![]() |
| Wyjazd z
Poznania ruchliwy i
nieprzyjemny, zwłaszcza, że droga była w remoncie, przewężona i
wszystkie auta
śmigały obok mnie. Z atrakcji mijałem uroczy dworek, chyba w Czempinie,
ale nie
jestem pewien, bo nie zapisałem oraz prawdziwe kuriozum, tj. motorower
przerobiony na trójkołówkę w ten
sposób, że przedniego koła nie było, a do ramy
doczepiony był z tyłu dwukołowy wózek, na którym
siedział kierowca, skręcając
przy pomocy umieszczonej na osi dawnego siodełka kierownicy,
obracającej tylne
koło motoroweru, będącego zarazem przednim kołem nowego pojazdu. Do
przodu zaś
wystawała cała rama z umieszczonym na niej silnikiem! Pewnie ciężko to
zrozumieć z opisu, ale niestety nie zdążyłem wyciągnąć aparatu z sakwy,
a widok
był przepocieszny! No, w każdym razie, co się obśmiałem to moje ;) Do Osiecznej dotarłem przed godz. 16, więc jeszcze zdążyłem coś zjeść oraz nadziwić się znakowi stop postawionemu na głównej drodze (którego oczywiście nikt z miejscowych nie przestrzegał, a obcy się zabawnie zatrzymywali) i o 18 władowałem się do schroniska. Zostawiwszy rzeczy, stwierdziłem, że mam dość sił, żeby skoczyć i obejrzeć Leszno. Po drodze było jeszcze malownicze wzgórze z wiatrakami, które najpierw obfotografowałem, a potem chciałem wejść do środka, ale niestety kłódka wytrzymała ;) Na tymże wzgórzu odebrałem też telefon od kolegi Janusza, który organizował mini wyprawę w słowacki Beskid Niski, na którą otrzymałem zaproszenie. Ucieszyło mnie to, bo roweru po dotychczasowych wyczynach kilometrowych zaczynałem mieć nieco dość (bolały mnie trochę kolana), a wolne miałem aż do 4 maja, więc coś z tym czasem trzeba było zrobić ;) W Lesznie obejrzałem starówkę – nawet ładną i skorzystałem z c@fe - generalnie miło spędzony czas :) Powrót do Osiecznej (ok. 8 km) był już trochę nużący, ale tym chętniej uderzyłem potem w kimę :) |
|
Dzień 5. 25 kwietnia (piątek) Osieczna – Leszno – Rawicz – Żmigród – Trzebnica – Wrocław, 113 km Znana trasa do Leszna, potem trochę głównej drogi nr 5 i co prędzej uciekłem w bok. Zaowocowało to doznaniami typu „Białykał” (mniam!) oraz zwiedzeniem Wzgórz Trzebnickich, o których wtedy nie wiedziałem, że tak się nazywają, ale które nieźle dały mi w kość po przejechaniu ponad 500 km w pięć dni. W Trzebnicy zatrzymałem się na lody i sok, ale generalnie nie zabawiłem długo (a szkoda! Może dzięki temu kilka tygodni wcześniej poznałbym Wodza...?), bo do Wrocławia był jeszcze zdrowy kawałek. Stolica Dolnego Śląska powitała mnie koszmarną kostką brukową, na której obiłem sobie nadgarstki oraz Floydami w radiu. Dobre i to ;) Dojechawszy do znanego mi już wcześniej schroniska PTSM na ul. Kołłątaja, zostawiłem rower i uderzyłem na miacho. Miacho jak zwykle nie rozczarowało, ale mnie coś siadł nastrój i mimo pysznego piwa pszenicznego w Spiżu byłem w zasadzie smutny. Tak, kolejny raz stwierdziłem wtedy, że na samotne wypady to jestem dobry na max. dwa dni, potem dostaję świra. Do schroniska musiałem wrócić o 22 (casus PTSM), więc nawet nie miałem szans na jakieś nocne szaleństwo i poznanie towarzystwa, które by mi rozjaśniło humor, zatem o 22 zjadłem minikolację i – mimo kilku osób w schronisku z którymi można by pogadać – niemal od razu poszedłem spać. Rano czekał mnie powrót pociągiem (po drodze po raz pierwszy i ostatni na tej wyprawie widziałem coś brzydkiego - zdjęcie poniżej ;), przepak i wieczorny wyjazd na spotkanie nowej – tym razem górskiej – przygody. Przygoda ta zresztą rozwinęła się potem w wyprawę na Elbrus, ale to już zupełnie inna historia... |
|
| Łódź - Poznań - Wrocław 2003: | Poprzednia |
1 | 2 | Strona główna |