![]() |
Dzień 0, 14.07
(sobota)
„POD*
Grunwald” – ul. Wałowa, 12,5 km
Dzień
przebiegł
leniwie, właściwie nie wydarzyło się nic,
poza – oczywiście – trwalszym naprawianiem Mikiego
sakwy (podziękowania dla p.
Szewca z Trzebnicy, który zszył pasek megaprofesjonalnie) i
regulacją tylnych
hamulców (w Łodzi nie starczyło czasu!). Koniecznie trzeba
też wspomnieć o
przepysznym obiedzie u Pani Krysi K. Wieczorem kolejna impreza, tym
razem w
klubie Rzemiosło.(wieczór kawalerski Konrada, później
także panieński Sylwii, wszystkiego najlepszego!), która nieco
się przeciągnęła tak, że w łóźku byliśmy lekko po połnocy, zaś
naajutrz czekała nas pobudka o 4:00...
*Pracownicze Ogródki Działkowe
Dzień 1, 15.07
(niedziela)
Trzebnica
– Wrocław (pociąg) – Zgorzelec –
Varnsdorf, 95,4
km
Pobudka była ciężka, ale na szczęście mieliśmy MOTYWACJĘ w postaci faktu, że wreszcie, uczciwie mówiąc: po kilku miesiącach oczekiwania, ruszamy W TRASĘ i że jak nie zdążymy do Wrocławia, to ucieknie nam pociąg i będzie kiła ;) (za przymus wstania o godz. 4 w nocy i brak alternatywy dziękujemy Ci S.C. Johnson i PKP!). Trasa do Wrocławia była znośniejsza, bo w niedzielę nie jeżdżą tiry. Gdyby nie ten fakt, jechalibyśmy zapewne dłuższą, ale spokojniejszą drogą.
Na pociąg z
Wrocławia Głównego zdążyliśmy „spoko” i
jeszcze
zdołaliśmy odwiedzić bankomat oraz kupić
kawę, shake’a i
pączki na drogę, i na
śniadanie. Pociąg „Kowalski” relacji Wrocław Gł.
– Görlitz odjechał punktualnie
o 7:54. W Zgorzelcu też byliśmy na czas. Jeszcze minizakupy w
Biedronce, w tym
niezbędny w danych okolicznościach MaxPower i już przekraczaliśmy Nysę
Łużycką.
Było bardzo Milsko. Do czasu. Krótko bowiem za
Görlitz we znaki zaczął nam się
dawać nieznośny upał. Dosłownie z nas płynęło. Ale były też plusy.
Wrażenie
robiły np. niesamowite niemieckie drogi włącznie z nieustępującą im
jakością
nawierzchni ścieżką rowerową poprowadzoną wzdłuż trzeciorzędnej
Landstraßy,
przy tym oddzieloną od szosy pasem zieleni. Falując góra
– dół przejechaliśmy
Weinhübel (tu aklurat wzdłuż szosy przez kilka
kilometrów wiodła fatalna
ścieżka rowerowa, jechaliśmy – jak wszyscy –
chodnikiem!), Friedersdorf,
Deutsch-Paulsdorf, Obercunnersdorf (tu nabiranie wody u tyleż
uprzejmego, co
niezrozumiale mówiącego po niemiecku saksońskiego Bauera)
– wszystko to
fantastycznie utrzymane, schludne wioseczki.
Na ostrym
podjeździe przed Kottmarsdorfem byliśmy już
wycieńczeni od upału, niewyspania, odwodnienia i głodu. Z braku
czekolady (jak
ją przewieźć w taki upał?) i wobec ewidentnych objawów
hipoglikemii (upał, a
zimne dreszcze w mięśniach nóg!) Magda walnęła na raz całą
tubkę mleka
słodzonego (jest cholernie słodkie, prawda? A Magda była tak
odcukrzona, że w
ogóle tej słodyczy nie czuła!). Pomogło. Potem przypomniało
nam się jeszcze o fantastycznych
kanapkach od Pani Krysi, ale zjedliśmy tylko po pół
– ze zmęczenia i upału nie
mieliśmy ochoty jeść. Po Kotmarsdorfie (fajny wiatrak) było Ebersbach,
a w nim
przejście graniczne do czeskiego Jiřikova.
W Czechach od razu zmienił się krajobraz: poprzemysłowe, zaniedbane ruiny i sporo „kolorowych” na ulicach. Po batonowo-colowym posiłku w pierwszym napotkanym sklepie ruszyliśmy przez Rumburk ku Varnsdorfowi. Góra-dół, góra-dół. Zaczynało to być już nie do zniesienia. Tymczasem na stacji benzynowej w Studance (co na mapie wyglądało na przedmieścia Varnsdorfu) powiedziano nam, że do kempingu jeszcze daleeeko, ale na szczęście powiedziano też dość dokładnie, jak tam jechać. Ponoć cały czas w dół (!). Faktycznie, zjazd do Varnsdorfu był fantastyczny. Długi, niezbyt ostry, mało zakrętów, świetna nawierzchnia. Szkoda, że byliśmy już tak zrypani, że nie mieliśmy siły się nim cieszyć.
Potem jeszcze był dłużący się przejazd przez miasto, gdzie kolejni pytani przechodnie mnożyli werbalnie liczbę przejazdów kolejowych i podjazdów na drodze na kemping, aż wreszcie – właściwie już w następnej wsi Dolni Podluži – KEMPING! Była godz. 19 z minutami, a czuliśmy się jakby była północ. Mimo to zmusiliśmy się jeszcze do kąpieli, a po rozbiciu namiotów i dość upierdliwym pompowaniu materaców (zainwestowaliśmy przed wyjazdem w spanie wygodniejsze niż karimaty, ale jednak tańsze niż therm-a-resty) poszliśmy wreszcie spaaać.
Kemping
kosztował 140 Kč za dwie osoby plus namiot.
| Giro de Bohemia 2007: | Poprzednia |
01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | Następna |