej oponie. Usiedliśmy tedy z zamiarem płakania i wymiany dętki na przedwsiu Milenic. Generalnie było tam mile nic, oprócz tego, że – po wymianie gumy i znalezieniu kawałeczka zielonego szkła w oponie, hurra! – udało nam się namierzyć w pobliskim gospodarstwie – uwaga! – kompresor, więc pompowanie nie zajęło nam kwadransa a trzy sekundy :) I to był ten drugi plus tegoż dnia, albo może pierwszy, już nie pamiętam :pWieże Klatovów

Po umyciu rąk w strumieniu rączo wsiedliśmy na rowery o godz. 14 z małymi minutami i... Magdzie natychmiast spadł łańcuch. Chwilę więc nam jeszcze zajęło jego zakładanie i... kolejne mycie rąk :p A zaraz potem już zasuwaliśmy pod górę jak te wyścigówy z prędkością 8 km/h :p

Pogoda natomiast coraz bardziej się chrzaniła. Najpierw się chmurzyło i wiało, potem się chmurzyło i bardzo wiało, później się bardzo chmurzyło i bardzo wiało, aż wreszcie – po minięciu jeziora u wrót Zelenej Lhoty - zaczęło kropić. Tuż przed tym wszelako okazało się, że Magdzie nie chce wejść łańcuch na największą tylną zębatkę, jak wiadomo niezbędną przy ostrych podjazdach. Czyli jeszcze raz – tym razem w przystankowej wiacie – zdejmujemy sakwy, odwracamy rower i regulujemy przerzutkę, bo szczęśliwie przyczyną się okazała zaledwie poluzowana linka.

Po ubraniu roweru siąpienie się nasiliło, ale stwierdziliśmy, że może jednak pojedziemy. Oczywiście chwilę później już zamiast siąpić – padało. Schowaliśmy się więc pod drzewkiem. Nas szczęście trwało to krótko, więc po chwili znów wskoczyliśmy na nasze rumaki i chyba było już dobrze po trzeciej, kiedy się wpasowaliśmy w pierwszy poważniejszy podjazd. Na mapie był on oznaczony – po raz pierwszy od dawna – strzałkami jako ostry i takim też się okazał. Z Mikiego wycisnął siódme poty, a Magdę skłonił nawet do podprowadzenia kawałek roweru.

Szczęśliwie już po kilkuset metrach podjazd złagodniał, a było to ważne, bo mieliśmy już szczere wątpliwości, czy dalej damy radę. Na szczęście okazało się, że był  to TEN zaznaczony, a nie jakiś inny pipidowaty, więc powitaliśmy nadzieję, że jeszcze jeden taki (jak twierdziła mapa) jakoś przetrwamy. I tak sobie żółwiliśmy aż do torów kolejowych na wiadukcie ponad drogą, za którymi znów się lekko zaostrzyło i podjazd tym razem okazał się co prawda znacznie dłuższy (pod 2 km), ale za to jednak łagodniejszy niż poprzedni i jakoś go przebrnęliśmy. Magda z postojami, a Miki się naparł, uparł i zaparł w sobie i nawet przejechał go cięgiem. Za to potem swoje oddyszał :p

Na odsaperskim postoju spotkaliśmy trzech wesołych czeskich chłopców, którzy sobie w kółko jeździli z góry downhillową ścieżką, a pod górę szosą. Jeden z nich przy tym dziarsko palił papierosa, a zresztą może nie tylko papierosa, bo wszyscy trzej śmiali się cięgiem i do rozpuku. Pozazdrościć ;)

Potem były jeszcze dwa ostre, ale króciutkie podjazdy, których na mapie nie zaznaczono, ostatni z nich już przez wieś Horni Straż, no i wreszcie byliśmy na upragnionej grani, czyli na mniej-więcej 920 m npm. I tu pora oddać budowniczym szumawskiej drogi sprawiedliwość, że pomyśleli o rowerzystach, bo stamtąd już jechało się praktycznie po poziomicy, a że byliśmy przy tym schowani przed wiatrem wśród lasów, więc kilometry śmigały aż miło. Potrafiliśmy długie odcinki zasuwać po płaskim ze 25 km/h,. No normalnie jak w domu! :p

Tak śmigając minęliśmy jeszcze łagodny podjazd pod Špicak i na przełęczy za tymże okazało się, że jesteśmy dokładnie na wysokości 945 m npm, czyli prawdopodobnie w najwyższym punkcie tegoż dnia. Tam też zatrzymaliśmy się na jedzonko, gdyż nawet znalazł się - przy trzygwiazdkowym hotelu Karl i zarazem w środku niczego - sklep spożywczy i to z możliwością płatności kartą (sic!).

Po tych niesamowitościach nastąpił dłuuugi i dość ostry zjazd do początków miasteczka Železna Ruda, które nas nieco zaskoczyło, bo spodziewaliśmy się zapadłej wsi, a tymczasem oczom naszym ukazał się okazały jak na tę śródgórską okolicę kurort, na dodatek z Niemcami tuż za miedzą, zatem wypełniony klubami nocnymi, hotelikami oraz kupą sklepów ze wszelkiego rodzaju krasnalami, bocianami, mydłem, powidłem i innym badziewiem oraz – uwaga – posiadający bar z internetem w cenie 1 korona z minutę. Jakiś kilometr za barem usadowił się zaś kemping.

Rozmyślaliśmy nad tym, czy mimo późnej pory jechać dalej czy nie, ale po pierwsze Magda raportowała mocne zmęczenie podjazdem, a po drugie znów się chmurzyło. No i jeszcze Magdzie doskwierało jakieś ukąszenie pod kolanem, któregoż opuchlizna powodowała, że jeszcze ciężej jej się pedałowało, w szczególności w opaskach na kolana, a dodajmy, że zrobiło się poważnie zimno, więc jazda w opaskach okazała się nieledwie koniecznością. Doszliśmy zatem do wniosku, że zostajemy, co okazało się decyzją trafioną w dziesiątkę, ponieważ tuż po tym jak się rozbiliśmy, zaczął mocno padać deszcz. Ugotowawszy więc i zjadłszy w namiocie przeczekaliśmy to najgorsze, po czym udaliśmy się na internet.

Tam znów spędziliśmy oczywiście półtorej godziny, razy dwa stanowiska, czyli 172 korony (plus po małym piwie, czyli coś niesamowitego jak na nas), ale udało nam się znów poinformować świat i okolice o tym, że nadal żyjemy i wciąż walczymy o to, aby Giro de Bohemia trwało i się rozwijało wstęgą szos przed naszymi kół oponami. Zanim się obejrzeliśmy, była 22:20 i pora była wracać na kemping.

Podsumowując, dzień okazał się męczący (jak bardzo widać po fakcie, że znów nie zrobiliśmy ani jednego zdjęcia!), ale jednak udany, bo i daliśmy radę podjechać, i podjazd był jednak nie taki straszny jak się obawialiśmy (w końcu najpoważniejsze pasmo górskie na całej trasie), i przyjemnie spędziliśmy popołudnie i wieczór. Dobranoc ;)


Giro de Bohemia 2007: Poprzednia 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 Następna