Miki - Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!


Dzień 7, 21.07 (sobota)
Vikletice – Radonice – teren wojskowy w Doupovskich Horach – Radonice – Kadaň – Klašterec nad Ohře – (pociąg) – Karlovy Vary, 65,8 km

Mieliśmy w planach jechać przez Doupovske Hory do Karlovych Varów, a potem przez Loket do Dašnic. Zapowiadał się więc etap długi, ale wkaszalny.

Wstaliśmy niespiesznie, bo jakoś oboje czuliśmy się niewyspani, no i udało nam się wyjechać ok. godz. 11. Wyglądało na to, że będziemy mieli wiatr w plecy! :)

Dzień zapowiadał się nieźle. Co prawda droga była pokryta betonowymi płytami i było trochę nierówno, ale wkrótce miało się to zmienić. W Radonicach zrobiło się fajnie o tyle, że wyglądało na to, że droga jest zamknięta dla samochodów. Rzeczywiście po chwili wjechaliśmy w teren zamknięty, ale niestety nie tylko dla samochodów, ale również dla pieszych i w ogóle dla wszelkiego żywego stworzenia, co to umie czytać ;) (Vojensky prestor, vstup zakazan).Tyle że myśmy wcześniej dopytali się u kierowcy autobusu, który powiedział, ze na rowerach jak najbardziej można tamtędy jechać!Tama w Vikleticach

Jednak w miarę dostrzegania kolejnych ciekawych miejsc typu: lądowisko dla helikopterów, wieża jakby strażnicza bądź nawet strzelnicza (pomalowaną w moro) i parę innych gadżetów, troszkę nam morale opadło i wcale nie byliśmy już pewni, czy koniecznie chcemy tamtędy jechać, mimo że droga była – spośród dostępnych tego dnia – zdecydowanie najkrótsza.

No i pewnie byśmy jednak przejechali, gdyby nie to, że Miki złapał gumę, którą przecież trza było wymienić. A podczas wymieniania podjechał umundurowany pan w zielonej Skodzie i powiedział, ze nam tu nie wolno być. Wcześniej dopuszczając taką ewentualność postanowiliśmy udawać, że nie rozumiemy czeskiego i przy panu oraz z panem dogadywaliśmy się wyłącznie po angielsku :p Pan mimo to nieco nam tłumaczył i przy naszej angielszczyźnie ;) zrozumieliśmy tylko tyle, że nie wolno nam tu być i że musimy zawrócić.

Po naprawieniu koła w tym niemożebnym upale, który wyciskał z nas siły już kolejny dzień z rzędu, postanowiliśmy więc wracać. Nie mieliśmy zresztą innego wyjścia :p Zjechaliśmy z powrotem do Radonic, tym razem było trochę łatwiej (w tamtą stronę się jechało koszmarnie, a my nie wiedzieliśmy dlaczego. Otóż dlatego, że było cały czas leciutko – zdawałoby się że niewyczuwalnie – pod górę).

Z Radonic skręciliśmy w lewo i dalej zjazd właściwie przez cały czas (z niewielkimi wyjątkami) aż do momentu, kiedy trzeba było wjechać na wał, po którym biegła szosa Kadaň – Žatec. Nie był to zresztą wał sensu stricto, tylko raczej jakaś forma polodowcowa, najpewniej kem. W każdym razie podjazd był masakrycznie ostry, chyba ponad 12%, więc jechało się bardzo ciężko, ale oczywiście udało się (:p). Potem do Kadania było już głownie w dół.

Zastanawialiśmy się cały czas, co robić dalej z tak miło rozpoczętym dniem, bo jadąc naokoło (wszak zmuszeni byliśmy się cofnąć) do samych Karlovych Varów mięliśmy – z miejsca, gdzie zaczęliśmy się cofać – 58 km. A przecież pierwotnie mieliśmy jechać jeszcze dalej. Na dodatek Magda stwierdziła, że się kiepsko czuje, gardło ją boli i nie tylko nie jest w formie „kolarskiej”, ale wręcz zdrowotnej. Wreszcie zdecydowaliśmy, że jedziemy tylko do Klašterca nad Ohři bo tam jest możliwość przesiadki na pociąg. Dodatkowo przekonało nas to, ze kolejny odcinek byłby tak czy Pusty kemping w Karlovych Varachowak niezbyt przyjemny, jako że trzeba by spory kawałek jechać – jedyną na tym odcinku – bardzo główną drogą.

W Klaštercu zameldowaliśmy się krótko przed godz. 17 i okazało się, że pociąg stoi na peronie i za dwie minuty odjeżdża. Fart niesamowity! Biegiem po bilety i do pociągu, i już po trzech kwadransach byliśmy w Karlovych Varach :)

Wysiedliśmy trochę zdezorientowani, na której ze stacji w ramach miasta właściwie powinniśmy wysiąść, bo znaliśmy tylko nazwy kempingów i ich adresy (a jest ich pięć), ale nie mieliśmy planu miasta, ergo nie wiedzieliśmy, gdzie te adresy się znajdują. Jeden z kempingów zdawał się nawet być zaznaczony na naszej mapie, ale przy tymże nie udało nam się wysiąść (nie rozpoznaliśmy właściwej stacji, bo jej nazwa była inna niż sugerowała to mapa), a potem trzeba by się sporo cofnąć i to mocno pod górę, więc sobie darowaliśmy :pPełny

Na dworcu zdybaliśmy plan miasta. Patrzymy, a tam jeden kemping tuż obok, w samym centrum! No to jedziemy! Pełni nadziei, ale również obaw, że będzie piekielnie drogi. Okazało się, że kemping może pomieścić zaledwie 20 namiotów, jest bowiem maleńkim poletkiem przy równie nieimponującym budynku klubu wodniackiego. Ponadto okazało się tez, że na kempingu (położonym w centrum jednego z większych miast Czech i najatrakcyjniejszego uzdrowiska tego kraju!) jesteśmy JEDYNYMI gośćmi! Na dodatek, co już zupełnie niepojęte, kemping okazał się być najtańszy w okolicy (60 koron za osobę, a namiot za darmo).

W związku z powyższym nie wahaliśmy się długo i natychmiast się „zaokrętowaliśmy” ;) rozbiliśmy namiot, zrzucili rzeczy i poszli przez ulicę do Hypernowej kupić coś do żarcia, a jak wróciliśmy i zjedliśmy, to Magda stwierdziła że czuje się na tyle kiepsko, że nigdzie już dziś nie jedzie, więc Miki sam pojechał oglądać cuda Karolowych Ukropów.

Miasteczko (a właściwie jego ścisłe centrum, położone w głębokiej dolinie rzeki Teplej u jej ujścia do Ohře) prześliczne! Jedno z najliczniejszych miasteczek jakie widziałem. Po prostu słodkie. Może nawet odrobinkę przesłodzone, ale po prostu piękne i polskie uzdrowiska, np. Krynica czy Ciechocinek, to przy nim niestety słabizna. Wszystko urocze, ale jednak z wyjątkiem kilku komunistycznych moloszastych pozostałości, którymi poprzednia władza musiała spieprzyć miasto, bo oni wszak wszystko pieprzyli. Jednak nawet one tak fatalnie nie rażą i trzeba bezapelacyjnie uznać Karlovy Vary za przecukierkowiusie ;)

Karlovy Vary Karlovy Vary Karlovy Vary
Karlovy Vary Karlovy Vary Karlovy Vary
Karlovy Vary Karlovy Vary Karlovy Vary

Dzień 8, 22.07 (niedziela)

Karlovy Vary, dzień restowy, Miki: 46,6 km, Magda: 0 km

Trasa: Karlovy Vary – Loket – Karlovy VaryTama na rzece Tepla

Rano okazało się, że Magda źle się czuje, nawet nie próbowała wstać na śniadanie :/

Miki skoczył więc do sklepu po rożne pyszne rzeczy (które miały ją zmotywować ;) i poniekąd się udało – Magda zjadła croissanta. Następnie wsiadł na rower i pojechał do miasta po kawałek ciasta i na internet. Ten kosztował jak za zboże – trafił się taki po 100 koron (13,50 PLN!) za godzinę! Ale cóż, uzależnieniom trzeba ulegać ;) Poza tym udało się załatwić parę spraw, wrzucić informację na bloga i spróbować powalczyć z Plejem (czyli spróbować go uruchomić), zresztą bezskutecznie, wysłać maila z pogróżkami do Pleja (zresztą, jak się później okazało, Svatosske Skalybezskutecznie :p). Po drodze zakupione też zostały tabletki przeciwgorączkowe dla Magdy.

Parę cukierkowych zdjęć się jeszcze trzasnęło i tak zleciał czas do obiadu, na który Miki upichcił świeże mięsko z makaronem, Magda zjadła jednak tyle, co kot napłakał.

A potem Miki pojechał na wycieczkę, wziąwszy Misia plecak (chociaż Misia została). Objechał KV dookoła, przez Březovą do zbiornika na rzece Tepla (bardzo ładna okolica, mimo że wciąż w granicach miasta).Uroczy mostek w Svatosskich Skałach Następnie główną drogą przez las, prze góry i doliny, aż w końcu się okazało, ze wyjechał znowu w Karlovych Varach, tylko w zupełnie innej (bynajmniej nie tak urokliwej) ich części. Stamtąd zaś skręcił na szlak rowerowy prowadzący wzdłuż rzeki Ohře w kierunku Svatoškich Skał. Szlak bardzo fajny, asfaltowy, zakaz ruchu samochodowego, ograniczenie prędkości do 30, mało pieszych, lekko z górki (mimo że znów pod prąd rzeki!), więc się gnało (mimo „leżących policjantów” ;)

Po jakichś czterech kilometrach pojawiła się restauracja po lewej, a skały po prawej. Skały nieco rozczarowały, bo wyglądały w sumie jak pomniejszone Sokoliki, na dodatek były tylko dwie, więc do Sokolików się właściwie nie umywają ;) Ale generalnie było fajnie, byli wreszcie jacyś łojanci (choć było ich niestety tylko widać, a nie czuć ;) Był też fajny wiszący most nad rzeką z udźwigiem 900 kg lub sześć osób (ciężcy ci Czesi! :p) i zakazem jazdy rowerem oraz chybotania (!).

Za mostem szlak, prowadzący nadal w górę rzeki, stracił swój piękny asfalt i stał się dosyć wygodną, szeroką i twardą ścieżką z niewielką liczbą korzeni i mnóstwem rowerzystów. Tak to Miki podążał nim (ze świeżo niedziałającym licznikiem) jakieś sześć kilometrów (sądząc po czasie przejazdu) aż do Loket, gdzie na rogatkach mieści się uroczo położony na samą rzeką kemping z bardzo przyjaznymi cenami (30 koron za osobę i 30 za namiot) i nieznanym statusem ciepłej wody.

Loket to przepiękne miasteczko położone w zakolu rzeki w ten sposób, że ¾  obwodu starego miasta jest okolone rzeką (stąd nazwa, która oznacza łokieć). W zakolu tym jest wzgórze, a na wzgórzu kamieniczki, wieżyczki oraz zamek bardzo efektownie się prezentujący z mostu na Ohře w świetle zachodzącego słońca. Nietypową cechą jest rynek w kształcie rogalika, na którym Miki nagrał scenę do filmu (tę ze sfingowanym wypadkiem). Zachwytom mógłby niemal nie być końca, ale było już późno i przyszła pora wracać.

Panorama Loketu Loket
Zamek Loket Panorama Loketu

Widoczki z Loketu

Z miasteczka trzeba było się sporo wskrabać na górę, bo Loket leży w głęboko wciętej dolinie. Wjazd nie był na szczęście bardzo ostry, zatem niemęczący, aczkolwiek było cały czas pod wiatr (właściwie od samych Karlovych Varów). Z loketowej doliny wyjeżdża się o dziwo nie na szczyt czy grzbiet, tylko na płaskowyż (jak widać w okolicach Loketu Ohře mocno się w niego worała), który jest tylko leciutko pofalowany. Tamże, dokładnie w miejscu, gdzie zaczął się powiat KV, pojawił świetny asfalt (mimo że to boczna droga).

Kolejna droga była już główną (krajowa nr 6), ruch jednak był umiarkowany, zapewne z powodu niedzieli. Dodatkowo było dość szerokie pobocze, więc jechało się naprawdę fajnie. Po niedługim czasie zrobiło się lekko, ale za to bardzo długo, w dół. Zjazd był tak długi, że Miki jadąc cały czas około 50 km/h (nie bez znaczenia był tu również wiatr, który wreszcie zaczął wiać w plecy) nie bardzo zauważył kiedy znalazł się na autostradzie (!). Fajne uczucie, bo samochody wyprzedzały z „ludzką” różnicą prędkości typu – ja wiem – 30 km/h, a nie jak zwykle, gdy śmigają obok rowerzysty. Ale jednak była to autostrada. Co prawda w tym miejscu akurat w remoncie (jedna nitka nieużywana), ale widać było, że za kilkaset metrów robi się z niej już normalna dwupasmówka, wiadukt nad miastem i generalnie sytuacja, w której rowerzysta znaleźć się nie powinien. Trzeba było jakoś uciekać.

Szczęśliwie tuż obok autostrady pojawiła się nagle znikąd jakaś wąska droga, więc Miki wyhamował i przez rów, na przełaj na tę drogę. Ta okazała się na tyle miła, że wyprowadziła już do miasta, przez które nie bez niewielkiego błądzenia (nie skręcać w ścieżkę rowerową wiodącą lewym brzegiem rzeki obok Interspara – kończy się ślepo! :p) Miki trafił do naszego kempingu na Vodačku.

Podsumowując, wycieczka do Loketu okazała się naprawdę bardzo fajnym pomysłem i to pod każdym względem. I z powodu objechania (ślicznych wszak) KV dookoła, i fajnej ścieżki rowerowej nad rzeką, i łojantów na Sv. Skałach i fantastycznego miasteczka Loket i wreszcie niesamowitego zjazdu autostradą z bardzo fajną, dużą prędkością utrzymaną na naprawdę długim odcinku.


Giro de Bohemia 2007: Poprzednia 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 Następna