Miki - Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!


Dzień 9, 23.07 (poniedziałek)
Karlovy Vary, dzień restowy, Miki: 56,5 km, Magda: 0 km
Trasa: Karlovy Vary – Kyselka – Ostrov – Čankov – Mirova – Hory – Karlovy Vary

Wstaliśmy z planem pojechania dziś dalej, w kierunku Chebu, ale Magda rano nadal nie czuła się zbyt dobrze, więc postanowiliśmy ten dzień przeznaczyć jeszcze na rekonwalescencję.

Leniwie zeszło nam do południa i wtedy Miki stwierdził, ze właściwie to mu się nie chce siedzieć na tyłku, wsiadł na rower i pojechał. Zaś Magda w tym czasie spała :p

Miki tymczasem pojechał kupić baterię do licznika (nie dziwnego, że przestał działać!) dętkę, której brak po ostatniej wymianie na terenach wojskowych wciąż nie został był uzupełniony i pompkę, którą nam poprzedniego dnia prawdopodobnie ukradziono na kempingu (choć istnieje cień szansy, że została zagubiona przy wsiadaniu/ wysiadaniu do/z pociągu). Żadna z pompek wszelakoż nie spełniała oczekiwań, więc obecnie mamy tylko tę rezerwową, którą wieźliśmy od początku właśnie w razie takiej ewentualności – jeśli przy którymś pompowaniu okaże się, że jest straszliwa, to będziemy szukać. Jeśli nie, to kupimy po powrocie do Łodzi.Świat kabelek w Karlovych Varach walczy o prawa kurze! ;)

Trasa z KV prowadziła na wschód, cały czas w dół rzeki Ohře, jej prawym brzegiem. Bardzo ładna, wygodna szosa, niezbyt zatłoczona, co prawda trafiały się co jakiś czas TIRy, ale – jak się okazało – to dlatego, że przy tej szosie są dwie ich bazy. Ogółem zatem jechało się świetnie i – mimo że wiatr był teoretycznie przeciwny – to jednak jadąc przez las praktycznie nie było  go czuć i w zasadzie poniżej 25 km/h nie schodziłem :) Tak też dotarłem do Kyselki, gdzie najpierw zoczyłem fajny wiszący most pieszy, dzięki któremu mogłem z drugiego brzegu obfotografować drugą ciekawą rzecz, tj. drewniany dworek, mocno zapuszczony, właściwie w ruinie, ale mimo to stanowiący ładny przykład drewnianej architektury wiejskiej.

Dalej wzdłuż rzeki ciąłem aż do miejscowości Velichov, gdzie droga przekraczała rzekę i prowadziła dalej na Ostrov. Tamże dość ostry podjazd, ale – jak z przyjemnością stwierdziłem – forma chyba wreszcie wróciła, bo jakoś nie zrobił na mnie specjalnego wrażenia :p Następnie był ładny i długi zjazd do Ostrova, gdzie zupełnie bez wysiłku zbliżyłem się do 60 km/h. W samym miasteczku był już jednak nieprzyjemny odcinek po kostce wzdłuż torów kolejowych i troszeczkę niepewności czy dobrze jadę, ponieważ znaki skierowały mnie na główną drogę – dwupasmową krajową nr 6, a nie chciałem nią jechać. W związku z tym trochę się zacukałem, ale na szczęście wytrwałość się opłaciła, gdyż pod główną drogą był przejazd prowadzący dokładnie na tę boczną, którą zamierzałem podążać.

Owa boczna oczywiście falowała jak zwykle, przy tym miała dość kiepską nawierzchnię, ale jednak jakoś to szło. Jechałem więc przez Haj, Lisov, Sadov i będąc już prawie w KV wpadłem na myśl, żeby jeszcze nie wracać na kemping, bo mam wszak ochotę dalej pojeździć. Odbiłem więc w Panoramka Karlovych Varówprawo i trochę pokluczywszy dotarłem do miejsca na rogatkach KV, skąd jutro powinniśmy ruszać w stronę Chebu, a konkretnie do drogi, która prowadzi do miejscowości Chodov. Dobrze się stało, że tam trafiłem, bo droga na wyjeździe z KV okazała się okropna (bardzo ostro do góry, sfrezowany asfalt i strasznie w związku z tym nierówny, a ponadto duży ruch), więc podjechawszy nią poszukałem alternatywy i chyba nawet już wiem, jak się do niej jutro dostać.

A w międzyczasie znalazłem się na drodze do Chodova – przyjemnej, choć dość ruchliwej. Kawałek nią podążywszy, odbiłem w lewo na miejscowość Jenišov, bo zdecydowałem raz jeszcze wjechać na górkę we wsi Hory, skąd wczoraj mi się tak fantastycznie zjeżdżało za powrotem z Loketu. Wyjechawszy w Jenišovie miałem jeszcze do podjechania jakieś 1,5 km główną, ale jakoś dałem radę, tym bardziej że część przejechałem będącą w budowie, nieużywaną nitką autostrady.

W Horach byłem już pełen oczekiwań na szalony zjazd, przynajmniej taki jak wczoraj, ale okazało się, że tym razem wiatr wiał dokładnie z przeciwka, więc mimo starań i pedałowania nie byłem w stanie znacznie przekroczyć czterdziestki :/ W ramach rewanżu pojechałem autostradą do oporu i okazało się, że wyprowadza ona wprost na nasz kemping, zatem mieszkamy przy samej przelotówce z Chebu przez KV do Chomutova.

Wieczorem namówiłem Magdę, żeby zobaczyła choć trochę Karlovych Varów, bo są wszak prześliczne i jakoś zdecydowała się na spacer. Zeszło nam z 1,5 godziny, pokazałem jej centrum i tak nam miło upłynęła końcówka dnia.

Dzień 10, 24 lipca (wtorek)
Karlovy Vary – Chodov – Lomnice – Sokolov – Šabina – Kynšperk – Okrouhla – Jesenice, 49,0 km

Rano pogoda wyglądała na całkiem niezłą, bo chociaż chmury sunęły po niebie, to jednak słońce prażyło ładnie i było, jak codziennie dotychczas zresztą, za gorąco. Jednakowoż nie ma róży bez kolców: wiał dość stały i silny wiatr zachodni, który wieszczył zmianę pogody no i oczywiście był centralnie w ryj. Mimo to stwierdziliśmy, że dwa dni przerwy w zupełności nam wystarczą i zapakowaliśmy się na nasze „druciane osiołki”. Powiozły nas one najpierw nieco pod górę przez KV, aż wyjechaliśmy obczajoną wczoraj drogą do Chodova, która ponownie okazała się dość przyjemna, jeśli pominąć nieco za duży jak nasz gust ruch oraz fakt, że wiało w pysk jak cholera, do tego stopnia, że przekroczenie prędkości 20 km/h było już pewnym wyzwaniem. Jadąc cieszyliśmy się zatem faktem, że po obecnej drodze dochodovej, będzie droga odchodova, na której powinien być już mniejszy ruch ;)

Tymczasem w Chodovie złapał nas pierwszy mały deszczyk. Potem takie deszczyki dopadały nas już co chwilę, więc w zasadzie postojów na przeczekanie było więcej niż jazdy ;) Najbliższy był w sąsiedniej miejscowości Vintiřov (a nawet dwa, bo pierwszym był planowy postój na batonika pod sklepem, a następnym – nieplanowy – za minutę w wiacie przystanku. Dalej nie było już żadnych sklepów ani przystanków, więc zatrzymywaliśmy się pod drzewami, przemakając przy tym co nieco (raz była naprawdę niezła ulewa), no i cały czas oczywiście wiało w ryj. Przy tym było dosyć chłodno, co może byłoby samo w sobie fajne, gdyby nie deszcz. Generalnie było tak, jak rowerowe tygryski lubią najbardziej :p

Ale oczywiście po deszczu musiało wyjść słoneczko i znów było przyjemnie. W miarę szybko wyschliśmy, zwłaszcza żenada(l) ;) wiało w pysk. Tak to sobie falowaliśmy po zapadoczeskich górkach i dolinkach przez miasteczko Sokolov, wsie Čitice, Šabina i tak dalej.

Podczas dalszej drogi ostrzyliśmy sobie zęby na miejscowość Kynšperk, bo według pewnego internauty jest to miejsce, które warto zobaczyć (ze względu na żydowskie korzenie, bodajże). Obejrzeliśmy więc sobie to totalnie zapyziałe zadupie i nie znaleźliśmy tam nic godnego uwagi za wyjątkiem baru, w którym piliśmy kawę ;) Był to Cafe-bar, sufit miał wyłożony płytami kompaktowymi, cały sufit. Płyty były umieszczone ścieżką w dół, więc zapewne były to oryginalne płyty, tylko naklejek nie pokazano, żeby nie szpanować ;)

Postanowiliśmy tam wypić kawę, ale nie wiedzieliśmy, co wypijemy, ponieważ obsługiwał na Chińczyk w spodniach długości 5/6 ;) Chcieliśmy wypić kawę z mlekiem, a dostaliśmy bez mleka, ale i to tak nieźle, bo nie dostaliśmy po pysku, chociaż wiele na to wskazywało. Dość szybko się więc zmyliśmy, mimo że znów zaczynało kropić. Po odczekaniu pod jakimś daszkiem pojechaliśmy na czuja przez Kynšperk, który w tym miejscu okazał się być znacznie większy niż powinien. Miasto bez centrum, ale za to z osiedlem bloków :p

Wreszcie trafiliśmy do głównej drogi nr 6, gdzie już była totalna kicha, bo okazała się ona zaTIRzona na maksa. Póki było w dół, to jeszcze jakoś szło, ale jak się zaczęło pod górę, a na dodatek bez pobocza, to zrobiło się zgoła groźnie, ponieważ jeden z tirowców postanowił nas otrąbić i zepchnąć do rowu, jako że nie zamierzał zwolnić, a z naprzeciwka wciąż coś jechało. W sumie było to urocze.

Na szczęście główną wypadło nam jechać tylko 1,5 km, a potem był skręt w boczną w lewo, który też był przeżyciem, bo widoczność była ograniczona zakrętami i górką, a tirowcy bynajmniej nie widzieli powodu jechać wolniej niż 90 km/h. Skończyło się tak, że przebiegaliśmy z rowerami z prawej na lewą stronę szosy.

W bocznej oczywiście nadal był wiatr centralnie w twarz, więc falowaliśmy sobie po niej z prędkościami rzędu 13 km/h (albo 15 jak trochę mniej wiało :p). Droga ta w końcu doprowadziła nas do kolejnej głównej (aczkolwiek szczęśliwie nieco mniej głównej) szosy nr 21 Cheb-Pilzno. Tamże wszelako było już wąziutkie pobocze, więc mając wiatr z boku (i we włosach) pędziliśmy jak szatany co najmniej 17 na godzinę (:p) i po chwili byliśmy na bocznej drodze, która prowadziła wprost do kempingu Baldi (190 koron za dwie osoby z namiotem plus 15 koron od łba za żeton prysznicowy). Żeton okazał się totalną porażką, bo wody ciepłej starczyło może na trzy minuty, więc oboje się wycieraliśmy z mydła, a poza tym nie zdążyliśmy się ogrzać, a warto by było, bo pod wieczór zrobiło się solidnie chłodno (na oko z 15 stopni i silny wiatr). Miki cały wieczór kichał jak z armaty :p

Podsumowując, był to najbardziej upiorny dzień naszej wyprawy i kanwa później powstałego tytułu „Przeminęło pod wiatr”. Dzień był tak potworny, że nie zrobiliśmy  ani jednego zdjęcia (sic!).


Giro de Bohemia 2007: Poprzednia 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 Następna