![]() |
| Magda | Miki |
Wstręt baj Miki
Już wracając z zeszłorocznej Tour de Slovakia, wiedzieliśmy, że w przyszłym roku też się wybierzemy na wyprawę rowerową. Po prostu po totalnym sukcesie tamtej wyprawy nie było innej możliwości :) Przez niemal cały rok ścierały się więc (w nas i między nami) koncepcje, dokąd jechać. Założenia były proste: ma być niedaleko od Polski (żeby nie tracić sił i czasu na dojazd), w granicach UE (bo Magda nie ma aktualnie paszportu), górzyście (bo po Słowacji poczuliśmy się „mocni” i nie chcieliśmy się „nudzić” w płaskich krainach) i niedrogo (bo tak! :p). Na shortlistę trafiły więc kraje bałtyckie (spełniały trzy z czterech warunków) i Czechy (wszystkie cztery). Na korzyść tych ostatnich przemówiła górzystość kraju.
Skoro już wiedzieliśmy, dokąd, to rozstrzygnięcia pozostała kwestia, kiedy. Początkowo planowanym terminem była pierwsza połowa maja, jednak zatrzymały nas sprawy osobiste. W tej sytuacji pozostały oczywiście wakacje. Może i słusznie, bo w maju – jak się okazało – pogoda w naszej części Europy była nietęga. O terminach piszę jednak po to, żeby zaznaczyć, że wyjazd nam się „psychologicznie” znacznie opóźnił i że wsiadając w połowie lipca do pociągu byliśmy już naprawdę spragnieni: i urlopu, i pedałowania w nieznane.
Jednak dzięki opóźnieniu pewne sprawy udało nam się nieco lepiej przeprowadzić niż rok wcześniej. Chociażby zdobyć aktualną listę kempingów (częściowo wraz z cenami) na docelowym terenie. Lista pochodzi ze strony http://www.czech-camping.com , którą niniejszym mamy przyjemność serdecznie polecić. Oczywiście „w praniu” jednak część informacji okazała się nieaktualna, dlatego tutaj znajdziecie listę uzupełnioną i poprawioną przez nas w trakcie wyprawy.
Wyprawy, która okazała się niestety dość pechowa. Od drobnego pecha na początku, do poważniejszego na sam koniec, poprzez małe „peszki” podczas. Ale o tym przeczytać można w szczegółowej kronice poniżej, do przeczytania której serdecznie zachęcamy :)
Dzień
(–1) 13.07 (piątek)
Łódź
(pociąg) – Wrocław – Trzebnica, 31,0 km
Zaczęło się
niefortunnie. Po wariackim dniu, gdzie wszystko
było obliczone co do minuty i podporządkowane zdążeniu na pociąg o
17:04,
podczas jazdy na dworzec złapała na ulewa. Ociekający
próbowaliśmy przeczekać
na przystanku autobusowym, ale że godzina odjazdu pociągu zbliżała się
nieubłaganie, pojechaliśmy dalej w deszczu. Na dworzec wpadliśmy ok.
16:50 i
zaraz zderzyliśmy się z kolejką do kasy oraz rozkładem jazdy,
który stwierdził
bezczelnie, że nasz pociąg odjechał 27 minut temu. W informacji nas
jednak
uspokojono, że to jest godzina odjazdu wg
„normalnego” rozkładu, a obecnie nasz
pociąg jest z „założenia” opóźniony o 40
minut z powodu remontu torów na trasie
Warszawa – Łódź. Nie udało nam się –
oczywiście – zapłacić kartą, więc lżejsi o
90 zł w gotówce popędziliśmy na drugi peron. Po wniesieniu
nań – na szczęście
tylko jednego – roweru wraz z bagażem okazało się, że pociąg
akurat dziś
podjedzie na peron trzeci. Zataszczyliśmy więc obładowane rumaki i
znaleźliśmy
się w tłumie oczekujących.
Podjechał. „Pomost” pierwszego wagonu był już zajęty rowerami, więc „z sakwami w zębach” pognaliśmy na koniec składu. Tam też nie ma miejsca! Po bezowocnej dyskusji (pyskówce?) z upartym pasażerem, który nie chciał zabrać z pomostu swoich toreb, wprowadziliśmy się do przedostatniego wagonu. Ustawiliśmy rowery w kibelku (żeby nie tarasowały przejścia między wagonami) i od tej pory toaleta była „nieczynna” ;) choć chętnych nie brakowało. Nam pozostało „upojne” spędzenie podróży w korytarzu.
We Wrocławiu Nadodrzu pociąg miał tylko 20 minut opóźnienia (w stosunku do czasu, kiedy miał przyjechać wg opóźnienia planowego, oczywiście), Mikiemu tylko popsuła się sakwa (naprawił tymczasowo „na węzeł”), a my byliśmy tylko cholernie głodni, więc po śniadaniu (drugim!) pod sklepem na pl. Staszica już o 21:50 ruszyliśmy w trasę do Trzebnicy.
Krajowa „piątka” po ciemku okazała się koszmarem. Wyprzedzające „na trzeciego” tiry skutecznie umilały nam czas, ale też oświetlały koleiny, więc ogólnie nie było źle (tylko fatalnie) i już ok. 23 zjechaliśmy z głównej w kierunku miasta rodzinnego niejakiego Wodza, przez rodzinę nie wiadomo dlaczego zwanego Adamem :p
Na działce u Ciołka zameldowaliśmy się o 23:15 i jak zwykle uderzyła nas serdeczność powitania. (W zasadzie ślady po tym uderzeniu nosimy do dziś :p) Magda walnęła trzy szybkie i już (wreszcie!) było git. Dziękujemy Wam serdecznie, Przyjaciele!!
Impreza
urodzinowa Wodza i obronna Ciołka (gratulacje!)
skończyła się dla nas o godz. 3, kiedy to uderzyliśmy w kimę w
zarezerwowanej
specjalnie dla nas altance.
| Giro de Bohemia 2007: | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | Następna |