Dni
8 – 13.
Bratysława,
ok. 360 km
Trochę, a nawet dużo zwiedzania.
Trochę, a nawet dużo
jeżdżenia po mieście i okolicy. Najpierw obejrzeliśmy je całe, a że
jest
stosunkowo nieduże (acz „rozrzucone” z powodu kilku
dość stromych wzgórz
umieszczonych blisko centrum), więc już po dwóch czy trzech
dniach plan miasta
przestał nam być potrzebny ;)
Oglądaliśmy
zarówno wszystkie mosty, jak i stare miasto.
Zarówno stadion Slovana (akurat był mecz Słowacja
– Czechy, Słowacja wygrała po
raz pierwszy w historii, ależ było święto!), jak i katedrę św. Marcina.
Hrad,
rafinerie na południowym brzegu Dunaju, pobliskie wsie przerobione na
przedmieścia (w tym Rusovce z bardzo ładnym dworkiem, niestety akurat w
remoncie) i raz jeszcze stare miasto. A nawet dwa razy ;)
No i jeszcze zamek Devin na północnych przedmieściach u
ujścia
Moravy do Dunaju. Właściwie to ruiny zamku, bo jak 1806 spalił go
Napoleon, to już austriacy nie odbudowali ;) Ale w sumie bardzo ładny.
Ale ile
można jeździć po mieście? Mnie się znudziło,
Maćkowi też. Ale każdy z nas zareagował na to inaczej. Maciek
postanowił
pozwiedzać muzea i któregoś dnia wsiadł w tramwaj do centrum
i tyle go
widziałem ;) Ja postawiłem na rower, bo w końcu po to tu przyjechałem,
nie? :)
Dzień
14.
Bratysława
– Rusovce – Moson Magyarovar –
Nickelsdorf –
Gattendorf – Kittsee – Bratysława, 140 km
Wybrałem się zatem na samotną
wycieczkę wokół stolicy
Słowacji od strony południowej. Trasa wycieczki wiodła przez trzy
kraje...
Na Węgrzech zaczęło się
od zakazu ruchu rowerów. Tylko
którędy w takim razie jechać? Nie było alternatywy, więc
jechałem normalnie
szosą. W poczuciu, że słusznie czynię upewnił mnie inny –
wyraźnie miejscowy –
rowerzysta robiący dokładnie to samo, co ja.
Moson Magyarovar jest
sennym, prowincjonalnym miasteczkiem
z jednym dość ciekawym kościołem i pomnikiem jakiegoś króla
przed tymże. Kiedy
sobie pod pomnikiem zajadałem lody, podeszła do mnie grupa włoskich
turystów i
dalejże pytać po włosku czyj to pomnik. Ja włoskiego ni w ząb (skąd
zatem
wiedziałem, o co pytają? Nie wiem, tyle jakoś zrozumiałem), a poza tym
sam nie
wiedziałem, co to za jeden na cokole, więc chciałem się wykpić jedynym,
co mi
się przypomniało „no comprendido” (szkoda, że to po
hiszpańsku, ale zrozumieli!).
A oni na to po włosku: „no widzisz! Rozumiesz, skoro umiesz
powiedzieć, że nie
rozumiesz!”. Roześmiałem się i pomachałem im na pożegnanie.
W miasteczku był
również kemping, więc z ciekawości
spytałem o cenę: 10 marek niemieckich (jeszcze wtedy istniały, a na
Węgrzech
były najwyraźniej co najmniej półoficjalnym środkiem
płatniczym) za osobę za
noc. Drogo, jak na tamte czasy i na były demolud, zwłaszcza, że w
miasteczku
nie było właściwie nic ciekawego!
Następnie skierowałem
swe koła ku granicy austriackiej. I
tu problem, przejście, które wybrałem, było li tylko
autostradowe! (dostałem
się do niego polną drogą wzdłuż autostrady). Na szczęście po stronie
austriackiej była już normalna droga, a austriacki pan pogranicznik
okazał
daleko idącą i bynajmniej nie niemiecką elastyczność machając mi tylko
karabinem, że mogę jechać.
Mając w tym momencie w
nogach już dobrze ponad 80 km
czułem się wciąż wyśmienicie i w myślach śmiałem się z Maćka, że wybrał
jakieś
muzea, zamiast takiej fajowej przejażdżki ;)
W Austrii wszyściutko
było uporządkowaniuteńkie, ogródki
równo przystrzyżone, drogi idealnie gładkie, domki ślicznie
pobielone. Krótko
mówiąc: nuda. Nawet żadnych pagórków
(oprócz tych na zachodnim horyzoncie) na
pociechę. Na dodatek upał był niemożebny, pić się chciało, a ja miałem
tylko
to, co zabrałem z Bratysławy, bo ani forintów, ani
szylingów na zakupy nie
zabrałem. Jakoś jednak dobiłem do Kittsee (dodajmy że nie bez
przyjemności, bo
jazda sama w sobie dawała mi wciąż dużo radochy) i w pierwszym
napotkanym
słowackim sklepie wydoiłem do zera półtoralitrową butelkę
czegoś. Dalej już
znaną trasą wróciłem przez Petržalkę do Bratysławy dumny i
blady ze zmęczenia
oraz z powodu rekordu życiowego przejechanych okrąglutkich 120 km w
ciągu
jednego dnia (i to niecałego, była dopiero jakaś 16!). A tu Maciek
wraca przed
18 z muzeów i mówi, że chętnie by się gdzieś
przejechał. W to mi graj –
wyśrubuję sobie rekord! ;)
Nabiliśmy jeszcze 20 km
po przedmieściach Bratysławy (w
części, w której jeszcze nas nie było), po czym ja
– zmordowany do
niemożliwości – zwaliłem się spać. Nazajutrz mieliśmy ruszać
do Wiednia...
Dzień
15.
Bratysława
– (pociąg) – Łódź, 14 km
Nazajutrz padało. Po raz
pierwszy od dwóch tygodni padało.
No shit! Zresztą, żeby tylko! Na dodatek wiał dość mocny zachodni
wiatr.
Generalnie lipa, bo do Wiednia czekałaby nas
siedemdziesięciokilometrowa
wycieczka w deszczu pod wiatr. Stwierdziliśmy, że aż tak zaprawieni w
bojach
nie jesteśmy i odpuściliśmy. Jako że Wiedeń miał być tylko na jeden
dzień
(wJedeń dzień!), a potem i tak czekał nas powrót, więc
postanowiliśmy skrócić
nasze męczarnie i wsiedliśmy ok. południa w pociąg ku polskim hranicom.
Pociągów, którymi jechaliśmy też było kilka, ale
w sumie bezpiecznie dowiozły
nas do Łodzi, gdzie zameldowaliśmy się bodaj nazajutrz rano. Nasz
pierwszy Tour
de Slovakia był zakończony.