![]() |
Dzień 11, 25
lipca (środa)
Jesenice -
Okrouhla – Marianske Laznie – Střibro –
Hracholušky, 86,5 km
Wyjazd tuż przed 11, jakoś przy średniej pogodzie nie mieliśmy spręża, żeby wcześniej wstać :p Ale znalazł się duży plus – tego dnia wiatr mieliśmy zazwyczaj w plecy :)
Z Okrouhlej
wyjechaliśmy ponownie na główną drogę nr 21,
która w dalszej części okazała się być niezbyt przyjemną
– ruch duży, pobocza
brak lub wąziutkie (typu 10 cm!!), a i TIRy się trafiały. Po pierwszym
podjeździe mieliśmy już jej serdecznie dość, więc poszukaliśmy bocznej.
Szczęśliwie znalazła się taka i w miejscowości Stara Voda odbiliśmy w
lewo na
dziecięce uzdrowisko Laznie Kynžvart. Do tychże jednak nie dojeżdżając,
odbiliśmy znów w prawo i dalej podążaliśmy wzdłuż
głównej drogi, widząc ją co
chwilę po prawej stronie w odległości ok. 1 km. Bardzo dobry pomysł.
Tak
dociągnęliśmy do skrzyżowania z główną w Velkiej Hledsebe,
skąd droga
prowadziła już do Marianskich Lazni. Na rogatkach dopomopowaliśmy
rowery na
stacji benzynowej (bo poprzedni kompresor w Karlovych Varach więcej
upuścił niż
napuścił, ten był zresztą podobny, ale udało nam się go lepiej we
dwójkę
obsłużyć).
Potem obejrzeliśmy „po wierzchu” uzdrowisko, objechaliśmy centrum, w tym pieszą strefę i pofotografowaliśmy sobie trochę. Sympatyczna miejscowość, aczkolwiek robi znacznie mniejsze wrażenie od KV, od których tym się różni, że ma spory park, czego tam być może nieco brakowało. Architekturą jednak nie dorasta. Zabawiliśmy krótko, może pół godziny (bo wcale nie było wcześnie) i wróciliśmy na drogę. Tym razem czekała nas boczna nr 230 do Střibra. Zapowiadała się bardzo ładnie, ruch był nieduży, ale trafiło się parę „ciekawostek”, które nam Czesi zafundowali. Co chwilę bowiem się działy jakieś „cuda”. A to ostry zjazd, w którego środku zaczynały się serpentyny, a tuż przed nimi zaczynała się... kostka! Ta cudowna nawierzchnia ciągnęła się aż na sam dół i potem do góry przez kolejne serpentyny. Na jej widok Miki wyhamował z 65 do 16 km/h :p I chyba o to chodziło projektodawcom – żeby zmusić do hamowania – ale była to jednak BARDZO nieprzyjemna niespodzianka.
Następnym
„cudem” było to, że w którymś momencie
postawiono
na drodze znak „sypki żwir” i rzeczywiście nasypano
żwiru :p I taki drobniutki
żwir ciągnął się (bez żadnego powodu, żadnego kamieniołomu, cementowni,
no
nic!) przez ok. 3 km. Co jakiś samochód przejechał, to
wzbijał tumany kurzu.
Szczęśliwie tego dnia wiatr był z nami do tego stopnia, że w tym
miejscu wiał
nam w prawy bok, więc tumany wzbijane na lewo od nas zwiewał w
przeciwnym
kierunku – fart niesamowity. Tego dnia – można by
powiedzieć, że jakby w ramach
rekompensaty za wczoraj – jechało się super.
Do Střibra „dofrunęliśmy” – była 17:30 – i po krótkiej dyskusji ustaliliśmy, że mimo wczesnej pory zostajemy tu na noc. Via niebrzydkie centrum pojechaliśmy więc rozejrzeć się za kempingiem, który miał być w dzielnicy Butov. Okazało się wszakże, że nie jest to dzielnica, tylko niezaznaczona na mapie miejscowość odległa o 8 km, na dodatek położona przy ślepej drodze, więc nazajutrz trzeba by te same 8 km wrócić. A że podobno ze Střibra miało być cały czas w dół (i z wiatrem), więc nazajutrz byłoby pod górę i prawdopodobnie pod wiatr. Trochę nam się odechciało.
Postanowiliśmy
zatem, że jednak pojedziemy dalej, mimo ze na
liczniku było już 70 km przejechanych tego dnia. Pociągnęliśmy więc
nieco drogą
nr 605 w kierunku Pilzna, a konkretnie do miejscowości Ulice, gdzie
skręciliśmy
w lewo na Hracholušky, które znajdują się przy
tamie na rzecze Mže i tamże jest
kemping.
Przed zjazdem z 605 miała jednak miejsce bardzo nieprzyjemna przygoda, ponieważ jakiś kretyn wyprzedzał z naprzeciwka na trzeciego i właściwie zepchnął nas oboje do rowu. Nie sądzimy, żeby lusterkiem minął nasze kierownice o więcej niż 10 cm (!!!).
Sam kemping okazał się bardzo sympatyczny, co prawda prysznic znów za dodatkowe pieniądze (10 koron), ale za to podobno te 4 minuty wystarczały do normalnego mycia. „Podobno”, bo Miki tego dnia umył się cały w umywalce, gdzie też była ciepła woda.
Kemping miał też to do siebie, że były nam nim dwa rodzaje miejsc pod namiot: jedne droższe i drugie o ponad połowę tańsze, tylko tyle, że pochyłe (niektóre miały ze 25 stopni nachylenia!). Przespaliśmy się więc na pochyłym, ale udało się znaleźć takie nieprzekraczające 10 stopni, więc nie było źle ;) Kemping kosztował nas 140 koron za dwie osoby plus namiot. Miał on jeszcze jedną cechę, mianowicie oferował wspólną kuchnię i świetlicę, przy czym zaletą była kuchnia, bo można było skorzystać z miejscowego gazu i lodówki, a położona tuż obok świetlica – wadą, bo jakieś dzieci oglądały kreskówki na cały regulator :p Nam, zgredom, to przeszkadzało, innym nie, ale na szczęście było to dosyć daleko od naszego namiotu.
Dzień 12, 26
lipca (czwartek)
Hracholušky
– Kozolupy – Plzeň, zwiedzanie miasta, 53,0 km
Wstaliśmy jak zwykle nieśpiesznie, w zasadzie przesypiamy tutaj wszystkie budziki ;) Nie wiadomo czemu, bo nie chodzimy spać zbyt późno, godz. 23 to jest max, a tymczasem wstanie o siódmej rano nastręcza nam poważne trudności. Czyżby cały rok niedosypiania? ;)
Nie inaczej więc było w czwartek, wstaliśmy za dziesięć ósma. Przy pakowaniu odkryliśmy kolejny kamyczek do naszego ogródka awaryjności tego wyjazdu. Magdzie pękła rurka w bagażniku!! Główny element (jeden z dwóch) nośny całej konstrukcji pękł, i to nawet nie na spawie, tylko gdzieś tak w środku. No to już lekkie (?) przegięcie (pręta). Bagażnik bardzo poważnie osłabiony i baliśmy się serio, czy dojedziemy do Pilzna z sakwami (a jak jechać bez sakw?!). Rada w radę postanowiliśmy ostrożnie jechać do Pilzna, a tam rozejrzeć się za możliwością naprawy bądź ostatecznie (bo spawacza aluminium może nie być wcale łatwo znaleźć) zakupu nowego bagażnika.
Wyjeżdżając zapłaciliśmy za kemping (dość nietypowe, ale logiczne: jeśli ktoś nie wie, ile zostanie, to zwielokrotnieniem roboty jest płacenie z góry). Kawałek musieliśmy wrócić do szosy, bo ten kemping również był na ślepej ulicy, ale nie było to 8 kilometrów, tylko ok. dwóch i to falistych, a nie jednostajnie podjazdowych. Przy okazji Miki chciał sfilmować zjazd kończący się tunelem pod torami kolejowymi, miało szansę dać to ładny efekt na filmie, ale WSZYSTKIE trzy komplety baterii od aparatu okazały się być rozładowane. Chyba za bardzo się „wyluzowaliśmy” u Baldiego i zapomnieliśmy podładować ;)
Dalej już była znów droga 605 do Pilna i miłe zaskoczenie treścią drogowskazu mówiącego, że zostało tylko 15 km, daliśmy więc pedał :) Zaraz na wjeździe do miasta udało nam się znaleźć „tablicowy” plan miasta, co miało tę zaletę, ze od razu wiedzieliśmy, gdzie znajdują się oba pilzneńskie kempingi (jak dotychczas mieliśmy tylko ich adresy). Zapamiętaliśmy więc trasę do obydwu z nich (wyglądało, że są dość blisko siebie) i pojechaliśmy.
Jedziemy my
sobie spokojnie, aż nagle „nasza” ulica staje
dęba! To znaczy: rzadko się trafia aż tak stromy podjazd. Dodatkową
atrakcją
był znak mówiący, że jest to droga bez wylotu. Plan
jednakowoż twierdził
stanowczo, że łączy się ona z inną, więc zaryzykowaliśmy. I słusznie.
Najpierw
przejechaliśmy trasą, gdzie odbywają się pilzneńskie, kolarskie,
górskie
czasówki poprzez wszystkie najwyższe punkty miasta, a
wreszcie – minąwszy maszt
telefonii komórkowej wyjechaliśmy na właściwą ulicę,
która oczywiście
sprowadziła nas mocno w dół nad zalew czy też staw (Velky
Rybnik), nad którym
znajdowały się oba kempingi. Do pierwszego (nazwa: Ostende) trafiliśmy
jak po
sznurku, ale okazał się on być naprawdę drogi, bo kosztował 110 koron
za namiot
i 80 za osobę. Po chwili namysłu stwierdziliśmy, że ten drugi (położony
na
przeciwległej stronie stawu) może jednak będzie tańszy. Po objechaniu
jeziorka
okazało się, że teraz trzeba mocno pod górę, bo ten drugi
(Bila Hora) tak
całkiem przy jeziorku nie leży. Aczkolwiek pan kempingowiec stwierdził
potem,
że można zejść się wykąpać, ale nie sprawdzaliśmy tego ;)
Zdecydowaliśmy się na Biała Górę, a przekonała nas cena (190 koron za dwie osoby plus namiot, czyli nadal sporo jak na dotychczasowe standardy, ale tańszej opcji już nie było).
Dość szybko rozstawiliśmy namiot i po małej przekąsce pojechaliśmy do miasta po kawałek ciasta na deser ;) i w celu naprawy bagażnika. Jadąc trochę na czuja, a trochę przy pomocy bardzo ogólnej mapki z tablicy przed kempingiem, udało nam się trafić bez problemu w okolice centrum, gdzie oczywiście rozglądaliśmy się nie za zabytkami, tylko za warsztatami samochodowymi tudzież sklepami żelaznymi. W pierwszym z warsztatów Pan doradził nam, żeby pojechać na ulicę Koutecką w takiej odstrzelonej części Pilzna, według jego słów 7 kilometrów od centrum (czyli pewnie ze 12). Nie tyle odległość nas odstraszyła, ile czas. Było już ok. 15 i należało się liczyć z tym, że zanim dotrzemy do jakiejś tam fabryki, to będzie ona już nieczynna.
Postanowiliśmy
więc jeszcze poszukać w okolicy i trafiliśmy
na sklep żelazny , gdzie pan nam doradził, żeby pojechać do
miejscowości
odległej o 25 km, a po namyśle stwierdził, ze możemy jeszcze
spróbować w
centrum, w zakładzie ślusarskim. Udaliśmy się tam (było to bardzo
blisko),
zakład okazał się być zamknięty z powodu urlopu do połowy sierpnia. Tuż
obok
był zakład kowalski, który właściwie sprzedawał
równego autoramentu narzędzia
(na wystawie miał wiele futurystycznych wierteł). Tym razem pan
powiedział, że
2,5 km stąd, jak pojedziemy sobie w kierunku Pragi (tu dłuższe
tłumaczenie i
odręczne mapki rysowanie), to znajdziemy firmę, która się
nazywa FasKon i w tej
firmie nam to naprawią. No to heja!
Oczywiście
pobłądziliśmy, bo skręciliśmy w pierwszą ulicę w
prawo za wiaduktem, a on – jak się później okazało
– miał na myśli drugą (choć
na mapce tego nie zaznaczył ni żadnej nazwy ulicy nie podał, w tym
nawet
docelowej). Na tejże pierwszej wiele było zakładów i
warsztatów i nawet jeden
pan obejrzał nasz bagażnik i powiedział, że... da się z tym jeździć!
Może i się
da, trzeba by spróbować, zwłaszcza z bagażami :p
Cóż, pojechaliśmy dalej pełni nadziei, że namiar podany przez naszego dobrodzieja (odbić w prawo 800 metrów za wiaduktem) tym razem jest może jednak prawdą i tak dotarliśmy do następnego dużego skrzyżowania (stromo pod górę, co pan jakoś był pominął w swojej ekstensywnej opowieści), skąd po odpowiednich meandrach trafiliśmy wprost w objęcia jakiejś bramy ze stróżem, który... wskazał nam firmę FasKon!! Tamże bardzo miły chłopak powiedział, że jak najbardziej są nam to w stanie naprawić (!!), ale nazajutrz, bo jest po 16, a oni pracują do 14:45. Ale za to od szóstej rano, więc jak chcemy, to możemy być o 6:15. Z tym że radzą przed 10:30, bo potem mają przerwę obiadową (golę się, jem śniadanie i idę spać :p)
Podziękowaliśmy
pięknie, przejrzeliśmy przewodnik (pora była
wreszcie zacząć zwiedzać! :p) i ruszyliśmy w stronę miasta. Na
szczęście
przewodnik (stary, dobry, malkontencki Pascal) zgodził się z nami w
kwestii, że
Pilzno nie jest jakieś bardzo ciekawe i że wystarczy rzucić okiem na
rynek i
jego najbliższe okolice, żeby sobie wyrobić zdanie, że miasto składa
się z
dymiących kominów i zanieczyszczeń, jakie kominy owe nanoszą
na zabytkowe
kamieniczki w centrum :p No i że ma stumetrową wieżę katedry św.
Bartłomieja,
podobno najwyższą w Czechach. Konkretnie 102,6 metra. Faktycznie, wieża
jest
nieco przytłaczająca, jak się stoi pod kościołem.
W rynku znaleźliśmy też biuro informacji turystycznej, gdzie był internet po 40 koron za pół godziny (w Marianskich Lazniach widzieliśmy net po 40 za godzinę, ciągle drogo, ale jak dotąd najtaniej). Czyli raczej w normie horrendalnych cen internetu, jakie Czesi serwują bezlaptopowcom. Pilzno jako całość niestety nie okazało się być wyjątkiem w tym horrendum, bo jak w końcu znaleźliśmy kafejkę (co nie było łatwe), to cena brzmiała: jedna korona za minutę. Spędziliśmy w niej półtorej godziny, po czym wykartkowawszy 180 koron (za dwa stanowiska) czuliśmy się dumni, że możecie nie tylko czytać tę relację tutaj, ale tez mogliście na bieżąco śledzić relację w niusrumie.
Po tych
wszystkich przejściach stwierdziliśmy, ze już pora
udać się na zakupy. Pojechaliśmy więc do Interspara, który
już powoli się
zamykał, w związku z czym pani w trafice nie bardzo chciała nas już
obsłużyć.
To znaczy, ona by i nam sprzedała, ale gdybyśmy płacili
gotówką, a jak kartą,
to nie, bo ona już zamknęła terminal i mamy spadać generalnie :p (nie
pierwszy
przypadek, kiedy wzruszyło nas tutejsze podejście do klienta).
Kupiliśmy przeto
wszystko, co się dało kupić na hali i skrótową drogą
udaliśmy się jak po
sznurku wprost do naszego kempingu (wystarczył drogowskaz na Bilą
Horę), który
czekał na nas z otwartymi podwojami i imprezą, która odbywa
się tuż przez
ścianę namiotu, więc możemy się właściwie włączyć w każdej chwili,
przynajmniej
audialnie :p
| Giro de Bohemia 2007: | Poprzednia | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | Następna |