Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!

Uniwesytet Adama Mickiewicza w Poznaniu
 
Dzień 3. - restowy
23 kwietnia (środa)
Poznań – (pociąg) – Chodzież – Czarnków – Piotrowo – Szamotuły – (pociąg) – Poznań, 82 km

W ramach restu postanowiłem pojechać na lekko do Czarnkowa odwiedzić koleżankę Hanyę. Co prawda znaliśmy się tylko z netu, ale skoro byłem tak blisko, to grzech by było nie poznać się osobiście, nie? :)
 
Z Chodzieży ładne pagórki i dłuuugi, piękny zjazd do Czarnkowa, gdzie w umówionym miejscu czekała Hanya. PoznańPosnuliśmy się trochę po miasteczku, opowiedzieliśmy nawzajem parę historii z życia wziętych i Hanya musiała uciekać. Ja zresztą też, do Poznania długa droga, choć tym razem miało być z wiatrem.
 
Jazda okazała się co prawda z wiatrem, ale i tak jakoś męcząca – widać miałem bardzo w nogach szaleństwa dwóch poprzednich dni. W związku z tym w Szamotułach stwierdziłem ,że skoro rest, to rest i resztę przejechałem pociągiem.
 
W schronisku w Poznaniu, gdzie zostawiłem rzeczy, dowiedziałem się, że... nie ma miejsc. Przyjechała jakaś wycieczka gimnazjalistów i muszą mnie wykwaterować. No nieźle! Na szczęście pan i tym razem stanął na wysokości zadania, bo telefonicznie znalazł mi miejsce w innym schronisku w Poznaniu, gdzie – choć nieco drożej – spokojnie mogłem się przekimać. Spokojnie?Hanya i Miki Przeniosłem się bez szemrania i... też trafiłem na wycieczkę! Tym razem byli to jacyś licealiści, wśród których szczęśliwie starczyło jednak dla mnie miejsca – miałem nawet osobny pokój. Nie długo jednak dane mi było skosztować samotności, bo przyszły licealistki i zaprosiły mnie na imprezę. W sumie czemu nie? :)
 
Pogadałem trochę z dziewczynami i chłopakami, napiliśmy się po kryjomu po piwie (przypomniały się dawne czasy, ech...), po czym wymówiłem się zmęczeniem i poszedłem do siebie poczytać książkę. Chyba już jednak byłem za stary na zabawę z licealist(k)ami :p


Dzień 4.
24 kwietnia (czwartek)
Poznań – Mosina – Kościan –Osieczna – Leszno – Osieczna, 119 km
Dworek Wyjazd z Poznania ruchliwy i nieprzyjemny, zwłaszcza, że droga była w remoncie, przewężona i wszystkie auta śmigały obok mnie. Z atrakcji mijałem uroczy dworek, chyba w Czempinie, ale nie jestem pewien, bo nie zapisałem oraz prawdziwe kuriozum, tj. motorower przerobiony na trójkołówkę w ten sposób, że przedniego koła nie było, a do ramy doczepiony był z tyłu dwukołowy wózek, na którym siedział kierowca, skręcając przy pomocy umieszczonej na osi dawnego siodełka kierownicy, obracającej tylne koło motoroweru, będącego zarazem przednim kołem nowego pojazdu. Do przodu zaś wystawała cała rama z umieszczonym na niej silnikiem! Pewnie ciężko to zrozumieć z opisu, ale niestety nie zdążyłem wyciągnąć aparatu z sakwy, a widok był przepocieszny! No, w każdym razie, co się obśmiałem to moje ;)
 
Do Osiecznej dotarłem przed godz. 16, więc jeszcze zdążyłem coś zjeść oraz nadziwić się znakowi stop postawionemu na głównej drodze (którego oczywiście nikt z miejscowych nie przestrzegał, a obcy się zabawnie zatrzymywali) i o 18 władowałem się do schroniska.
 
Zostawiwszy rzeczy, stwierdziłem, że mam dość sił, żeby skoczyć i obejrzeć Leszno. Po drodze było jeszcze malownicze wzgórze z wiatrakami, które najpierw obfotografowałem, a potem chciałem wejść do środka, ale niestety kłódka wytrzymała ;) Na tymże wzgórzu odebrałem też telefon od kolegi Janusza, który organizował mini wyprawę w słowacki Beskid Niski, na którą otrzymałem zaproszenie. Ucieszyło mnie to, bo roweru po dotychczasowych wyczynach kilometrowych zaczynałem mieć nieco dość (bolały mnie trochę kolana), a wolne miałem aż do 4 maja, więc coś z tym czasem trzeba było zrobić ;)
 
W Lesznie obejrzałem starówkę – nawet ładną i skorzystałem z c@fe - generalnie miło spędzony czas :) Powrót do Osiecznej (ok. 8 km) był już trochę nużący, ale tym chętniej uderzyłem potem w kimę :)
Znak stopu na drodze głownej - zabawnie było obserwować zatrzymujące się samochody ;)
Wiatraki w Osiecznej

 




Dzień 5.
25 kwietnia (piątek)
Osieczna – Leszno – Rawicz – Żmigród – Trzebnica – Wrocław, 113 km

Znana trasa do Leszna, potem trochę głównej drogi nr 5 i co prędzej uciekłem w bok. Zaowocowało to doznaniami typu „Białykał” (mniam!) oraz zwiedzeniem Wzgórz Trzebnickich, o których wtedy nie wiedziałem, że tak się nazywają, ale które nieźle dały mi w kość po przejechaniu ponad 500 km w pięć dni.

 
W Trzebnicy zatrzymałem się na lody i sok, ale generalnie nie zabawiłem długo (a szkoda! Może dzięki temu kilka tygodni wcześniej poznałbym Wodza...?), bo do Wrocławia był jeszcze zdrowy kawałek.
 
Stolica Dolnego Śląska powitała mnie koszmarną kostką brukową, na której obiłem sobie nadgarstki oraz Floydami w radiu. Dobre i to ;) Dojechawszy do znanego mi już wcześniej schroniska PTSM na ul. Kołłątaja, zostawiłem rower i uderzyłem na miacho. Miacho jak zwykle nie rozczarowało, ale mnie coś siadł nastrój i mimo pysznego piwa pszenicznego w Spiżu byłem w zasadzie smutny. Tak, kolejny raz stwierdziłem wtedy, że na samotne wypady to jestem dobry na max. dwa dni, potem dostaję świra.
 
Do schroniska musiałem wrócić o 22 (casus PTSM), więc nawet nie miałem szans na jakieś nocne szaleństwo i poznanie towarzystwa, które by mi rozjaśniło humor, zatem o 22 zjadłem minikolację i – mimo kilku osób w schronisku z którymi można by pogadać – niemal od razu poszedłem spać. Rano czekał mnie powrót pociągiem (po drodze po raz pierwszy i ostatni na tej wyprawie widziałem coś brzydkiego - zdjęcie poniżej ;), przepak i wieczorny wyjazd na spotkanie nowej – tym razem górskiej – przygody. Przygoda ta zresztą rozwinęła się potem w wyprawę na Elbrus, ale to już zupełnie inna historia...


Wrocławska brzydota
Ratusz w Lesznie
Rynek w Lesznie
Wieś Białykał
Ratusz we Wrocławiu5
 


Łódź - Poznań - Wrocław 2003: Poprzednia
1 2
Strona główna