![]() |
Dzień 2, 16.07
(poniedziałek)
Varnsdorf
– Chřibska – Panska Skala – Česka
Kamenice –
Jetřichovice, 61,9 km
To miał być krótki i łatwy dzień. Miał.
Ranek wstał leniwy, razem z przebitą dętką w Magdy tylnej oponie. Po wymianie i wszelkich porannych rytuałach już w południe byliśmy w siodłach :p
Jazdę
rozpoczęliśmy od poszukiwań sklepu, ponieważ po dość
wczesnym śniadaniu nie zostało w nas już nawet śladu. Sklep w Horni
Podluži,
jedyny, miał sjestę do 13, więc już o 13:10 udało nam się kupić drugie
śniadanie ;) Konsumpcja bułek, salami, batonów i coli, dużo
coli (upał!)
upłynęła nam na dyskusjach z właścicielem terenu, na którym
(terenie, nie
właścicielu)
chwilowo zaparkowaliśmy. Teren był opuszczony i
nieogrodzony,
jednak właściciel stwierdził, że to nie jest kemping i że generalnie
mamy
spadać. Na szczęście w międzyczasie udało nam się zjeść w cieniu
„jego
prywatnego” drzewa. A warto było, bo temperatura wynosiła
ponoć 36 st.
Dalsza droga wiodła przez Horni Podluži do wsi Chřibska, gdzie postanowiliśmy zostawić rzeczy i po zrobieniu pętli „na lekko”, wrócić po nie pod wieczór.
Kiedy
– lżejsi – wyjechaliśmy z miłego
restauracjo-pensjonatu była już godz. 15. Pętla wiodła przez Horni
Chřibska,
Krasne Pole (fatalna droga, klejący się acz sypki asfalt i stromo pod
górę,
odradzamy), Kytlice i Pracheň pod Panską Skałę. Skała, zgodnie z
oczekiwaniami,
okazała się niesamowita, pozrastane w jakby plaster miodu sześciokątne,
bazaltowe słupy faktycznie przypominały piszczałki organów.
Niestety na podziwianie było mało czasu, a z powodu niesłabnącego upału również sił, zwłaszcza, że było już po 18, a przed nami powrotna część pętli i dalsza (wyglądająca na niedaleką) jazda z pełnym obciążeniem. Na szczęście w większości z górki, bo trzeba przyznać, że podjazdy tego dnia dały nam chyba jeszcze bardziej w kość niż poprzedniego.
Do Czeskiej
Kamienicy zjechaliśmy malowniczą i bardzo długą
stromizną przez wieś Pyrsk, usiłując po drodze znaleźć serwującą coś
więcej niż
piwo restaurację czy bar, ale niestety zaspokoić głód udało
nam się dopiero w
Plusie na przedmieściu samej Czeskiej Kamenicy. Tamże okazało się też,
że tym
razem to Miki złapał gumę w tylnym kole. Wymieniliśmy dętkę i zjadłszy
umorusanymi łapami, podążyliśmy
dalej w dół rzeki Kamenice.
Niestety chwilę
potem skończyło się rumakowanie i trzeba było odbić w prawo, czyli w
górę przez
Kunratice i Studeny do Chřibskiej po nasze rzeczy. W tym momencie
byliśmy już
tak wyczerpani, że na ostatnich dwóch
podjazdach prowadziliśmy rowery :(
Kiedy odebraliśmy depozyt (a obawialiśmy się, że może już być nieczynne!) mocno się już ściemniło, więc w miarę naszych sił „popędziliśmy” ku Jetřichovicom. Ponoć miało być już tylko 4 km, ciągle w dół. O ironio! Najpierw był 14% podjazd, później nie mniej ostry zjazd w ciemnościach, a później jeszcze jeden – choć już nie tak stromy – podjazd o długości 1 km. A za nim, schowany w głębokich opłotkach czaił się kemping. Skrajnie wyczerpani zameldowaliśmy się tuż przed 23.
Cena 130 Kč za dwie osoby plus namiot.
Dzień
3. 17.07 (wtorek)
Rest
(&the best)
Forma coś nam nie służy, więc postanowiliśmy odpocząć. Miki nawet - celem odbudowania zasobów organizmu cały dzień jadł gorące kubki i zupki chińskie – mimo upału. Odwodnienie dało znać o sobie. Gwoli rozrywki wymieniliśmy pod wieczór szprychę w tylnym kole u Mikiego, a koło po wszystkim udało się nawet w miarę wycentrować. Dzień bez awarii dniem straconym?
Dzień 4. 18.07
(środa)
Jetřichovice
– Hřensko – Dêčin –
Benešov, 50,0 km
Pobudka o 7,
wstaliśmy o 7:30. Pakowanie, szykowanie, wyjazd
o 10:25. Tak samo jak w zeszłym roku mija nam ten poranny czas i sami
nie wiemy
na czym. Rano nawet prysznica nie wzięliśmy! (bo dostępny był tylko
zimny :p)
Do Mezni Louki
poszło nam całkiem gładko, choć były dwa
lekko zadyszkowe podjazdy. Potem zjazd do przystanku autobusowego Tři
Prameny,
skąd czerwony szlak pieszy prowadzi do Pravcickiej Brany –
formacji skalnej,
którą „trzeba’ zobaczyć. Ponieważ nie
było jak bezpiecznie zostawić rowerów, a
Magda i tak nie „paliła się” do wycieczki pieszej
(na dodatek siąpiło), więc
Miki poszedł sam.
Po drodze do bramy mnóstwo skał, rzadko spotykane formacje (dziurki w piaskowcu!) i generalnie fajnie, ale wszystko to razem Miki zaliczył i obfotografował w 55 minut. Brama super, naprawdę, choć wspinałbym się tam akurat na każdej innej skale ;)
Z Trzech Pramenów łagodny zjazd do Hřenska, gdzie wciągnęliśmy po hot-dogu z frytkami i już poginaliśmy przez totalną komerchę przygranicznej, czesko-niemieckiej mieściny (krasnale ogrodowe, ręczniki, pamiątki, papierosy, mydło i powidło – a u nas chyba już tak nie ma?). Potem miało być w górę Łaby. Tylko że mimo, że jechaliśmy ewidentnie pod prąd rzeki, mieliśmy wrażenie, że więcej zjeżdżamy niż podjeżdżamy. Po dłuższych dywagacjach doszliśmy do wniosku, że musiały nam szwankować błędniki (no chyba że Łaba w przełomie przez Czeską i Saksońską Szwajcarię płynie pod górę? ;). Tak czy owak było miło.
W Decinie spędziliśmy znacznie więcej czasu niż chcieliśmy, najpierw próbując się dostać do Tesco, a potem z niego wydostać. Chyba zgubiła nas liczba rzek (trzy) i mostów (chuj wie ile :p). Potem zahaczyliśmy o sklep rowerowy, żeby uzupełnić braki w zapasowych dętkach i szprychach (plus Magdy lampka, bo jeszcze w Polsce pękł jej zaczep). Wreszcie chcieliśmy jeszcze zobaczyć rozarium na zamku, ale kiedy, po dłuższym błądzeniu, udało nam się tam trafić, to już się nam odechciało :p Zresztą rzut oka wystarczył, żeby stwierdzić, że ładniejsze róże są na Magdy babci działce ;)
Mosty Decina |
||
Uderzyliśmy
więc do Beneszowa, a nas uderzyło, jak ciężko
nam się jedzie. Wprost niewiarygodne! Lekki podjazd i od razu dramat.
Potem
jednak okazało się, że ten „lekki” miał jednak 8%,
a my wszak wciąż bez szczytowej
formy, więc ciut nas to pocieszyło, ale nie za bardzo.
Na kemping dotarliśmy o 18:30. Kąpiel w basenie in situ (sic!), kolacja, rozbijanie namiotu i zakupy w Tesco (sic!) – chyba jesteśmy uzależnieni ;) Jeszcze Miki zagrał dwa mecze w ping-ponga w ogródku miejscowej knajpki, stwierdził, ze tu też jest bez formy i wróciliśmy na kemp.
Tamże okazało się, że Miki ma częściowo oderwany górny zaczep od sakwy (dzień bez awarii dniem straconym!) oraz że grupa młodzieży bawi się płonącymi kulkami oraz w plucie ogniem, więc chyba już pora spać ;)
Aha! No i że rozbiliśmy się centralnie pod latarnią (groar!). No tak, a last but not least okazało się, że z damskiej ubikacji ukradziono nam ładowarkę Energizer wraz z dwiema bateriami od aparatu. Ech...
Kemp 148 Kč za noc.
| Giro de Bohemia 2007: | Poprzednia |
01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | Następna |