![]() |
Dzień 5. 19.07
(czwartek)
Benešov
– Vernerice – Lovečkovice –
Trebušin – Litomeřice –
Brozany, 56,0 km
Budzik nastawiliśmy na 6:30, ale Mikiemu udało się zwlec o 7:15, a Magdzie przed 8. W tym czasie śniadanie było już gotowe, więc Miki zaczął rozmyślać nad sposobem naprawienia sakwy. Wymyślił, ze wyrwany nit nadaje się do ponownego zaklepania. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, bo nit co prawda z „pleców” sakwy wyszedł sam, ale już z płytki, z którą zintegrowany jest hak mocujący sakwę do bagażnika, nijak chciał dać się wyciągnąć. Mimo pożyczenia świetnych kombinerek i kilogramowego młotka Miki mocował się z nim z godzinę. Wreszcie sukinsyn puścił. Teraz wystarczyło już tylko wykombinować skądś śrubę z podkładką (bo nit był już za bardzo zmasakrowany), w czym pomocny okazał się nadzorca kempu i sakwa gotowa :)
Tylko że
niestety w międzyczasie było już dobrze po 10, a my
poczuliśmy się bardzo zmęczeni. Właściwie nie sposób
powiedzieć, jak udało nam
się zmobilizować do jazdy. Być może przyczyną było to, ze bezczynność
(nawet
nad basenem) jawiła nam się jako jeszcze gorsza od wyczerpania.
Walnęliśmy więc
po batoniku i RedBullu z Tesco i heja. Dodajmy, ze było już co najmniej
30 st.
w cieniu. No i że to teoria, bo cienia nie było :p Obejrzeliśmy jeszcze
miejscowy pałacyk z dachem w kształcie – wg Pascala
– „oślich pleców” (sic!),
ale że wolimy psie plecy, więc co prędzej udaliśmy się w drogę.
Droga zaczęła
się od długiego, ale wkaszalnie łagodnego
podjazdu, który jednak na koniec przeszedł w straszną
wyrypę, na dodatek
praktycznie pozbawioną drzew, ergo cienia. Po podjechaniu znak
ostrzegał o 14%
zjeździe – może to lepiej, że takiego samego znaku nie było
na dole ;)
Potem trochę złagodniało i wreszcie znów 12%, tym razem ze znakiem. No a później megazjazd aż do Lovečkovic. Oboje wykręciliśmy na nim życiowe rekordy prędkości – Magda 52,5 km/h, Magda 72 km/h. Potem znów był podjazd, ale już nie tak długi i był to w zasadzie łabędzi śpiew Czeskiego Středhorza, no i dłuuugi, choć już nie tak gwałtowny i poprzedzielany krótkimi podjazdami zjazd do Litomeřic.
Miasteczko
bardzo ładne, ale mocno opustoszałe. W godzinach
późno popołudniowych to chyba norma na czeskiej prowincji.
Miało ono ten
dodatkowy plus, że udało nam się tanio (280 Kč) odkupić ładowarkę wraz
z dwiema
bateriami 2000 mAh. No i zjedliśmy pyszny, choć na szczęście dość lekki
obiadek, ale i tak niespecjalnie chciało nam się po nim wsiadać na
siodełka.
Miły traf zrządził jednak, że dalej było już płasko (po raz pierwszy w
Czechach
– jak stół). Za to zbliżała się burza. Widać było
już błyski na horyzoncie, no
i lekko zaczął pokropywać deszczyk. Na szczęście niezbyt mocno i wciąż
było
bardzo gorąco, więc jechaliśmy dalej, aż trafiliśmy na stację
benzynową, gdzie
stwierdziliśmy, że może jednak chwilę przeczekamy, ale przeczekiwanie
skończyło
się tak, że padało ciągle tak samo i doszliśmy do wniosku, ze nie ma
sensu
dalej czekać i pojechaliśmy. Tym bardziej, że w każdej chwili mogło się
zrobić
gorzej, bo burza jakby się zbliżała.
Przejechaliśmy jeszcze przez trzy niewielkie i schludne osady, aż wreszcie dojechaliśmy do Brozan, przyjemnej, dobrze utrzymanej wsi. Przebiwszy się przez nią, trafiliśmy na kemping. Fajny, trzygwiazdkowy, co niestety odbiło się głownie na cenie, dlatego zapłaciliśmy 200 koron za dwie osoby plus namiot, a dodatkowo jeszcze 20 koron od osoby kosztował prysznic, który polegał na tym, że przez 8 minut była ciepła woda, alternatywnie było jej 30 litrów. Po przekroczeniu tego limitu bądź też za darmo, można się było kąpać w zimnej.
Tak czy owak było nieźle. A może raczej byłoby nieźle, gdyby nie to, że koło nas rozlokowali się imprezujący Holendrzy, którzy postanowili umilić nam wieczór i w sumie ciężko powiedzieć, o której wreszcie dało się zasnąć. Dość, że obudziliśmy się rano niezbyt wyspani i zamiast wstać o 6:30, wstaliśmy o 7:15.
Dzień 6, 20.07
(piątek)
Brozany
– Libochovice – Koštice –
Louny – Žatec – Chbany –
Vikletice, 72,4 km
Postanowiliśmy nie myć się drugi raz pod prysznicem, ze względu na koszty. Śniadanko minęło i wyjątkowo szybko udało nam, się zebrać, bo o 9:45 już wyjeżdżaliśmy z kempingu :p Jeszcze krótki postój na zakupienie wody mineralnej i batoników w sklepie w Brozanach i już poginamy.
Tego dnia miało
być płasko – taki był plan. Dlatego
troszeczkę zmodyfikowaliśmy trasę, żeby sobie odpuścić część
górską, bo i tego
dnia mogłaby być, choć pewnie mniej poważna niż wcześniej.
Stwierdziliśmy
jednak, że mamy ochotę, żeby było płasko – zupełnie lub
prawie zupełnie, bo
chyba tak całkiem w Czechach jednak na dziennym etapie się nie da ;)
Jechaliśmy drogą wzdłuż rzeki Ohře, cały czas w górę jej biegu, ale nachylenie było tak niewielkie, że jako podjazd było niewyczuwalne, choć oczywiście zupełnie płasko być nie mogło i trafiło się kilka podjazdów na trasie, z czego nawet dwa ostre.
Właściwie nic specjalnie ciekawego się po drodze nie działo, uwagę naszą zwróciła dopiero wieś Obora przed Lounami, gdzie zjedliśmy sobie coś w rodzaju obiadu, żeby w mieście nie zatrzymywać się na dłużej. Samo miasto okazało się umiarkowanie ciekawe, nic co by z nóg zwalało. No, może poza tym, że jakoś Mikiemu udało się zgubić w nim bandanę ;) Natomiast na wyjeździe z miasta musieliśmy się oczywiście zatrzymać w Lidlu, ale właściwie tylko po batoniki i picie.
Potem
wjechaliśmy na chwilę na drogę nr 28, jest to duża
droga. A rozważaliśmy nawet jazdę drogą nr 7, ale ta okazała się być
nieledwie
dwupasmówką, więc propozycja padła w przedbiegach.
Uderzyliśmy więc lekko na
południe, drogą nr 225, która prowadzi do Žateca. Droga
okazała się być o tyle
gorsza niż dotychczas, że więcej się na niej działo. Był nawet taki
moment, że
sadziliśmy, że Miki złapał gumę, ale szczęśliwie okazało się, że to
tylko
niezbyt skuteczny kompresor na przedmieściach Loun raczej upuścił niż
dodał
powietrza,
więc wystarczyło dopompować ręcznie.
Przed Żatcem był jeszcze jeden bardzo osty, ale na szczęście króciutki podjazd, no i potem sam Żatec. Bardzo ładne miasteczko, można by rzec, że zgoła urokliwe. Piękny ratusz, kościół tuż obok, ładne kamieniczki, niestety w jakichś 2/3 nieodnowione. Mimo to miasto robi bardzo przyjemne wrażenie, na nas zaś najlepsze zrobił hydrant, ponieważ mimo prognoz, które zapowiadały deszcze było jak zwykle upalnie, może nawet parno, a przede wszystkim potwornie operowało słońce i wypijało z nas energię błyskawicznie ;)
Za starym miastem w Żatecu jest jeszcze bardzo fajny park, potem zjazd i wyjeżdża się z miasta w stronę Kadania przez ostry, ale szczęśliwie znów króciutki podjazd, a potem jest już płasko na drodze i fałdowato wokoło. Widoki niezbyt przyjemne, bo najpierw po lewej jakieś silosy, później po prawej kopalnia i wreszcie na horyzoncie elektrownia, ale po drodze zbliżyliśmy się niepostrzeżenie do naszego miejsca docelowego, którym był kemping w Vikleticach. Z drogi głównej było do niego jeszcze jakiś kilometr w prawo i w dół.
Sam kemping
okazał się bardzo tani, bo za dwie osoby plus
namiot zapłaciliśmy 105 koron. Co prawda ciepła woda była płatna
dodatkowo, 10
koron wystarczało na 6 minut. Mimo to bardzo pozytywne wrażenie. Nieco
gorzej
jeśli chodzi o wbijanie śledzi, bo grunt był mocno
kamienisty. Okolica bardzo ładna, wielki zalew Vikletice z
baaardzo długą (chyba ze trzy kilometry!) tamą zamykającą go od wschodu
dodawał
uroku, a na pełnię wrażeń złożyła się niesamowita wichura,
która spędziła do
obozu wszystkich wodniaków, a niektórym chciała
nawet porwać namioty ;)
| Giro de Bohemia 2007: | Poprzednia | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | Następna |